Oglądaliście serial „Jak poznałem Waszą Matkę” (How I met your mother)? Ja jestem wierną fanką, obejrzałam wszystkie sezony, aż do ostatniego najgorszego ze wszystkich odcinka (serio? Ostatnim odcinkiem zepsuć całe pozytywne wrażenie z 9 świetnych sezonów?). Ale nie o tym będzie dzisiaj. Wspominam ten serial, bo główny bohater, Ted Mosby, z wykształcenia architekt, miał swój ulubiony budynek – Empire State Building. Miał fioła na jego punkcie do tego stopnia, że zamęczał wszystkich dokoła śmiesznymi faktami na temat Empire State Building. Na pewno domyślacie się, że wszyscy wokół byli przeszczęśliwi ciągle słuchając opowieści Teda. Myśląc o dzisiejszym wpisie, skojarzyłam sobie moje śmieszne fakty o ciąży z tymi o Empire State Building. Że pewnie tak samo zamęczyłabym wszystkich dokoła opowiadając o nich. Niemniej jednak zebrało mi się na sentymenty, powspominałam sobie trochę jak to było jak byłam w ciąży. Oto moich 9 fun faktów na temat ciąży.

Fun fact number 1: Ciało już wiedziało, a ja jeszcze nie

W bardzo wczesnej ciąży zdarzyło nam się wyjechać z grupą przyjaciół na weekend pod namioty. Oczywiście nie byłam jeszcze świadoma tego, że w ciąży jestem, a w grupie najlepszych znajomych, wiadomo wieczorami można wypić trochę %. Czystej wódki nie lubię, ale dziewczyny, jak to płeć piękna znajdzie zawsze coś dla siebie – w ruch poszła wiśniówka, porzeczkówka i jakieś jeszcze inne „ówki”. Wszystkim się podobało, tylko ja jedna narzekałam jakie to paskudne, jak fatalnie smakuje nie schłodzone (pod namiotem brak lodówki) i w ogóle ble. Do tego stopnia mi nie smakowało, że przestałam pić po jednym kieliszku. Wniosek: moje ciało już wiedziało, że rośnie we mnie człowiek, ja jeszcze nie. (Tak, jak się już dowiedziałam o ciąży, to miałam niezłego stracha, że jednak jeden kieliszek wypiłam…).

Fun fact number 2: Fast food moim przyjacielem

Mówią, że kobiety jak tylko zajdą w ciążę, to zaczynają o siebie dbać dwa razy bardziej, zdrowo się odżywiają, nie jedzą fast foodów. Bullshit! Pierwszy trymestr minął mi pod znakiem McDonalds, pizzy, hot dogów z budki i wszelkiego niezdrowego jedzenia. Tak strasznie mnie do niego ciągnęło, że kilka razy pod rząd przynosiłam do pracy śniadanie z Maca… Koleżanki z pracy tylko dobrodusznie się uśmiechały, a potem faza na niezdrowe minęła. Tylko jakoś niechęć do pomidorów utrzymywała się przez wszystkie trzy trymestry.

Fun fact number 3: Mdłości – jakoś trzeba sobie z nimi radzić

Z dolegliwości ciążowych w pierwszym trymestrze dopadły mnie tylko mdłości (najbardziej rano). Musiałam sobie jakoś z nimi radzić, więc w tym czasie obowiązkowym przyjacielem była paczka gumy do żucia. Bardzo dużo jej żułam, ale doczytałam się, że zawiera szkodliwy aspartam, więc… zaczęłam łamać je na pół i żuć mniejsze ilości (geniusz!)

Fun fact number 4: Napoje – bądźmy wybredni

Kolejny fun fact związany  z mdłościami. W pierwszym trymestrze mogłam pić tylko dwa rodzaje napojów: super zimną i gazowaną colę, albo gorącą herbatę. Nic pośredniego, zimna herbata, ciepła cola: bleeee.

Fun fact number 5: „Z Twoim charakterem, na pewno będzie dziewczynka”

Usłyszałam od Pana Wyrodnego. „Taka uparta jesteś, więc to przesądzone”. W tej myśli utwierdzał mnie i mąż, i mama i siostra, że sama zaczęłam w to wierzyć. Oglądałam w sklepach ubranka dla dziewczynek i w ogóle wyobrażałam sobie dziewczynkę. A potem poszliśmy na USG. Bez żadnych wątpliwości – chłopczyk! Wiecie jak się wtedy ucieszyłam? Na serio bardzo ta myśl mi się spodobała, w szczególności, jeśli chodzi o mojego męża. Wiecie, dla faceta syn, to sprawa honoru. Tak się złożyło, że Pani Wyrodna, z natury twarda babka w ciąży zawładnięta hormonami szybko się wzruszała. I po tym USG (jak po każdym!) miała łzy w oczach, że zobaczyła swojego Malucha na monitorze. A Pan Wyrodny myślał, że jest jej przykro, że nie dziewczynka. Do tej pory nie chce uwierzyć, że to było tylko wzruszenie.

