Tegoroczny udział we wszystkich biegach triady Warszawskiej, stał się moim priorytetem już od startu w Biegu Niepodległości. Wszystkie biegi, pod patronatem Aktywnej Warszawy były zawsze świetnie zorganizowane, a każdy z nich ma wydźwięk patriotyczny, więc tym większą miałam na to ochotę. Cały nasz biegowy Team zapisał się na ten bieg, więc i ja opłaciłam pakiet startowy, a następnie ruszyłam w pięciokilometrową trasę.

W skład Warszawskiej Triady Biegowej wchodzą trzy biegi: Bieg Konstytucji 3-go Maja, Bieg Powstania Warszawskiego i Bieg Niepodległości. W zeszłym roku brałam udział w Biegu Powstania i Niepodległości, jakoś ominęła mnie Konstytucja. Bardzo długo myślałam, że trasa każdego z tych biegów wynosi 10 kilometrów, ale okazało się, że Konstytucja, jako pierwsza z całej trójki to dystans tylko 5 km.

Co myślałam przed biegiem?

Jak już wspomniałam, myślałam, że to będzie 10 kilometrów, ale skoro wyszło 5, to trochę zbagatelizowałam sprawę. W ogóle nie przejmowałam się biegiem zbyt mocno, w szczególności, że 1,5 tygodnia wcześniej biegliśmy w Biegu OSHEE na dziesiątkę i to bardziej zaprzątało moją głowę. Wieczorem dzień przed startem w konstytucji postanowiłam „przejechać” Google Street View z ciekawości trasę biegu i… spanikowałam. Każdy kto mniej więcej kojarzy otoczenie Łazienek Królewskich kojarzy też, że obok ich ogrodzenia jest ulica, która leci stromo w dół. Ulica nazywa się Agrykola. Tak – tam był zaplanowany podbieg.

Co myślę o pakiecie?

Pakiet kosztował 50 złotych, a z rzeczy konkretnych była w nim tylko koszulka. Reszta to ulotki, jakieś zniżki (ale d… nie urywały, nie skorzystam) i worek na depozyty. No cóż…widziałam w życiu już lepsze pakiety. Plusem były woda i banany na mecie, ale mimo wszystko, trochę słaaabo 🙂

Jeszcze kilka słów o koszulce: no niestety nie lubię tych koszulek z biegów triady. Są zrobione z takiego materiału, że nawet o rozmiar większe wszystko nieestetycznie opinają no i widać na nich każdą kroplę potu. Te miały fantastyczny zielony kolor i bardzo ładnie wyglądał tłum ludzi w zielonym, ale niestety nie założę tych koszulek więcej na moje wieczorne biegania.

Co myślałam tuż przed biegiem?

Trzeci dzień Maja zaczął się pochmurnie. Nie bardzo mi się to podobało, ale po rozmowach w naszej drużynie biegowej przypomniałam sobie, że przecież to super! Słońce nie jest za bardzo pożądane (bo grzeje za mocno). Cały czas przed biegiem towarzyszyło mi uczucie niepokoju związane z tym nieszczęsnym podbiegiem. W takich sytuacjach przydaje się biegowa drużyna, która swoim poczuciem humoru potrafiła odwrócić moje myśli od tego tematu. Pogodziłam się nawet z myślą, że podbieg będę sobie szła.

Ekipa najlepsza pod słońcem. Zdjęcie: A. Radziejewska

Po dotarciu na miejsce i znalezieniu (z trudem) miejsca parkingowego moja głowę zajmowały już zupełnie inne sprawy – mianowicie: Gdzie organizatorzy ukryli depozyty? W pierwszej kolejności udaliśmy się po karteczkę do przypięcia na plecy, że biegniemy charytatywnie dla Julki (część z nas, nauczona doświadczeniem z OSHEE poszła również do ToiToi-ów – nie było kolejek). Następnie udaliśmy się na poszukiwania depozytów. Nie było z tym tak różowo niestety. Organizatorzy nie oznaczyli drogi dojścia do depozytów, a jak się okazało znajdowały się one w budynku stadionu Legii, trzeba było kawałek dojść od miejsca startu i z powrotem.

Krajobraz przed biegiem.
Przypinamy sobie kartkę „Biegnę dla Julii”. Zdjęcie: A. Radziejewska

Fajnie, że oprócz depozytu pomieszczenia na stadionie były otwarte i mogliśmy wejść na chwilę i zobaczyć jak to wszystko wygląda w środku. Zaliczyliśmy też drobną chwilę grozy, bo po skorzystaniu z łazienki okazało się, że ktoś zatrzasnął jedne z drzwi na piętrze. Na szczęście wszystkie inne były otwarte.

Jest depozyt, jest drużyna, jest głupawka – wszystko co niezbędne do biegania. Zdjęcie: M. Mikulska

Ze względu na tę odległość trochę czasu zajęło nam dotarcie z powrotem na start. Wróciliśmy dosłownie chwilkę przed startem pierwszej strefy. Ale zdążyliśmy akurat na wspólne odśpiewanie Hymnu Narodowego. To było mega, chociaż zauważyłam, że ludzie raczej niechętnie i cichutko śpiewali.

IV strefa zmierza do linii startu. Zdjęcie: A. Gierucka

A jak się biegło?

Od pierwszych metrów, razem z koleżanką- zającem (o której pisałam w relacji z Biegu OSHEE) miałyśmy za cel powyprzedzać trochę ludzi. Tak też robiłyśmy i bardzo dobrze, bo pomimo puszczania stref w odstępach i tak w jednym miejscu było przewężenie i zrobił się lekki zator. A po nim już tylko biegłam czekając na „atrakcje” związane z podbiegiem.

Nie wiem czy zdjęcie oddaje, że ten podbieg naprawdę robił wrażenie. Zdjęcie: M. Mikulska

I w końcu jest! Pojawił się na horyzoncie, ten strrraszny podbieg. Zaczęłyśmy ambitnie – w sensie nadal biegłyśmy, tylko robiłyśmy mniejsze kroczki. I okazało się, ze równie ambitnie przebiegłyśmy cały podbieg aż do końca. Nie przeszłyśmy ani kroku, co więcej miałyśmy też siły już po wbiegnięciu na plaski teren.

Biegłyśmy biegłyśmy, aż w pewnym momencie jakaś Pani z obsługi, co pilnowała trasy mówiła wszystkim, że dalej już jest tylko z górki, że już fajnie. To dodało mi trochę skrzydeł. Kolejnym „skrzydłododawaczem” była chorągiewka z oznaczeniem 4 kilometra. Stwierdziłam, że skoro bieg jest krótki, to nie muszę oszczędzać sił na dalszą drogę i biegłyśmy z koleżanką równo i w miarę szybko. W szczególności na długim i dość stromym zbiegu nie oszczędzałyśmy się tylko trochę powyprzedzałyśmy jeszcze ludzi.

Tuż przed metą dałyśmy z siebie wszystko i nogi poniosły nas na bardzo fajny wynik (mój rekord): 00:28:53 🙂 Ciekawostka – obie wykręciłyśmy dokładnie taki sam czas. Jestem z niego MEGA zadowolona.

Co było po przekroczeniu mety?

Po przekroczeniu, tradycyjnie poszłyśmy po medale, była też woda i banany. Ten zestaw: woda i banan, to najlepsze co może być po takim wysiłku fizycznym. Czekając na resztę drużyny udało nam się strzelić kilka wspólnych fot, a potem na horyzoncie ukazali się nasi znajomi.

Wiadomo, że musieliśmy się drużynowo obfotografować z każdej strony. Oszczędzę Wam wysiłku i pokaże tylko jedno zdjęcie, zdjęcie tradycyjne z gryzieniem medalu.

Wiedzieliśmy też wcześniej i przygotowaliśmy się, do wygrawerowania na medalu swojego czasu. Tutaj grawerowanie szło szybko, i znów kosztowało 20 zł. Jedyne co, to trzeba było o tym pamiętać jeszcze PRZED biegiem. Trzeba było zabrać ze sobą pieniądze i z nimi biec, bo: 1. meta była gdzie indziej niż start, 2. z linii mety do depozytów było jeszcze dalej niż z linii startu. No, ale my mieliśmy przy sobie jakąś kasę i chwilę potem cieszyliśmy się z graweru na medalu.

Zdjęcie trochę podrasowane przeze mnie kolorystycznie (wiem, nie mówcie, widzę, że nie dokładnie), ale wykonane przez A. Radziejewską

No i co myślę o całej imprezie biegowej?

Po raz kolejny potwierdziło się, że organizacja biegu z Warszawskiej Triady Biegowej była bardzo dobra. Jedyne minusy to to, że do depozytów było dość daleko i nie każdemu udało się je szybko znaleźć oraz słaby pakiet startowy. No i wolę jednak, jak meta wypada dokładnie tam gdzie start, ale w sumie to już szczegół. Jeśli zastanawiacie się czy wziąć udział w jakimś biegu z Triady, to nie ma co zwlekać – trzeba się zapisywać. W szczególności, że przed nami najfajniejszy z biegów: Bieg Powstania Warszawskiego (nocą!).

Pokazuję medal z dumą 🙂

Naszedł mnie jeszcze jeden wniosek: że podoba mi się bieganie tras pięciokilometrowych. To taka fajna odskocznia od dziesiątek. Na tych piątkach można pozwolić sobie pobiec szybciej 🙂

  • Super! Gratulacje! Ja nie mogę przekonać się do biegania – może dlatego, że w pobliżu domu nie mam fajnych tras, a bieganie po osiedlu jest średnio kręcące 😉 ale za to choć zazwyczaj nie czytam takich wpisów to ten spodobał mi się wyjątkowo i przeczytałam dokładnie cały do końca 😀

    • Bardzo mi miło, zawsze staram się zamieścić jakieś śmieszne wydarzenia w opisach biegów, bo wiem, że dla tych niebiegających mogą być one zwyczajnie nudne 🙂
      Co do biegania… też niby fajnych tras nie mam, po mieście popylam… Ja na przykład całe życie nienawidziłam biegać (w szkole w szczególności), a potem jakoś tak wyszło że biegam 🙂

  • Hania Zawisza

    Ja tam biegać nie lubię. Ale gratuluję wytrwałości 😊

  • Podziwiam Cię! W moim okolicach rzadko organizowane są takie biegi, a ostatni raz biegałam jeszcze w czasach szkolnych. I nawet zdobyłam dwa medale. 😀 Warto byłoby do tego wrócić, bo Twoja relacja i zdjęcia przekonują, że to naprawdę świetna przygoda.

    • Tak, bieganiem można się fajnie bawić, jeśli nie ciśnie się tak bardzo na wyniki… chociaż.. ja trochę mam motywację do osiągania coraz lepszych 😀

  • natasza c

    Wasze usmiechy mówią same za siebie 🙂 Gratuluję. Ja małymi kroczkami zaczynam lubic się z bieganiem – choć to jeszcze nie jest miłosć. Niestety w szkole Pani skutecznie zraziła mnie do biegów ;/

    • Jak się ma fajna ekipę to nie da się nie uśmiechać 🙂 Ech… te szkolne wuefy to więcej szkody niż pożytku zrobiły. U mnie zabiło wiarę w siebie na długie lata. Do tej pory nie gram w siatkówkę :/ Biegać też nie lubiłam, dlatego tak bardzo jestem z siebie dumna, że przezwyciężyłam to.

  • Gratuluje samodyscypliny!

  • gratuluję! fajny pomysł z tym grawerowaniem. dzięki temu medal nabiera osobistego charakteru.

    • Tak, grawer to bardzo fajna rzecz 🙂 Ja jestem dumna z wyniku, warto go było uwiecznić;) Ale widziałam Twoje wyniki na 5 km – ja mogę tylko o takich pomarzyć 😉

Close