Nie jestem pewna czy potrafię opisać bieg po raz drugi w taki sposób, żeby  nie powtórzyć wpisu zeszłorocznego. Cały czas waham się czy w ogóle kontynuować tę notkę czy zostawić ją w blogowym notatniku i nie wystawiać na „światło dzienne”. Cały szkopuł w tym, że ja uwielbiam opisywać biegi, w których wzięłam udział. Dlatego właśnie w ogóle zabrałam się za pisanie. To dla mnie przyjemność. Drugim argumentem „za” są zdjęcia, które strasznie chcę Wam pokazać.

Tuż po zakończeniu zeszłorocznego Biegu Powstania Warszawskiego byłam pewna, że w tym roku wezmę w nim udział. To bezsprzecznie bieg z najlepszą atmosferą. Tak więc jak tylko zaczęły się zapisy zgłosiłam się do 27. Biegu Powstania Warszawskiego, który odbył się 29 lipca 2017 roku.

Pakiet startowy

Pakiet startowy w zeszłym roku nie zachwycał, w tym niestety również niczego nam nie urwał. W jego skład wchodziła koszulka techniczna firmy 4F, numer startowy z chipem mierzącym czas, opaska powstańcza na ramię i kilka ulotek, które zaraz wylądowały w koszu. Była jeszcze próbka preparatu na skurcze (ten oddałam koledze z pracy) i próbka kremów przed i po bieganiu w celu rozgrzania, a następnie ochłodzenia mięśni (czy tam stawów). Już wiem, że na pewno nie wypróbuję 😉

Co do koszulki – ja liczyłam, że w tym roku jednak okaże się inna niż w zeszłym. Niestety, po raz kolejny była w kolorze zgniłej zieleni. Jedyna różnica, to lekka zmiana odcienia tego koloru w stronę zieleni, a nie w stronę brązu. Po raz kolejny również wykonana była z gładkiego rozciągliwego materiału, który opinał we wszystkich możliwych miejscach i ukazywał wszystkie możliwe miejsca, gdzie człowiek się spocił, zanim jeszcze zaczął biec.

Jak widzicie – rewelacji nie było, ale byłam na to w pełni przygotowana. Już w zeszłym roku moje wrażenia z biegu to: najgorsza koszulka, najlepsza atmosfera. Więc liczyłam na atmosferę…

Atmosfera

… i się nie zawiodłam. Wspomniałam już, że najlepiej jest jak się bierze udział w takich wydarzeniach w drużynie, a nasza drużyna biegowa gwarantuje dobrą atmosferę już od momentu wejścia do samochodu. Nie inaczej było i tym razem. Po całym dniu roboty (wiecie, to była sobota, czyli sprzątanie, gotowanie, zakupy, pranie) i przeżywaniu biegu w lekkim stresie, spotkanie z drużyną jest kojące.

A naprawdę się stresowałam, bo miałam sobie chwilę odpocząć przed biegiem, poleżeć (w końcu start o 21), jednak nie udało mi się to. Korzystałam z braku dziecka w domu. Jeśli startujecie w biegach ulicznych, to pewnie nie obce jest Wam to uczucie podenerwowania. W szczególności, jeśli bieg odbywa się późno wieczorem i mamy cały dzień na myślenie.

Szukamy mety. Gdzież się ona schowała?

No ale przecież nie o zdenerwowaniu miałam, tylko o atmosferze. Na miejscu – przy stadionie Polonii, tak samo jak rok temu przywitał nas tłum ludzi. W tym roku odbywały się dwa biegi: na 5 i na 10 kilometrów. Kiedy my zajmowaliśmy swoje miejsce w strefie ludzie z „piątki” wracali już z medalami. Mam też wrażenie, że ten podział odciążył trochę sam moment startu, bo nie czekaliśmy, jak rok temu 35 minut, tylko maksymalnie 15.

Ale zanim ruszyliśmy odwiedziliśmy punkt banku PKO, w którym pobraliśmy karteczkę do przyczepienia na plecy, że biegniemy charytatywnie dla Julii…

Cała drużyna, jak jeden mąż odebrała kartki „Biegnę dla Julii”

…a także znaleźliśmy swoją strefę. W tym roku wszyscy startowaliśmy ze strefy V, co oznacza przeskok o jedną strefę „do przodu” (tabliczka na zdjęciu pokazuje strefę dalszą).

Patrze na te zdjęcia i zastanawiam się… kto w naszej drużynie najczęściej robi z siebie debila? 😀 (Odpowiedź brzmi: Ja)

Na cudowną atmosferę całego biegu składa się wiele różnych rzeczy. Po pierwsze tłum ludzi, którzy zebrali się tu, żeby bieganiem oddać hołd powstańcom. Ale przecież tłumy biegaczy są na każdym biegu, co więc wyróżnia „Powstanie”? To, że bieg zaczyna się o godzinie 21, kiedy jest już ciemno oraz inscenizacje historyczne, które pozwalają lepiej poczuć klimat tamtych warszawskich wydarzeń. Podobno było też grupowe odśpiewanie Roty, ale w naszej strefie nie było tego w ogóle słychać.

Powstańcy w okopach
Staliśmy na końcu swojej strefy, więc zrobiliśmy zdjęcie strefy następnej.

No i ruszyli

Jak wspominałam wyżej, na start nie czekaliśmy długo, 15 minut, to czas rozsądny.

Tuż przed startem.

Super było przypomnieć sobie na nowo, jak to jest biec przez najpiękniejsze i naznaczone historią miejsca w Warszawie. Bieg przy Starówce, zbieg wiaduktem na Karowej, bieg tunelem Wisłostrady, czy oglądanie Fontann Multimedialnych – to była sama przyjemność. A kibicujący na trasie przechodnie dodawali skrzydeł krzykami i klaskaniem.

Trasy biegów na 10 i 5 km.

Tradycyjnie już biegłam z moim ukochanym Zającem (dla nieczytających wcześniejszych relacji – z mocno biegnącą koleżanką), dzięki któremu mocno zaczęłam i utrzymywałam względnie dobre tempo do 7 kilometra.

Pierwsza z prawej – to ja 😀

Zniszczył mnie tunel Wisłostrady, który może i jest fajną atrakcją biegową (kurczę, kiedy miałabym okazję tamtędy przebiec jak nie na tym biegu?), ale było w nim naprawdę gorąco, pomimo chodzących na cały regulator wentylatorów. Były one też bardzo głośne, a dodatkowo organizatorzy puścili nam dźwięki wystrzałów i spadających bomb. Ten kawałek trasy był dla mnie bardzo męczący. Dobił mnie jeszcze drobnym podbiegiem na samym końcu.

No hej!

Postanowiłam nie stopować mojego Zająca, i kiedy odwróciła się, żeby spojrzeć jak daleko za nią zostałam pomachałam jej, żeby uciekała, a ja sobie poradzę 🙂 No i poradziłam sobie, nie zgubiłam się po drodze, nie zatrzymałam, biegłam swoim, dość szybkim, ale wolniejszym niż na początku tempem. pod sam koniec trasy, dokładnie tak jak rok wcześniej był malutki podbieg, którego trochę się bałam, ale wykrzesałam z siebie przedostatnie siły. Przedostatnie, bo te „najostatniejsze” zostawiłam sobie na końcowe 200 metrów, z których było już widać metę. Znów dostałam poweru w nogach i sprintem powyprzedzałam kilku ludzi, żeby wbiec na metę z podniesionymi w geście zwycięstwa rękami.

Po lewej mój gest zwycięstwa

Dobiegli!

Boszz….. tego uczucia nie da się opisać słowami, kiedy wbiegasz na metę po wielkim wysiłku. Buzia nie przestaje Ci się uśmiechać, na piersi prezentujesz przed chwilą otrzymany medal, w nogach czujesz równocześnie moc i zmęczenie, a w głowie ogólną euforię. Po przekroczeniu mety mój mózg automatycznie kierował moje kroki do przodu, gdzie odnalazłyśmy się z koleżanką i odnalazłyśmy wodę i izotonik. Wtedy też obowiązkowo zrobiłyśmy parę fot z medalami.

Nie, Pan nie należy do drużyny, Pan tylko stanął z nami do zdjęcia 🙂

Ochłonęłyśmy ze zmęczenia i emocji i obserwowałyśmy na Endomondo w czasie rzeczywistym jak radzi sobie reszta drużyny, która po chwili dołączyła do nas – oczywiście z wielkimi uśmiechami na twarzy.

Na mecie oprócz wspomnianych: wody i izotonika, można było dostać też banana. Zawsze, ale to zawsze mi taki banan smakował, ale tym razem wzięłam jednego kęsa i stwierdziłam, że nie dam rady go dojeść. To taki „fun fact” z tego biegu. Natomiast „wonderful fact” to to, że 27. Bieg Powstania Warszawskiego przebiegłam w czasie 00:58:46, co jest jednocześnie: spełnieniem moich marzeń, moją życiówką na 10 km oraz czasem o prawie 10 minut lepszym od zeszłorocznego. Kumulacja szczęścia.

Tak, wiem, pięknie się błyszczę 🙂

Byliśmy przygotowani, jak z resztą zawsze, na wykonanie graweru na medalu. Wiecie, tego ze swoim imieniem i czasem, który medalowi nadaje osobisty charakter i wartość sentymentalną. Niestety, nie odnaleźliśmy stoiska, gdzie taka usługa była wykonywana, a później dowiedzieliśmy się, że jeżeli chcemy to na biegu Niepodległości (! w listopadzie!) będzie można swój medal przynieść i wygrawerować. Sam medal jest przepiękny, mocno powstańczy, ciężki i „porządny”. Sposób zaczepu na tasiemce…jak zawsze w Triadzie Warszawskiej brzydki, szitowy i badziewny 😉

Medal w świetle dziennym.

Z biegu do domu wraca się późno w nocy. My wróciliśmy około północy, a ja zanim się wykąpałam i ogarnęłam to było już grubo po godzinie 1:00. Następnego dnia Młode pozwoliło mi pospać prawie do 9, ale obudziłam się z fatalnym bólem głowy. Przez cały dzień czułam się jakbym była na niezłym kacu po „grubej imprezie”, ale i tak uważam, że było warto.

Jeżeli ktokolwiek z Was waha się czy pobiec w biegu ulicznym, niech zapisuje się na Bieg Powstania Warszawskiego. Ten bieg ma niepowtarzalną atmosferę, która musicie poczuć na własnej skórze. Dobry wynik, to tylko dodatek do tej podniosłej atmosfery. A Wy poczuliście w moim wpisie jej chociaż troszkę? Macie ochotę wystartować, lub wzięliście już w nim udział? Zapraszam do komentowania.