Spodobało mi się branie udziału w biegach zorganizowanych. Po Biegu SGH, jeśli pamiętacie, miałam różne mieszane uczucia, ale po Biegu Powstania Warszawskiego mam w większości pozytywne. To było dokładnie to, czego po biegu się spodziewałam. Atmosfera, tłumy ludzi zgromadzone w tym samym celu co ja, to jest nie do opisania. Dlatego właśnie spróbuję to opisać  :mrgreen:

00_Bieg_powstania

Przed biegiem

O Biegu Powstania Warszawskiego sporo się z koleżankami naczytałyśmy, oglądałyśmy zdjęcia i widziałyśmy komentarze. Wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że to jeden z największych i najlepszych biegów ever. Zapragnęłyśmy i my wziąć w nim udział, chociaż do tej pory jeszcze nie brałyśmy udziału w biegu na 10 km (na 5 był poprzedni). Z tego powodu miałyśmy drobne obawy czy damy radę, chociaż zupełnie niepotrzebnie, bo przecież na naszych wieczornych „treningach” dziesiątki biegamy już prawie zawsze. Tak więc zapisałyśmy się i opłaciłyśmy pakiety, a ja (z racji tego, że w Warszawie bywam co dzień) pakiety te odebrałam wraz z nadanymi numerami startowymi. Pakiety do odebrania były w Pałacu Kultury i Nauki, co też było świetnym pretekstem, żeby przejechać się do Centrum miasta i zobaczyć co zmieniło się w czasie mojej macierzyńskiej przerwy.

W skład pakietu startowego wchodziły:

  • dużo ulotek (nie użyłam)
  • próbka preparatu magnezowego (nie użyłam)
  • numer startowy ( miałam 3129)
  • koszulka techniczna (o niej poniżej)
  • opaska powstańcza na ramię (drapała)

Chyba jestem bardzo wybredna, ale kolor tegorocznych koszulek średnio mi odpowiadał. To był taki ni to brązowy, ni zielony, khaki takie. No ja rozumiem, że tu chodziło o pamięć o Powstaniu i kolorowe papugi byłyby nie na miejscu, ale już czarny, szary czy granatowy byłyby lepsze. Fakt, że tłum ludzi w koszulkach tym kolorze wcale nie wyglądał źle. Miały one tylko jeden minus – było widać na nich każdy mokry ślad: czy to pot czy kropelki wody. Mało estetyczne (czepiam się wiem!).

W ostatnim tygodniu przed biegiem okazało się, że moje korpo zasponsoruje pracownikom pakiety startowe i wykupiło im polisę ubezpieczeniową, co było bardzo miłym gestem z jego (tego korpo) strony.

Tuż przed biegiem

Bieg zaczynał się o godzinie 21, tak więc praktycznie cały dzień od rana miałam „wolny”. To znaczy prałam, gotowałam, sprzątałam, jak to zazwyczaj dzieje się w dzień wolny od pracy. Ale nie byłam jakoś bardzo zmęczona. Fakt, od rana bolała mnie głowa( tak migrenowo), ale wiedziałam, że w trakcie biegania mi to minie, więc się nie przejmowałam. O godzinie 19 wyruszyliśmy razem z Panem Wyrodnym i Maluchem z mojego miasteczka i obraliśmy kierunek „Na Arkadię” (Arkadia to takie Centrum Handlowe w Waw), gdzie uczestnicy biegu mogli zaparkować swoje auta. Dojechaliśmy w miarę szybko, ogarnęliśmy bagaże (bo z dzieckiem, nawet jak jedziesz na kilka godzin, to zabierasz bagaże) i zaczęliśmy spacerkiem podążać w stronę linii Startu. A razem z nami tłumy ludzi w takich samych koszulkach – to było fajne uczucie. Nawet nie musiałam szukać startu, bo szłam za tłumem.

Odnalazłam się z kumpelami, odebrałam też specjalną kartkę z napisem „Biegnę dla Alanka”, którą przypięłam z tyłu koszulki. Można było w ten sposób charytatywnie wspomóc leczenie małego chłopca. W międzyczasie strzeliliśmy sobie też parę fotek, zarówno tych z kumpelami i tych „służbowych”, korporacyjnych.

