Długo biłam się z myślami czy w ogóle brać udział w tym biegu. Obiecywałam sobie, światu, mężowi, Maluchowi, a nawet… Wam, czytającym od czasu do czasu mojego bloga, że Bieg po Dynię będzie tym ostatnim… I złamałam dane słowo. Jest mi z tego powodu głupio, ale co Wy byście zrobili, gdyby okazało się, że firma znów opłaca Wam pakiet startowy, koleżanki z entuzjazmem podchodzą do udziału w biegu, a Wasze wieczorne treningi znów weszły w dobry tryb? No właśnie… musiałam pobiec.

Bieg Niepodległości wchodzi w skład i jest ostatnim z biegów w tak zwanej Triadzie Warszawskiej (W jej skład wchodzą Bieg Konstytucji 3-go Maja oraz Bieg Powstania Warszawskiego). Jest też największym z tych biegów, bo limit miejsc w liczbie 15 000 bardzo szybko został wykorzystany. Na samą metę przybiegło około 12 000 ludzi, co nie oznacza, że aż 3 tysiące odpadło w trakcie biegu, tylko większość z nich zapewne nie zdecydowała się na wzięcie udziału.

Pakiet startowy

W skład pakietu startowego, tradycyjnie wchodziła koszulka, numer startowy z chipem mierzącym czas, było parę ulotek, próbka preparatu na skurcze i innego preparatu magnezowego, a także rękawki, których ostatecznie nie użyłam.

niepodl_01

Przy odbiorze pakietu startowego można było wybrać czy chce się białą czy czerwoną koszulkę. Wszystko po to, żeby w dniu startu biegacze utworzyli na trasie żywą polską flagę. Piękna i patriotyczna idea. Wszystkie moje kumpele i ja wybrałyśmy białe (czerwoną miałyśmy już z Biegu SGH). Pakiet startowy kosztował 50 zł. Tyle samo co na Biegu Powstania Warszawskiego. Cena, uważam, w porządku, a dodatkowy dar losu w postaci finansowania pakietu przez pracodawcę sprawił, że nie odczułam tego zupełnie. Gdyby jednak nie było tego dodatkowego finansowania, to i tak zapłaciłabym za pakiet.

Przed biegiem

Poranek przywitał nas śniegiem. Śnieg leżał wszędzie i delikatnie popadywał. Z jednej strony się przeraziłam, że jeszcze nigdy w śniegu nie biegałam, ale z drugiej pomyślałam, że będzie pięknie biegać wśród śnieżynek. Okazało się jednak, że w czasie trwania biegu nie spadł ani jeden płatek śniegu.

niepodl_02

Na bieg jechałyśmy z koleżankami jednym autem. Stwierdziłyśmy, że nie wiadomo co będzie się działo 11 listopada 2016, wiecie, te wszystkie marsze i zamknięcia ulic. Z tego samego powodu wybrałyśmy się do Warszawy sporo wcześniej, żeby na spokojnie znaleźć drogę, zaparkować, przebrać się, odnaleźć w sytuacji. Przybycie na miejsce startu dużo wcześniej miało wiele plusów. Po pierwsze nie było jeszcze tak wielkich tłumów ludzi. Bez problemu i stania w kolejkach odebrałyśmy kartkę do przypięcia na plecy, że biegniemy charytatywnie dla Laury (w Biegu Niepodległości też biegłyśmy, tylko, że dla Alanka).

niepodl_06
Tłumy biegaczy w Arkadii. Już w listopadzie świąteczne dekoracje…

niepodl_03

Przeszłyśmy się też po całym miasteczku biegowym (zlokalizowanym w Centrum Handlowym Arkadia) i zorientowałyśmy gdzie są depozyty, gdzie łazienki i gdzie można wygrawerować swój wynik na medalu. Dzięki temu służyłyśmy później pomocą wielu ludziom, bo depozyty nie były zbyt dobrze oznaczone, same się ich nieźle naszukałyśmy. Po biegu też wiedziałyśmy gdzie mamy się udać po grawer 🙂

niepodl_04

niepodl_05
Byłyśmy świetna informacją turystyczną

Ten moment przed startem….

Z jednej strony lubię go najbardziej – przecież zaraz będę biegać, a z drugiej najbardziej nie lubię – na start ostatniej strefy trzeba tak dłuuuugo czekać… W przypadku Biegu Niepodległości czekałam na ten moment, bo dowiedziałam się, że przed startem wszyscy uczestnicy odśpiewują Hymn Narodowy.

niepodl_10

Wyobrażałam sobie, że będzie to taka piękna, podniosła chwila. Wiecie, 15 tysięcy ludzi na baczność i z 15 tysięcy gardeł popłynie hymn… I pewnie (zgaduję) w pierwszej strefie było podniośle, natomiast w strefie ostatniej wyglądało to mniej pięknie. Zacznijmy od tego, że o tym, że śpiewamy hymn dowiedzieliśmy się kiedy on już trwał. Podkład muzyczny puszczono strefie szóstej mniej więcej w połowie pierwszego refrenu, a zanim wszyscy zorientowali się o co chodzi, to odśpiewaliśmy tylko drugą zwrotkę. Nie było komendy „baczność” (a przecież tak właśnie odśpiewuje się hymn!) i Ci co czuli, że wypada, to stali na baczność, a reszta strefy nadal skakała lub bujała się w celu rozgrzania się przed startem… Nie tego się spodziewałam :/

niepodl_08
Udało się uchwycić fragment żywej flagi.

Ale szybko to poszło w zapomnienie, bo coraz bliżej był start naszej strefy. Przed samym startem organizator zapewnił nam Zumbową rozgrzewkę. Muzykę słyszałam, ale instruktorka, mimo że na podwyższeniu to i tak stała tak daleko, że nie widziałam żadnego jej ruchu. Wszyscy zawodnicy w okół tańczyli więc we własnym zakresie lub skakali – też nieźle. Trochę się naczekaliśmy, ale wreszcie udało się – ruszyliśmy.

niepodl_09

Trasa

Trasa biegu nie była skomplikowana, prowadziła prostą trasą „w tą i z powrotem” Aleją Jana Pawła i Aleją Niepodległości (czy mogła być lepsza trasa na ten dzień?). Nie wiedziałam czy podoba mi się taka opcja jednostajnej prostej drogi, ale okazała się bardzo przyjemna. Zapewne, jak zawsze na biegach – tłum niósł. Pomimo biegu w linii prostej był on podzielony na wyraźne etapy. Po około 2,5 km (czyli 1/4 trasy) był podbieg na wiadukt przy Dworcu Centralnym i zbieg z niego. Wydawało się, że będzie ciężko, ale nie był taki straszny: nie był ani bardzo stromy ani długi, spokojnie można było wolniutko wbiegać.

niepodl_12
Źródło: Fotomaraton.pl

Równo w połowie trasy była nawrotka a tuż za nią punkt z wodą. Tradycyjnie jeden łyk, nie więcej, żeby nie było kolki i popędziłyśmy dalej. W drodze powrotnej musiałyśmy pokonać po raz kolejny wiadukt, tym razem na 7,5 km. Po jego pokonaniu czuło się, że jest już naprawdę niedaleko do mety. Na ostatnim kilometrze znów udało mi się wykrzesać resztki sił, żeby przyspieszyć. Problemem byli nordic-walkingowcy, którzy byli puszczeni tą samą trasą. O ile szli pojedynczo, czy po dwoje, to było ok, ale wymijanie czteroosobowej ławy ludzi idących wolniej niż ja biegłam było lekko frustrujące.

niepodl_14
„Gazela” po lewej, to ja 😀 Źródło: Fotomaraton.pl

Ale udało się dobiec bez kolizji. W czasie 1:06:55.

Po biegu

Nagrodą na nasz wysiłek był piękny, pamiątkowy medal. Sprawę tasiemki i połączenia jej z medalem przemilczę. Powiem tylko, że koleżance tuż po odebraniu medal spadł z tasiemki…

niepodl_16

Organizatorzy zadbali za to o drobny posiłek regeneracyjny – zwykły banan, ale jak smakował! Była też woda i napoje energetyczne. Dla wszystkich, nie tylko dla tych, którzy dobiegli na początku jak na Biegnij Warszawo.

niepodl_15

Były też folie termiczne do ogrzania biegaczy. Albo było ich pod koniec mało, albo przegapiłyśmy punkt, gdzie je rozdawali – nie dostałyśmy. Szybko więc wróciłyśmy do Arkadii, żeby się nie przeziębić. W międzyczasie wygrawerowałyśmy swoje czasy na medalach – na szczęście nie było kolejki.

niepodl_18
Suszymy ząbki!

Na co dzień staramy się jeść lepiej, ale stwierdziłyśmy, że odrobina rozpusty będzie miłą nagrodą po biegu – poszyłyśmy do McDonalds na fryty, McNuggetsy, herbatę i kawę. Uprzedzając pytania – myślę, że wyjątkowo, z myślą o biegaczach otworzyli kilka restauracji w ten wolny od pracy dzień świąteczny. W końcu niektórzy jechali nawet pół Polski, żeby wziąć udział w biegu.

niepodl_20

Do domu wróciłyśmy dumne z siebie i zadowolone, że dałyśmy radę. Mamy również postanowienie, że w przyszłym roku bierzemy udział we wszystkich trzech biegach z Triady Warszawskiej. A inne biegi…? Będziemy ustalać na bieżąco.