W miniony weekend (23.04.2017) do mojej kolekcji dołączył ósmy medal. Pierwszy mój bieg uliczny w 2017 roku, to Bieg OSHEE na 10 km. Bieg ten towarzyszył wielkiej imprezie biegowej jaką jest Orlen Warsaw Marathon. To był mój pierwszy start od listopada, więc trochę już zapomniałam jak to jest startować. A jest baaardzo fajnie! Zapraszam do dalszej lektury.

O tym, że wezmę udział w tym biegu wiedziałam już dawno, bo bodajże od stycznia. Ominął mnie bieg Tropem Wilczym (Pamięci Żołnierzy Wyklętych), w którym wzięli udział moi znajomi, a mnie zatrzymało tego dnia wesele, więc tym bardziej czułam niedosyt i miałam większą chęć na występ w biegu. Jeszcze większą motywacja był fakt, że w biegu wzięła udział prawie cała nasza „drużyna biegowa” plus kilka innych znajomych – zawsze to raźniej.

Pakiet startowy

Pakiet startowy odbierali moim znajomi i bardzo nie mogłam się go doczekać, bo był naprawdę przyzwoity, popatrzcie sami.

Kto widzi to zdjęcie prosto, a komu się przekręciło w bok? Na szkicu wpisu jest normalnie, a jak podglądam to jest bokiem… 🙁 Chlip chlip..

W skład pakietu wchodziły następujące rzeczy:

  • koszulka funkcyjna Asics (super, super, super! z mojego ulubionego mięciutkiego materiału, na pewno będę jeszcze używać),
  • numer startowy z chipem + numer do naklejenia na worek (12114, bardzo podobał mi się mój numer),
  • biuletyn, w którym było wyjaśnione wszystko, cała organizacja, trasy, pakiety, mapki itd.,
  • napój Oshee
  • batonik Oshee
  • foliowy worek na to wszystko, który później przydał się przy oddawaniu rzeczy do depozytu

Naprawdę bardzo bogaty pakiet jak na koszt 50 zł.

Pierwsza podróż metrem (2 linią)

Pomimo weekendu, tego dnia wstać trzeba było naprawdę rano, bo bieg zaczynał się o godzinie 9:00. Mnie w pobudce pomogło dziecko, więc budzik nie musiał dzwonić. O godzinie 7:20 wyruszaliśmy już całą drużyną z mojego miasteczka, a około 8:00 parkowaliśmy przy metrze w Warszawie. Start biegu był przy Stadionie Narodowym, a dla biegaczy tego dnia darmowa komunikacja miejska – wygodniej więc było dojechać do metra, a potem myk metrem aż na sam stadion. To była moja pierwsza podróż drugą linią metra – nigdy dotychczas nie miałam potrzeby nią jechać, więc dodatkowa atrakcja tego dnia.

W drodze do metra.

Powiem Wam jaki jest największy plus startowania w drużynie – dobry humor przed startem. Uśmiechom i żartom nie było końca. I selfiakom też nie było końca, jak widać na załączonych obrazkach. Wiecie, taki typowy przykład grupowej głupawki Dostałam pozwolenie na publikację wszystkich zdjęć zawartych w tym wpisie, więc… musie pooglądać nasze gęby.

Obowiązkowy selfiak w metrze 🙂

Udało nam się dotrzeć na Stadion, a tam moooooorze ludzi. Chyba nie byłam jeszcze na tak wielkim biegu (w końcu to była i dziesiątka i maraton – 36 tys ludzi wg. telewizji). Oprócz morza było też bardzo zimno, mroźny wiatr, chmury. Założyłam więc dwie warstwy pod spód i dopiero na to koszulkę. Szkoda, ze potem się to na mnie zemściło.

Pan oszukista i ToiToi

Odnaleźliśmy się jakoś w tym miasteczku biegacza (duży plus, bo wszystko fajnie pooznaczane), zostawiliśmy depozyty w… depozycie i, jak to grupa, gdzie w większości są dziewczyny – stanęliśmy w niekończącej się kolejce do ToiToi-ów. Kolejka, można by powiedzieć „never ending story”, nie posuwała się prawie do przodu, a tu czas nas gonił, za chwilę start.

