Bieg po dynię – zorganizowany w małej miejscowości, krótki, z tanim pakietem startowym – miał być zabawną ciekawostką, a okazał się jednym z najfajniejszych biegów, w których uczestniczyłam w tym roku. Na Facebooku znalazłam komentarz, że Biegnij Warszawo mogłoby się od dyni uczyć organizacji – całkowicie się z tym zgadzam.

Ilość miejsc w biegu głównym była ograniczona do 300 osób. Niby mało (w Biegu Powstania czy Biegnij Warszawo było prawie 10 000), ale to był atut całej imprezy. Kameralność i przytulność. Oprócz biegu dla dorosłych na 5 km rozgrywały się też mniejsze biegi dla dzieci w różnych kategoriach wiekowych. Niestety nie śledziliśmy ich losów, bo przyjechaliśmy dość późno i było tak zimno, że nie chciało nam się stać na dworze.

Miejsce

Bieg odbywał się w Lesznowoli. Gmina ta słynie z hodowli dyń, a jej ulice jesienią zamieniają się w magiczną dyniową krainę. Niemal przy każdej posesji znajdują się cudowne stoiska z różnymi rodzajami dyń do kupienia – jest pięknie. Jeśli nie chcecie kupować, to polecam chociaż przejechać się wzdłuż Lesznowoli i nacieszyć oko. Warto.

Dynie
Stoisko z dyniami

Najważniejsza jest ekipa

W biegu brałam udział razem z dwoma kumpelami od wieczornego biegania (trzecia też miała, ale kontuzja wykluczyła ją z gry 🙁 ). Później dowiedziałam się, że jeszcze klika znanych mi osób wystartuje – fajnie było mieć taką świadomość. W efekcie było nas 8 mniej lub bardziej znanych sobie osób plus kilku kibiców (w tym Maluch i Pan Wyrodny).

Bieg po dynię 2016
Dostałam zgodę na publikację zdjęcia. Publikuje więc 🙂

Sprawy organizacyjne

Myśleliśmy, że wyjechaliśmy z domu odpowiednio wcześniej, ale na miejscu okazało się, że miejsc parkingowych prawie brak i musieliśmy nieźle nakombinować, żeby gdzieś przycupnąć autkiem. Pakiety startowe odbieraliśmy tuż przed startem w zorganizowanym w tamtejszej szkole biurze zawodów. W skład pakietu wchodziła pomarańczowa koszulka, numer startowy z chipem i kilka rzeczy już po zakończeniu biegu, ale o tym za chwilę. Warto zwrócić uwagę na fakt, że pakiet kosztował tylko 30 zł.

Bieg po dynię 2016
Wiało tak, że trzeba było rozgrzewać się wszystkimi sposobami

Największym problemem była chyba konfiguracja założonych na siebie ubrań. Pogoda nie rozpieszczała – wiał porywisty lodowaty wiatr. Cieszyłam się, że nie padało, wtedy zrobiłoby się już całkiem nieznośnie. Niemniej jednak trzy razy zmieniałam kolejność i rodzaj ubrań. W efekcie miałam na sobie koszulkę z krótkim rękawem, cieniutką kurtkę biegową, kamizelkę (taką a’la puchową) i dopiero na to koszulkę z biegu + rękawiczki i opaska na uszy. Kamizelka sprytnie ukryła się pod koszulką, tak że nie było jej widać i wyglądałam prawie jak dynia. Mąż potem powiedział, że wyglądałam też jakbym w ciąży była. Nieźle – biegająca ciężarna 🙂

Bieg po dynię 2016
Dynia skacze…. Zdjęcie www.sportografia.pl / www.sportevolution.pl

Bieg

Bieg zaczął się kółeczkiem na bieżni wokół boiska, a następnie prowadził przez mało uczęszczane uliczki Lesznowoli głównie na otwartych terenach wśród pól. To tam najbardziej wiało. Dobrym było to, że trasa kilka razy zakręcała i nie mieliśmy ciągle wiatru w twarz, częściej zawiewało nas z boku.

Bieg po dynię 2016

Pomimo zimna, bardzo dobrze mi się biegło. W połowie trasy byłam już na tyle rozgrzana, żeby zdjąć rękawiczki. Dzięki za kieszenie w kamizelce 🙂 Po doświadczeniach z upałem i zimnem mogę jednoznacznie stwierdzić, że zdecydowanie wolę to drugie. Lepiej jest się rozgrzać, niż od razu być na patelni i jeszcze dodatkowo biegać.

Bieg po dynię 2016
Zdjęcie: www.sportografia.pl / www.sportevolution.pl

Bieg był tylko na 5 kilometrów, więc można było utrzymywać nieco szybsze tempo niż w biegach na 10 km. Miałam jeszcze sporo siły i jak zobaczyłam metę to znów udało mi się przyspieszyć i dawać ogromne (jak na mnie) susy. Wykręciłam czas 00:31:05, co jest przyzwoitym wynikiem.

Bieg po dynię 2016
Meta!

Po biegu

Na mecie dostaliśmy butelkę wody i pamiątkowy medal. Strzeliłyśmy też sobie kilka fotek z medalami – jakby nie było taki wyczyn musi być uwieczniony, a następnie udałyśmy się na posiłek regeneracyjny (talon na niego dostałyśmy razem z pakietem startowym).

Bieg po dynię 2016
Obowiązkowa fotka z gryzieniem medalu 🙂
Bieg po dynię 2016
Zdjęcie kiepskie, ale bigos był pyszny!

Tak! Posiłek regeneracyjny. Coś, czego nie było w tych wielkich biegach, w których brałam udział, a w których pakiety były o wiele droższe. I rozumiem, że to może nie ta ranga imprezy, że na innych biegach są tysiące ludzi, a tutaj tylko 300, ale pakiet w cenie 30 zł z posiłkiem, to już naprawdę klasa sama w sobie. Do wyboru była albo zupa dyniowa albo bigos. Oba dania pyszne, oba świetnie rozgrzewające po jesiennych chłodach. Dostępna była też herbata. W dodatku ludzie wykazali się pełną kulturą i nie rzucali się na żarcie jak stado wygłodniałych wilków, ale elegancko ustawiali się w kolejkę po michę. Byłam pod wielkim wrażeniem.

Bieg po dynię 2016
Awers…
Bieg po dynię 2016
… i rewers.

Po posiłku przeszliśmy się jeszcze chwileczkę po kilku straganach, ale nie znaleźliśmy tam nic dla siebie, więc postanowiliśmy wracać do domu. My zahaczyliśmy jeszcze o jedno ze stoisk z dyniami i kupiłam do domu jedną hokkaido i jedną piżmową (o rodzajach dyń poczytałam na kotlet.tv).

Wrażenia po biegu

To był bardzo przyjemny bieg. Wspaniała atmosfera, doskonała organizacja, piękna sceneria – to wszystko sprawiło, że mam ochotę pobiec po dynię w przyszłym roku. No właśnie, tu mam jedno „ale”. Fajnie by było, gdyby każdy uczestnik dostawał symboliczną, malutka dynię, w końcu po to biegliśmy 🙂

  • Macierzynstwo-raz!

    Ale się uśmiałam! Nie słyszałam jeszcze o takim biegu – fajny pomysł 🙂

    • Niby niszowy, ale wystartować może każdy. Bardzo fajna atmosfera – polecam 🙂

Close