Ten początkowy luz wraz z odśpiewaniem „Roty” i zbliżeniem się do linii startu przemieniał się w…hmm.. tremę? Zdenerwowanie? Stojąc w takim tłumie naprawdę ma się poczucie, że bierze się udział w wielkim wydarzeniu. Ale i to zdenerwowanie ustąpiło w końcu miejsca zniecierpliwieniu, bo biegłyśmy w szóstej strefie i nasz start przewidziany był na 21:25, a faktycznie wystartowałyśmy około 21:35, czyli później niż pierwszy uczestnik na mecie 🙂

W trakcie biegu

W końcu jest! Startuje szósta strefa, doczekałyśmy się się! Dwa razy sprawdzam Endomondo czy działa, a potem już nie patrzę ani na kilometry ani na czas. Tłum niósł sam. Pierwsze 3 kilometry biegłam nieustannie się uśmiechając. Wzdłuż początkowego odcinka trasy (ale i przy mecie, o czym za chwilę) stało mnóstwo widzów, wszyscy klaskali, machali, dopingowali, przybijali piątki. Na piątym kilometrze przebiegało się obok bloku i ktoś z balkonu ciągle krzyczał, że to już połowa za nami, że już niedużo. Gdzieś na trasie były rozdawane kubeczki z wodą, wzięłam, chociaż wypiłam tylko kilka łyków, większość wylałam biegnąc. Fajny był dość długi zbieg wiaduktem na Karowej, dało się powyprzedzać.

Ciekawie, chociaż dość męcząco biegło się tunelem wzdłuż Wisłostrady. Pod koniec tunelu zaczynało się już robić duszno, ale sam ten fragment wspominam fajnie, bo ktoś zaczął krzyczeć „Polska” a potem wszyscy klaskali trzy razy i znowu „Polska” i znowu klaskanie (tak jak doping na meczach). To pomogło w tym dość trudnym momencie. Po wybiegnięciu z tunelu był niewielki, ale trochę meczący podbieg, a potem długi odcinek wzdłuż Wisły. Obserwowaliśmy oświetlone mosty, Zamek Królewski, panoramę starówki nocą, kawiarenki na brzegu Wisły, Park Fontann. Były też dwie kurtyny wodne. Przy pierwszej przebiegłam za blisko i w efekcie miałam mokro w bucie. Drugą minęłam na samej granicy wodnej mgiełki.

Zbiegając już z Wisłostrady w stronę mety zaliczyliśmy kolejny podbieg, ale świadomość, że to już bardzo, bardzo blisko niosła do przodu. Trzysta metrów przed metą był Pan, który dopingował i mówił, że zostało nam już tak mało. On mnie zmotywował i starałam się biec coraz szybciej. Kolejny Pan dopingował 100 metrów przed metą. To świetny psychologiczny zabieg, bo wtedy człowiek skądś wynajduje te siły i leci sprintem na metę. Przynajmniej na mnie tak to zadziałało.

Po biegu

No i przekroczyłam linię mety, udało się! Dwie kumpele prawie równocześnie ze mną. Poszłyśmy po medale, dostałyśmy wodę i banany. To były najlepsze banany jakie jadłam w życiu, chociaż jestem pewna, ze teraz już nie miałabym takich odczuć.

Na mecie kilka kolejnych, obowiązkowych fotek i selfiaków z medalami.

A oto i on: medal we własnej osobie:

Stanęłyśmy w kolejce do grawerki na medalu (dwie dychy imię, czas) i do robienia sobie śmiesznego gifa na stoisku Renault. Efekt poniżej.

Do domu wróciliśmy grubo po północy, a ja będąc pod wpływem tylu pozytywnych emocji nie mogłam zasnąć aż do godziny 2:00.

Wnioski na przyszłość

Pierwszy wniosek, to taki, że za rok na pewno biegnę. Dla samej atmosfery warto! Tym razem (w odróżnieniu od Biegu SGH) nic mnie nie zaskoczyło, nic też chyba nie zrobiłam źle. Wręcz zadziwiająco dobrze się biegło, tak, że ani razu na trasie nie poczułam zmęczenia. Pewnie mogłabym wykręcić dużo lepszy czas (przybiegłam po 1:08:28 a mój rekord życiowy to 1:01:54), ale to w ogóle się nie liczyło! Najważniejsza była atmosfera i szczytny cel. Wszystkim niezdecydowanym polecam!

  • Super. Zazdroszczę, ja wtedy byłam na kursie, ale z chęcią na jakiś kolejny bieg wybiorę się z Tobą 🙂

    • wyrodna-matka

      A! No to zapraszam 18 września Bieg Czterech Generałów w Modlinie (przy Twierdzy) – 10 km. Nikt znajomy nie chce ze mną pobiec 🙂 a ja już się zapisałam. A potem 2 października duże wydarzenie biegowe: Biegnij Warszawo – też będę.

Close