Foto: A. Radziejewska
Oddajemy rzeczy do depozytu. Foto: A. Radziejewska

Nagle przed nami zmaterializował się jakiś Pan z megafonem (czyt.: ktoś z organizatorów) i obwieścił, że jak ruszymy w swoje strefy startowe to tam po drodze jest aż 150 toitoiów rozstawionych, i że tam na pewno pójdzie szybciej. Uwierzyliśmy i udaliśmy się we wskazane miejsce. Okazało się to błędem, ponieważ tam kolejki były równie długie. Ale stamtąd już się nie ruszaliśmy. Skracając historię: mnie udało się skorzystać jeszcze przed wystrzałem startowym, reszcie chwilkę po i biegiem (nomen omen) udaliśmy się na start.

Nie widzieliśmy wyraźnego podziału na strefy, więc pytaliśmy ludzi idących w stronę startu która to strefa, ale każdy miał inny kolor na numerze startowym (strefy oznaczone były kolorowym paskiem z boku numeru) i dopiero jak zobaczyliśmy pacemareka na 60 min, to wiedzieliśmy że tuż za nim zaczyna się nasz strefa. Wmieszaliśmy się więc w tłum.

Nadal uchachani 🙂

Start i zaraz…stop

Zaraz na starcie mamy pierwszy zgrzyt biegu (a mam tylko dwa zgrzyty dotyczące całej imprezy, więc całkiem nieźle). Od momentu wystartowania pierwszej strefy wszyscy zawodnicy kolejnych stref poruszali się do przodu, nikt nie pilnował swoich stref, niektórzy zaczynali biec, niektórzy szli. Byłam przyzwyczajona do tego, że pomiędzy strefami były chwilowe przerwy, ludzi na trasę wypuszczano kiedy nie było już takiego tłumu z przodu, a tutaj tego nie było. W efekcie na samym starcie (było tam też przewężenie) zrobił się zator i żeby rzeczywiście pobiec trzeba było kombinować bokiem lub przepychać się między ludźmi – to nie było fajne i sprawiło, że pierwszy kilometr był tym najwolniejszym (sprawdziłam na Endomondo).

Znajdźcie nas na tej fotce 🙂 (foto: www.t-run.pl )

 

W biegu

No i właściwie samego biegu miałam Wam nie opisywać, gdyby nie fakt, że tym razem trochę sobie sprawę utrudniłam. Jak wspomniałam gdzieś wyżej miałam na sobie dwie warstwy z długim rękawem, na to koszulka startowa, do tego rękawiczki i cieniutki komin na szyi. A słońce grzało i grzało i grzało. Pierwsze poszły rękawiczki, później komin i myślałam że na tym poprzestanę. Na szczęście biegnący obok mnie mój osobisty Zając (czyt: koleżanka, która nadawała świetne tempo) stwierdziła, że może bym się rozebrała. Tak więc, ciągle biegnąc (!) zdjęłam koszulkę z numerem i opaskę z telefonem, zdjęłam kurtkę, założyłam koszulkę z numerem, kurtkę przewiązałam w pasie i założyłam opaskę z telefonem. Podkreślam raz jeszcze: robiłam to w biegu.

Powiem Wam, że biegło mi się ciężko. Pewnie to „zasługa” trzech tygodni bez treningów biegowych oraz chęć przebiegnięcia trasy w czasie poniżej godziny (co oznacza szybsze tempo). Oznaczenia kilometrów na trasie bardziej mnie męczyły niż pomagały, nie miałam siły gadać, czasem nawet słuchać. Ciągle zasychało mi w gardle i z utęsknieniem wyczekiwałam punktu nawodnienia, który pojawił się sporo po przekroczeniu 5 kilometra. Potem było mi niewiele łatwiej. Po pojawieniu się 9 kilometra kazałam Zającowi biec „na swój rachunek”, bo stwierdziłam, że nie będę biednej koleżanki opóźniać, niech bije rekordy. Sama chciałam wykrzesać z siebie jeszcze coś więcej, ale nie udało mi się przyspieszyć przed metą, bardzo na tym dziewiątym byłam wykończona.

Meta

Jednostajnym tempem udało mi się w końcu przekroczyć linię mety. Byłam przeszczęśliwa, że udało się przebiec całe 10 km w całkiem przyzwoitym tempie, ale jeszcze szczęśliwsza że to już koniec 🙂 Szybko znalazłyśmy się z kumpelą i poszłyśmy odebrać zasłużone medale.

Tuż po odebraniu medali. Dumne!

Oprócz medali na mecie czekały napoje energetyczne OSHEE (w dużej ilości, nie zabrakło nikomu) oraz woda OSHEE (w równie dużej ilości). Za to duży plus. Czekając na resztę ekipy porobiłyśmy sobie jeszcze trochę fotek, które możecie obejrzeć poniżej.

Foto: Pani hostessa z Oshee.
Foto: A. Gierucka
Foto: A. Gierucka

A kiedy wreszcie odnaleźliśmy naszą ekipę w całości to przysiedliśmy na chwilkę na poboczu, nawadniając się i ciesząc z kolejnego „zaliczonego” biegu. Piękne słoneczko było w tym czasie i fajne foty powychodziły.

Medale są śliczne! Pięknie błyszczą i można się w nich przejrzeć 🙂

To w ile ja w końcu przebiegłam tę dziesiątkę..?

Udając się niespiesznie w stronę depozytów zauważyliśmy punkt, w którym można wygrawerować swój czas na medalu. Od kiedy odkryłyśmy tę możliwość na biegu Powstania Warszawskiego, odtąd zawsze grawerujemy na medalach swój czas. Bardzo się ucieszyliśmy, że tutaj też była taka możliwość i od razu oddaliśmy medale do graweru. Na usługę trzeba było trochę poczekać, postanowiliśmy w tym czasie poszukać czegoś do jedzenia. Organizatorzy zadbali o całą plejadę foodtrucków – wybraliśmy zapiekanki. W międzyczasie pogoda znów zrobiła się mroźna i zaczął silnie wiać wiatr. Pisząc kolokwialnie „nieźle nas wypizgało”, a pamiętajcie, ze po biegu byliśmy upoceni i zgrzani. Sprawdziliśmy też telefony, bo przyszły do nas smsy z wynikiem. Według sms-a 10 km przebiegłam w czasie 01:00:07. Plan początkowy nie udał się, ale i tak byłam zadowolona z wyniku. Pochwaliłam się tym oficjalnym czasem na Endomondo, pochwaliłam się tez mężowi.

Drugi zgrzyt tego dnia zaczął się kiedy odebraliśmy medale z grawerowania. Okazało się, że widniały na nich inne wyniki niż te w smsach. I to w dodatku gorsze…

Jak widać na powyższym zdjęciu moje 10 kilometrów przebiegłam w czasie 01:00:10, co również złym wynikiem nie było, ale pozostał mi drobny niesmak. Od razu też sprawdziliśmy wyniki na stronie Biegu OSHEE i zgadzały się z tymi na medalach. Coś poszło nie tak z SMSami. 

Zdjęcie tradycyjne. Foto: P. Martyniuk

Po biegu

Z biegu wracaliśmy w równie dobrych humorach co przed biegiem. W drodze powrotnej zaczął trochę padać deszcz, widziano również śnieg z deszczem. Tym bardziej cieszyliśmy się, że na czas biegu nie padało i w większości było słonecznie. A po powrocie najlepszą częścią dnia była gorąca kąpiel, bo bardzo, bardzo mnie przewiało, jeszcze dzisiaj odczuwam tego skutki.


Moje osobiste wnioski po biegu są takie, że powinnam więcej trenować, żeby wreszcie na spokojnie uzyskać czas poniżej godziny na 10 km (przecież już mi się to tyle razy udało!). Kolejny wniosek, to taki, że wystartowałabym w OSHEE jeszcze raz. To był bardzo dobrze zorganizowany bieg. Od organizacji miasteczka biegaczy począwszy, poprzez napoje na mecie (nie opisałam ale były też banany), na zadbaniu o foodtrucki skończywszy. Dwie rzeczy, które poszły nie tak, to „korek” na pierwszym kilometrze i inny czas w smsach niż w oficjalnych wynikach, ale jak sobie teraz o tym pomyślę, to były szczegóły. Fajnie było znów pobiec! A już za chwilę czeka mnie kolejny bieg, tym razem piąteczka w Biegu Konstytucji 3-go Maja. Ciekawe jak będzie?

  • Gratuluję. Następnym razem życzę przekroczenia bariery jednej godziny 🙂 Ale chyba przeleciałaś przez ten bieg, a nie przebiegłaś, bo na zdjęciach nie widać w ogóle zmęczenia 🙂
    Pozdrawiam,
    Bartek

    • Bo szczęście z ukończenia biegu wyparło to zmęczenie 😉 Chociaż czerwień na twarzy mówi, że lekko nie było 🙂

  • Katarzyna Biegańska

    Gratuluję wyniku. Po zdjęciach widać, że sprawia Ci to radośc 🙂

  • masz piękny uśmiech 🙂

    ja kiedyś w biegu zmieniałam fryzurę z koka na warkoczyk 😉 biegacz potrafi 😉

    • Dziękuję 🙂
      Pewnie, że potrafi. Nie ma rzeczy nie możliwych w biegu 😀

  • Gratuluję udziału w biegu. Niezły wyczyn

  • Tatianka

    Ja podziwiam, za wytrwałość i po prostu za tą chęć! Bieganie to super sprawa sama biegam ale nie wiem czy bym była zdolna do takiego wyzwania jak 10 km. A tak na marginesie rozdawali Oshee? I co sądzisz na temat tego izotonika, bo ja słyszałam ze ciągle są jakieś afery w sprawie nieprawdziwej zawartości kolagenu w napoju?

    • Jak raz się wystartuje w biegu, to potem chce się ciągle. Ta niesamowita energia tłumu i to szczęście na mecie uzależnia 🙂 A to zdrowe uzależnienie. Polecam spróbować wystartować – na początek najlepiej w jakiejś piąteczce (chociaż paradoksalnie, mnie lepiej się biega 10 km), żeby zobaczyć jak to jest.

      Rozdawali OSHEE izotonik (pomarańczowy taki) i OSHEE wodę (taka przezroczysta 😀 ). Jak dla mnie izotonik po wysiłku fizycznym był smaczny, ale po takim wysiłku wszystko co mokre było pyszne 😉 Na co dzień nie piję żadnych izotoników, więc ciężko mi się ustosunkować do zawartości (bądź braku) kolagenu. Generalnie: byłam zadowolona, że dostaliśmy te napoje, i że było ich dużo, bo nie na każdym biegu, w którym startowałam dla wszystkich starczyło izotoników (na Biegnij Warszawo się nie załapałam). Także OSHEE jako sponsor spisał się super 🙂

  • Katarzyna Wojtyńska-Stahl

    Gratuluję pasji i dobrego zdrowia 🙂

  • Aneta

    Gratuluje takiej pasji ! 😀

  • Ja musiałam przerwać krótką przygodę z bieganiem, ale mam nadzieję, że po przeprowadzce będę mogła ponownie do tego wrócić 🙂
    Gratuluję przebiegnięcia i trzymam kciuki za kolejny bieg!

    • Jeśli Cię do tego ciągnie, to wrócisz 🙂 Trzymam kciuki. Ja sama miałam przerwę na ciążę i pierwszy rok wychowywania dziecka, ale ciągnęło mnie mocno i wróciłam do biegania 🙂

  • Iwona Gogulska

    Sama nie lubię biegać, dlatego podziwiam osoby, które to robią. Szacun!