Fun fact number 6: Ciąża w rozmiarze S

Przez pierwsze dwa lub trzy miesiące ciąży w ogóle nie przybierałam na wadze, wręcz przeciwnie, co wizyta u lekarza tym mniej ważyłam, później dopiero zaczęłam przybierać. W efekcie przez całą ciążę przytyłam tylko 10 kg. Na co dzień noszę ubrania w rozmiarze M lub L. Ciążowe ubrania kupowałam w rozmiarze S. Firmy zawsze robią ciągówki trochę większe, ale żebym ja nosiła spodnie eSki, to tego jeszcze nie grali.

Fun fact number 7: Ciąża zimą bez kurtki

Na początku ciąży wyszukałam sobie w second handzie flauszowy płaszczyk o jeden rozmiar za duży, tak, żebym miała na początek, kiedy to jeszcze nie ma dużych mrozów. Moja mama zaopatrzyła mnie natomiast w specjalną, ciążową kurtkę zimową, bardzo ciepłą i bardzo dużą. Los jednak okazał się łaskawy, bo zima była ciepła, a ja nie przytyłam za dużo. Całą zimę przechodziłam w tym flauszowym płaszczyku.

Fun fact number 8: Jeszcze o napojach

Końcówka ciąży, to już sama męczarnia. Maluch rozpycha się do granic możliwości i zmniejsza pęcherz oraz żołądek. Każdej nocy, kiedy kładłam się do łóżka przeżywałam istny koszmar związany ze zgagą – niezależnie od tego ile zjadłam (a jadłam już bardzo mało pod koniec). Zawsze w lodówce miałam awaryjną puszkę napoju gazowanego. Puszkę – bo to odpowiednia ilość napoju i gwarancja, że szybko się nie wygazuje. Napój gazowany – bo po dobrej ilości bąbelków dobrze było sobie „odbeknąć” i zapomnieć o zgadze. Najlepszy w te klocki był Schweppes (wszelkie jego rodzaje, pomarańczowy, citrus mix itd.).

Fun fact number 9: „To Ty jesteś w ciąży?”

Wiecie, pracuję w korporacji informatycznej. Większość moich kolegów, jak nie wszyscy, to informatycy. Wiecie jacy informatycy są… na pewno NIE są ślepi. A jednak! Byłam już w mocno widocznej ciąży (i nie kryłam się pod luźnymi ubraniami), kiedy przyszłam do sąsiedniego pokoju o coś się spytać chłopaków i padł jakiś komentarz-aluzja do mojej ciąży. I w tym momencie jeden z kolegów robi wielkie, zdziwione oczy: „To Ty jesteś w ciąży?!”. Bez komentarza.

To mój luźny zbiór ciążowych ciekawostek. Założę się, że Wy też macie do opowiedzenia śmieszne historie ze swoich ciąż. Napiszcie o nich w komentarzu, z wielką ciekawością o tym poczytam.

Zdjęcia zrobione przez Sky Blue Studio pochodzą z naszej sesji ciążowej.

  • ~Emilia

    Ulżyło mi, że nie tylko ja sobie pozwalam na colę od czasu do czasu na ciężki żołądek 😉
    Fanaberie żywieniowe trwają ok 2-3 tygodni do miesiąca i ostatnio dotyczą: mielonej wołowiny i czerwonej fasoli (chilli con carne kolejny tydzień rządzi!), brokułów (panierowany w curry – zakochałam się i ja i mąż!), łososia (najlepiej w sosie teriyaki, bogom dzięki za dobre ceny w biedronce…), ostatnio na tapecie też banany, ale tłumaczę sobie, że dopóki to nie głupoty w postaci lodów czekoladowych z ketchupem to najwyraźniej danego składnika akurat w tej chwili mi trzeba, więc jem 😉
    Plus odkrywam uroki odczuwania ruchów i…nie zawsze mi z nimi dobrze, zwłaszcza kiedy nie mogę obrócić się na drugi bok bo lokator zaczyna boksować domagając się powrotu do poprzedniej pozycji 😛

    • wyrodna-matka

      A, jeśli chodzi o jedzenie, to od drugiego trymestru pożerałam duże ilości cytrusów. Pomarańczy, mandarynek, grejpfrutów. Do tego stopnia, że kiedyś grejpfruta popiłam sokiem jednodniowym… grejpfrutowym. Chyba potrzebowałam dużo witaminy C 🙂