Tak już w życiu jest, że zawsze wydaje się nam, że inni mają lepiej niż my. Zasada „grass is always greener on the other side of the fence” działa chyba na wszystkich bez wyjątku. Prosty przykład: Ci z kręconymi włosami marzą o włosach prostych, a ci z prostymi modlą się, żeby któregoś dnia wstać z łóżka z burzą loków na głowie. Na nasze nieszczęście odnosi się to nie tylko do tak trywialnych rzeczy jak struktura włosa, ale też do ogólnej życiowej sytuacji. jestem bardzo zadowolona ze swojego życia, ale czasem i mnie dopadają myśli, że inni to mają lepiej…

Tak, moi drodzy, zdarza mi się zazdrościć (to zdrowa zazdrość a nie zawiść – zaznaczam!) bezdzietnym, a czasem też bezdzietnym singielkom / singlom. I chociaż kocham Pana Wyrodnego najbardziej na świecie, a Malucha jeszcze mocniej, to czasem mam ochotę cofnąć się do czasów, w których i ja miałam bardziej beztroskie życie.

Luz i spontan!

Rzeczą, dla mnie najbardziej dotkliwą jest niemożliwość szybkiej zmiany planów lub pójścia na tak zwany „spontan”. Przytoczę dwie hipotetyczne sytuacje.

#1

  • Środek dnia: Piwo po pracy?
  • Kiedyś: Jasne, gdzie?
  • Teraz: Nie, nie mam z kim zostawić Malucha, może w weekend, może nie dziś, może jutro uprzedzę męża…

Piwo w plenerze

#2

  • Środa: Ej! Może pojedziemy w piątek nad morze a wrócimy w niedzielę?
  • Kiedyś: Jasne! Lubię takie spontany.
  • Teraz: Eeeee…muszę pogadać z mężem, nie wiem czy damy radę wyjechać w piątek, Maluch akurat ząbkuje, może przyszły weekend…

Zapraszający często myślą, że ja nie mam ochoty się z nimi integrować po pracy, lub że uwielbiam w weekendy siedzieć w domu. A mnie się aż serce wyrywa, żeby chociaż przez kilka dni, móc spontanicznie zmieniać plany! Ale teraz, gdy każde opóźnienie powrotu z pracy o pół godziny skutkuje poczuciem winy, że za długo dziecko z dziadkami siedziało, takie zmiany planów są niemal niemożliwe. Spontaniczne wyjazdy, spotkania do późnej nocy… to wszystko o czym na razie mogę zapomnieć.

Świat trochę przymknął przede mną drzwi…

Jak byłam na studiach, to nie zazdrościłam nikomu fajnych wyjazdów, bo żyłam w wiecznym przeświadczeniu, że przecież ja też kiedyś te miejsca odwiedzę. Teraz ze smutkiem w sercu obserwuję, jak moi znajomi co chwila odwiedzają różne miejsca na świecie, a ja siedzę w domu. I próbuję zrozumieć czemu nam jest tak ciężko ruszyć się z domu. Największym problemem jest zgranie dwóch urlopów, a kolejnym finanse. Wyjazd dwóch osób i dziecka finansowany z jednego domowego budżetu to już wyzwanie. O ile kiedyś podróżowanie nie musiało wiązać się ze znośnymi warunkami, o tyle z dzieckiem musimy zawsze mieć zapewniony nocleg. