Jeszcze przed ukończeniem dwóch lat pojawił się, a teraz ma swoje apogeum u Malucha, słynny bunt dwulatka. Zanim się pojawił to bagatelizowałam sprawę, wydawało mi się, że mojego synka nie będzie to dotyczyć. Jednak jest, dotyczy, a my odczuwamy go ze zdwojoną siłą. Dzisiaj będzie trochę o samym buncie i o próbie charakteru, w której poległam na całej linii, ale nadal nad sobą pracuję.

Mój syn zawsze był dzieckiem wymagającym wiele uwagi. Już od pierwszych dni musiał być dużo noszony na rękach, bo inaczej płakał. Zawsze miał tez dużą potrzebę ssania piersi, więc „wisiał” na mnie non stop. Niby było ciężko, ale doszliśmy z Maluchem do porozumienia i żyłam w przeświadczeniu, że będzie tylko lepiej. Nie spodziewałam się, że uderzy w nas etap rozwoju dziecka, który popularnie nazywany jest „buntem dwulatka”.

Background

Zacznijmy od tego, że właśnie na wiek około dwóch lat przypadł naszemu dziecku skok rozwojowy. Nagle zaczął rozumieć co do niego mówimy, co dzień obserwujemy mega szybko rozwój mowy – minimum jedno nowe słowo na dzień. Czytając opinie psychologów w internecie dowiedziałam się, że oprócz słownictwa w dziecku zachodzi też zmiana sposobu myślenia. Zaczyna zauważać, że jest osobną jednostką, która może o czymś zadecydować i robi to w baaaardzo spektakulary sposób.

Objawy

U nas objawy są bardzo mocno widoczne, ale jeszcze bardziej słyszalne. Non stop coś jest nie tak, non stop słyszę to jego „jojczenie”. Nie wiem czy wiecie jak to jest, kiedy dziecko przez cały dzień jojczy na jednej i tej samej nucie a matce coś aż do mózgu się wbija – ja już wiem.

W skrócie historia zawsze wygląda tak, że cobyśmy nie zaproponowali, to zawsze się Maluchowi nie podoba. Podaję mu kubek, to on chce zupełnie inny. Już, teraz natychmiast. Chcemy wsadzić go do wózka, to jest koniec świata – on będzie szedł na nóżkach. Po 2 minutach stwierdzi, że już nie ma siły, ale do wózka nie da się wsadzić – trzeba go nieść na rękach (14 kg). Dochodzą do tego histerie z powodów, o których nawet bym nie pomyślała

Przykład: ostatnio skończył się sok taki w kartonie no i składamy ten karton, chcemy wyrzucić go do śmieci. Nagle Młode w płacz i ryk, że chce koniecznie ten sok, już teraz, natychmiast! Pokazujemy mu, że już nic nie ma, że może się napić wody, czy herbaty od nas. Młode nie przyjmuje naszych tłumaczeń. Krzyki słyszą wszyscy sąsiedzi z okolicznych bloków.

Do gamy nowych zachowań zauważyłam silną chęć samodzielności i świadomość, że coś jest jego własnością. Zwroty: „ja sam” i „to moje” powtarzane są ostatnimi czasy non stop.

Przykład: Przy składaniu szafy potrzebna nam była drabina, więc stała rozłożona. Maluch zaczął się po niej wspinać, więc jako dobra matka stanęłam za nim, żeby go asekurować. Po czym Maluch odwraca się, odpycha mnie od drabiny i mówi „Mama nie! Ja sam.”

Przykład 2: Wszystko, co akurat podoba się Maluchowi, jest jego. Kładę swoje klucze na stole, Młode chwyta je i krzyczy „To moje!”. Przybory kuchenne, zabawki do piasku innych dzieci, telefon, pilot od telewizora – wszystko jest „To moje”.

Nie jestem święta, jestem sfrustrowana

A szkoda, bo byłoby mi łatwiej. Jestem znana z tego, że szybko się denerwuje, więc histerie, płacze i krzyki też potrafią wyprowadzić mnie z równowagi. Naprawdę staram się panować nad sobą i non stop pracować nad charakterem, ale ostatnio coraz częściej zaczynam mieć tego dość. Myślę, że każda z nas umęczona całodziennym jojczeniem w końcu straci panowanie nad sobą i nie popisze się stoickim spokojem.

Sprawę pogarsza – a dziecko to wyczuwa – sytuacja w której obecnie znajduje się Wyrodna rodzinka. Trochę wspominałam o tym, że przeprowadziliśmy się. Różne ważne sprawy nie pozwalają nam jednak raz a porządnie przeprowadzić się w całości, więc żyjemy trochę na pudłach i walizkach w nowym miejscu. Pierwszej nocy w nowym mieszkaniu Maluch był markotny i ciągle pokazywał, że chce tam, do siebie, do jedynego znanego mu domu. Niby tutaj meble te same, rodzice są, zabawki też, ale to nie jest to. Jesteśmy też z Panem Wyrodnym trochę zestresowani przedłużającymi się formalnościami przed budową domu i niefortunnymi zbiegami okoliczności (pogoda która nie pozwalała na badania geologiczne, dokumenty zwrócone z ośrodka do poprawy). Niby jesteśmy dorośli, ale czuć atmosferą stresu, a nie od dziś wiadomo, że dzieci najlepiej wyczuwają emocje rodziców. Jestem pewna, że ta sytuacja jest równie (jeśli nie bardziej) trudna dla Malucha, więc i jego „bunt” i protesty mają większą siłę.

Kojące głosy ekspertów

Wiecie, kiedy jestem już na skraju załamania nerwowego, to wtedy szukam ukojenia w internecie i jest mi łatwiej. Okazuje się, że ten „bunt dwulatka” to naturalny etap rozwoju dziecka, z którego trzeba się tylko cieszyć. Wiem, wiem – łatwo powiedzieć, ale warto spojrzeć na problem od innej strony, żeby zrozumieć jego mechanizm. Wtedy i nam łatwiej będzie zrozumieć i pomóc swojemu dziecku.

„Bunt dwulatka może pojawić się już około osiemnastego miesiąca życia. Moment ten jest naturalnym etapem w życiu każdego człowieka, jest także bardzo ważny. W tym czasie dziecko ma możliwość po raz niejako pierwszy poznać samego siebie, swoje emocje czy zainteresowania. Ma także szansę pokazania swojej woli. Trzeba mu więc na to pozwolić. Rodzice powinni być na to gotowi i otwarci.”

(Dorota Zawadzka, Superniania w artykule Nie taki dwulatek słodki jak na zdjęciu).

Już zupełnie inaczej to brzmi, prawda? Poznanie samego siebie, własnych emocji i zainteresowań, to rzecz, która wpływać może na całe przyszłe, dorosłe życie. Może więc zamiast się frustrować potraktujmy to jako zadanie dla nas, rodziców – znaleźć dobry sposób, żeby pomóc dziecku przejść ten okres silnych emocji?

Mam dla Was jeszcze wyszukany w internecie, króciutki filmik z Agnieszką Stein – moim autorytetem, jeśli chodzi o emocje dzieci. Jej podejście i spokojny głos potrafią ukoić moje nerwy i wątpliwości – może i Wam pomogą.

To nie bunt, to…

Zmierzamy do rozwiązania zagadki zawartej w tytule wpisu. Jeśli nie jest to bunt dwulatka to co to jest? Psychologowie (których opinie znalazłam w internecie) jak jeden mąż unikają określenia „bunt”. Bo bunt, to „wystąpienie przeciwko władzy”. A tutaj ani my rodzice nie jesteśmy władcami, ani dzieci nie występują przeciwko nam. Więc jeśli nie bunt to:

„Wybór dwulatka. Potrzeby dwulatka. Autonomia dwulatka. Tu nikt się nie buntuje i nie robi nic przeciwko nam. Robi coś dla siebie. Warto pomyśleć o tym następnym razem, kiedy chęć nadgryzienia trzech jabłek jednocześnie, wyda nam się fanaberią, a rozpacz przy wyjściu z placu zabaw, manipulacją albo rządzeniem.”

Anita Janeczek-Romanowska, „Być bliżej”, w artykule „(Nie)bunt dwulatka„.

Hej! Patrz, Twoje dziecko zaczyna być samodzielne, zaczyna mieć własne zdanie i opinie! Czy nie chcesz, żeby właśnie takie było w przyszłości? Pewne siebie i własnych opinii? Przechodzicie właśnie jeden z etapów rozwoju osobowości w tym kierunku. Oczekiwanie, że z silnymi emocjami dziecko poradzi sobie samo, jest niewłaściwe. My, dorośli czasem nie radzimy sobie z emocjami, a co dopiero dwulatek. Razem z Panem Wyrodnym, powtarzamy sobie często zdanie, które powiedziała mi kiedyś moja siostra: „Tu wykuwa się geniusz!”.

Dobre rady Wyrodnej Matki

A teraz w ramach ogólnopolskiej akcji „nie znam się to się wypowiem” napiszę Wam kilka dobrych rad ode mnie.

To co mocno rzuca się w oczy, to fakt, że na krzyki i histerię nigdy nie pomogą krzyki i nerwy rodzica. Nigdy. NIGDY. I chociaż ja o tym wiem, przekonałam się o tym wiele razy, to czasem zdarza mi się zapomnieć. Ewidentnie zamiast pomóc moje nerwy tylko zwiększają płacze i krzyki. Jeśli nie uda nam się nad sobą zapanować, to ważnym jest, żeby zauważyć, że pogarszamy sprawę. Dać sobie chwilę czasu na ochłonięcie i „zmianę frontu”. Tak więc pierwsza rada brzmi: ochłoń z własnych emocji, żeby pomóc dziecku w okiełznaniu swoich.

Kolejna rzecz, to tak zwane „zejście na poziom dziecka”. Innymi słowy – dosłownie – nie patrz na dziecko z góry. Ukucnij, lub weź je na ręce – tak, żeby Wasze twarze były na tej samej wysokości – w ten sposób stworzysz Wam dobre warunki do „rozmowy”. Aha, nie zapominajmy, że im większy „szum” wokół dziecka tym gorzej. Więc: interwencje cioć, wujków, babć, dziadków, głupie komentarze, że się stał „rozwydrzony” – to rzeczy, które pogarszają sprawę. Dlatego zawsze szukamy ustronnego miejsca, w którym będziecie mieli spokój i ciszę. Naprawdę nie potrzebujesz interwencji „osób trzecich”, bo to Ty znasz dziecko najlepiej.

Kiedy mamy już to zapewnione – spokój i kontakt wzrokowy, to reszta już zależy od dziecka / sytuacji / od Ciebie. Ja staram się przytulić Malucha, objąć go, żeby pokazać, że jestem z nim i go kocham. Owszem, zdarza się, że się wyrywa czy odpycha, wtedy nie ściskam na siłę, ale zawsze jestem obok. W przypadku wielkiej histerii jedyne co u nas działa to… podanie piersi. Szczerze – nie wiem czy dobrze robię, ale tak podpowiada mi moja intuicja. Pierś ma zawsze działanie kojące i uspokajające na Malucha, więc mam szansę wtedy, że posłucha co do niego będę mówić.

A co mówię? Różnie, ale staram się go trochę zagadać i odwrócić uwagę od rzeczy, która sprawiła, że się zdenerwował. Najczęściej opowiadam maluchowi o fajnych momentach, które zdarzyły się tego dnia. Mogą być to takie małe radości: że widzieliśmy dzisiaj kotka i był taki malutki, i że Maluch go pogłaskał i się uśmiechał. Można też opowiedzieć o fajnych rzeczach, które nas czekają (że idziemy na spacer czy plac zabaw), ale to zdecydowanie mniej działa na moje dziecko niż to co sam pamięta, że było fajne. Warto też mówić do niego spokojnym, cichym głosem, bo wtedy dziecko wycisza się, żeby posłuchać.

Ale chyba najważniejszą rzeczą w tym całym działaniu jest to, żeby nie spieszyć się. Na uspokojenie silnych emocji dziecka potrzebny jest czas. Owszem, czasem przez to gdzieś się spóźnimy, coś nas ominie, ale uspokajanie w pośpiechu nie ma zwyczajnie sensu. Przykład z naszego życia:

Byliśmy na rowerach u dziadków Malucha na wsi, on przyjechał z nami w przyczepce rowerowej. Wszystko było super, bo Maluch uwielbia czas spędzony na wsi, ale gdy przyszło do wsiadania i ruszania w drogę powrotną doświadczyliśmy silnego sprzeciwu. Za nic w świecie na dał się do przyczepki posadzić. Na początku miałam „nerwa”, bo robiło się późno i zimno, a nas czekała godzina drogi powrotnej, następnego dnia trzeba było rano wstać do pracy – chcieliśmy wyjeżdżać już teraz. Niestety moje nerwy pogarszały sprawę, więc uspokoiłam się, podałam pierś i zaczęłam po cichutku opowiadać Maluchowi o tym jakie fajne zabawki czekają na niego w domu. Całe uspokajanie (począwszy od moich nerwów, poprzez rozmowę i pierś) trwało 40 minut, ale po nim Młode samo z uśmiechem wsiadło do przyczepki. Tu potrzebny był czas. Fakt, jechaliśmy już po zmroku, było chłodno i nie czerpaliśmy z przejażdżki już takiej przyjemności, ale nasze dziecko opanowało swoje emocje.


Tym wpisem nie chcę przekonać Cię, że będzie super i cudownie i że jest lekko. O nie – lekko nie będzie. Chcę Ci pokazać, że jestem mamą taką jak Ty. Mnie też puszczają nerwy (może nawet częściej niż Tobie). Chce Ci również pokazać jaki ja znalazłam w tej sytuacji sposób na siebie. Nie jest to sposób uniwersalny, bo każdy z rodziców jest inny i każde dziecko jest inne. Mam jednak nadzieję, że trochę pomogłam. Wszystkie kobiety, które określają się mianem „matka dwulatka” – łączmy się!