Po bogatej w starty jesieni myślałam, że dam już sobie spokój z biegami ulicznymi do przyszłego sezonu. Wieszak na medale dumnie prezentował sztuk 15 (9 tegorocznych), a ja miałam dość zajętych przez bieganie weekendów. Bieg Niepodległości miał być ostatnim w tym roku. Życie jednak pokazuje, że jestem w kwestii biegów gołosłowna, bo wystarczy raz podszepnąć mi, czy bym nie pobiegła, a ja już nawet nie udaję, że się zastanawiam – zapisuję się na bieg. Dokładnie tak było w przypadku Biegu Mikołajów.

Bieg Mikołajów, to zresztą nie jest typowy uliczny bieg. Odbywa się w kilku miastach w Polsce, a ten Warszawski zlokalizowany jest na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu. Całą ideą biegu jest zebranie pieniędzy na jakiś szczytny cel. W tym roku warszawscy biegacze zbierali kilometry dla Centrum Zdrowa Dziecka. Jednak najbardziej nietypową rzeczą, a zarazem najfajniejszą było to, że uczestnicy mogli sami zadecydować ile okrążeń przebiegną. Mogli wybrać od 1 (czyli około 2,5 km) do 4 (czyli około 10). Dodatkowo, wcale nie musieli deklarować tego przed biegiem, tylko w jego trakcie po prostu zejść z trasy lub biec dalej. Ale argumentem, który najbardziej przemówił mi do wyobraźni był bieg w czapkach Mikołaja.

Drużyna Świętego M.

O samym biegu dowiedziałam się od koleżanki, z którą często wieczorami pomykamy po mieście. Podeszłam do tego pomysłu z entuzjazmem i nawet zaczęłam temat z pracodawcą o ewentualnym sponsorowaniu biegu. Ostatecznie koleżanka nie wzięła udziału, ja za to zaangażowałam się w zebranie drużyny biegowej z mojej firmy i zgłoszenie jej organozatorom. W dniu biegu drużyna liczyła dziewięć osób 🙂

Worek z prezentami

Bieg Mikołajów to bieg charytatywny – nie liczyłam więc na jakiś super pakiet startowy. Był w nim numer startowy, czapka Mikołaja, chip (do wplątania w sznurówki i oddania po biegu), owsianka i ozdoba na choinkę – wszystko zapakowane w fajny woreczek. Chętni mogli sobie zamówić wcześniej i odebrać w dniu biegu koszulkę lub skarpety. Zyski ze sprzedaży również trafiały na cele charytatywne. O ile koszulek biegowych mam aż za dużo, o tyle skarpetki zamówiłam, bo były bardzo ładne, świąteczne.

Fajną rzeczą na biegu, było to, że można było się świątecznie (albo i nie świątecznie) przebrać. Autor najlepszego przebrania wygrywał wycieczkę dla całej rodziny do siedziby Świętego Mikołaja. Wiedziałam, że szans nie mam, ale przyczepiłam sobie do warkoczy kokardy z dzwoneczkami, które dzwoniły mi przez cały bieg.

Dzwoneczki na warkoczach.

Przed biegiem

Byłam świadoma tego, że bieg po torze wyścigów konnych to będzie bieg w trudnym terenie. Wiedziałam, że trzeba się odpowiednio przygotować. Nauczona doświadczeniem (patrz Julinek Run) założyłam buty o mniejszej amortyzacji (Zabrzmiałam jakbym miała co najmniej 15 sztuk butów biegowych. To nieprawda. Mam dwie). Ustaliliśmy też w kilka osób, że nie będziemy walczyć o żadne życiówki, tylko tempem spacerowym pobiegniemy dla dzieciaków. Z resztą na takiej nawierzchni trudno o życiówki. Jednak to co spotkało nas na biegu, to było coś na co nie mogliśmy się do końca przygotować. Ale o tym w następnym rozdziale.

Biuro zawodów

Przed samym biegiem musieliśmy uczynić ukłon w stronę pracodawcy i zrobić sobie firmową fotę. Miałam nie lada stresa, bo to ja miałam zebrać drużynę w całość, a zapomniałam spisać sobie numerów telefonów. W dodatku odbiór pakietów szedł jak krew z nosa, a potem w tym samym tempie odbiór skarpet. Na szczęście cała drużyna zebrała się sama, ale po wspólnym zdjęciu zostało nam 7 minut na to, żeby skorzystać z łazienki. Na trasę biegu wbiegliśmy tuż przed sygnałem startu. Normalnie spowodowałoby to u mnie duży stres, ale tego dnia po prostu dobrze się bawiłam.

Co prawda nie w lustrze, ale selfiak w łazience zaliczony.

Run, Mikołaj, run!

No to ruszyliśmy. Na początku był śnieg. Trochę mokry, trochę śliski – do przeżycia. Ale im dalej i im dłużej biegliśmy tym bardziej śnieg przekształcał się w grząskie, wstrętne błoto. Błoto, od którego nie dało się porządnie odbić, błoto które wciągało buty, błoto, które wdzierało się do butów, skarpetek, oblepiało getry. W desperacji biegaliśmy coraz bardziej skrajne, lub coraz bardziej „wewnętrzne” kółka, w poszukowaniu lepszej nwierzchni. W sekrecie powiem Wam, że najgorsze jest pierwsze zamoczenie skarpetek. Potem człowiek godzi się z losem i jest mu wszystko jedno. 

Ta nawierzchnia to jeszcze nic. Tuta to nawet fajnie było.
A tutaj już widać ilość błota. Zdjęcie: M. Leśniak

Pierwsze dwa okrążenia biegliśmy we trójkę ze znajomymi z pracy. Było śmiesznie i rekreacyjnie. Po drugim kółku koleżanka spasowała (jestem z niej mega dumna, bo zakładała, że przebiegnie tylko jedno), a ja z kolegą lekko przyspieszyliśmy. Pod koniec trzeciego kółka stwierdziłam, że mam dość już tego błota i że kończę, ale wrodzona ambicja nie pozwoliła mi tego zrobić. Kolegę więc oddelegowałam do biegnięcia swoim tempem (czyli tempem, którego ja nie osiągam nawet na asfalcie), a sama dobiegłam sobie to czwarte okrążenie, po czym z dumą odebrałam medal. 

Prawie bezkonkurencyjne przebrania. Zdjęcie: J. Sitkiewicz
Zdjęcie: M. Leśniak

I po biegu!

Na mecie czekali na mnie koleżanka i kolega, z którymi zaczynałam bieg. Tradycyjne selfiaki zostały wykonane, a my udaliśmy się na posiłek regeneracyjny. Tutaj trzeba przyznać, że organizatorzy spisali się na medal. Grochówka lub jarzynowa były przepyszne i idealne na ogrzanie organizmu. Była też ciepła herbata, co mocno doceniłam. Pomimo wszechobecnego błota, zmęczenia i zmarznięcia po biegu, humory nam dopisywały jak nigdy. Sam fakt, że przetrwało się takie „sponiewieranie” i w dodatku robiło się to dla dzieci cieszył.

Medal i obłocone buty.

Na moim wieszaku z dumą zawisł kolejny medal, a mnie po tym błocie wpadła taka jedna myśl… może jakiś Runmageddon… taki najniższy poziom… Szybko jednak spojrzałam na zdjęcia przeszkód na takiej ekstremalnej imprezie i wybiłam sobie to ostatecznie z głowy (za słabe mięśnie ramion, ogólna kondycja też nie lepsza).

A Wam jak podoba się idea Biegu Mikołajów?