    • Mnóstwo osób, które obecnie biegają całe życie twierdziło, że nie lubi biegać. Ja też nienawidziłam. Czasami trzeba jeszcze raz spróbować (najlepiej z kimś), żeby pokochać 🙂

      • Iwona Gogulska

        Ale ja próbowałam 😛

  • Przemek Kowalski

    Szczere gratulacje 🙂 I widze, że wcale nie taka wyrodna 😉

  • Aż Ci zazdroszczę tych emocji, bo wiem jak smakują. Zbieram się do powrotu do biegania i zbieram, ale odkąd odkryłam slow jogging jakoś bardziej mi to odpowiada, a formę ćwiczę na innych formach ruchu. Ściskam Gaba no i oczywiście gratuluję wyniku.

    • Slow jogging też jest fajny, a na pewno przyjemny 🙂
      Ale właśnie te emocje w różnych startach najbardziej mnie przyciągają 🙂 I medale.
      Pozdrawiam serdecznie! :*

  • Wyrodna Matko- ja się pytam czy Ty jesteś pełnoletnia?! 😀 Wyglądasz na dzieciaka! Serio 😀
    No i szacun! Ja max 5km w biegu ulicznym zrobiłam a 10 zabiłaby moje kolana :/

    • Hahaha! Już dawno tego nie słyszałam 🙂 Jestem pełnoletnia jakieś… 12…a we wrześniu 13 lat 🙂 Że wyglądam na dzieciaka – wiem. I z jednej strony jest mi z tym dobrze :), a z drugiej… niektórzy nie traktują mnie poważnie, bo myślą, że małolata jestem 🙂
      Bieganie jest fajne, ale co prawda, to prawda: mocno obciąża stawy i kręgosłup…

      • Dobre geny 😀
        ps. No i uzaleznia 😉

    • No tego bym się po Tobie nie spodziewała Pani. Toż to Ty kondyche masz, śmignęłabyś jak kurka.

      • Hehe, Ola- no nie po asfalcie! Moje prawe kolano niestety nie przeżyłoby tego starcia :/

        • O wreszcie ktoś to głośno powiedział. Z jakim ortopedą czy fizjoterapeutą bym nie rozmawiała, to mówi, że włos mu się na głowie jeży jak widzi „uderzanie tych stawów o beton” 😉 Swego czasu odczułam, nie powiem i podejrzewam, że kiedyś jeszcze się skuszę, no ale na pewno nie regularnie.

          • Dokładnie to! Fizjoterapeuci i nawet trenerzy wiedzą, że bieganie do najzdrowszych nie należy a już na pewno nie po asfalcie!

          • A popatrz jaki wysyp maratonów. Część z tych ludzi w kwiecie wieku będzie kalekami. Mam sąsiada, który tak katuje swoje ciało, że aż boli. Owszem świetnie hartuje organizm i charakter, osiąga świetne wyniki, ale nie mam wątpliwości, że odbywa się to kosztem jego przyszłych problemów np. ze stawami.

          • No i niestety coraz więcej ludzi zabiera się za bieganie- bo najłatwiej/najtaniej..ehh..

          • Ja mam wrażenie, że biegają już wszyscy :-p

          • 😉

          • Tak Was czytam i czytam i mocno mi smutno, że aż tak demonizujecie bieganie. Ja się mocno w to wkręciłam. Bieganie jest najprostszą i najtańszą formą ruchu. Sama zrezygnowałam z karnetów na fitness, bo był to dla mnie zbyt duży wydatek, a bieganie jest za darmo. Oprócz obciążenia stawów, przynosi też wiele korzyści. Lepsza forma, kondycja, hartowanie organizmu (jak się biega w zimę), spalanie tkanki tłuszczowej, lepsze samopoczucie. Można przecież pobiegać po lesie a nie tylko po asfalcie czy betonie. Pewnie, że wyczynowe bieganie ma negatywne skutki i tego nie neguję, ale uważam „modę na bieganie” za dobry trend. A na pewno lepszy niż siedzenie na kanapie przed telewizorem 🙂

          • Kazdy sport jest lepszy niż siedzenie a bieganie jest akurat najtrudniejszym (technicznie) i niestety długofalowo ma fatalne skutki. ALe ciesze się ze jesteś na etapie euforii 🙂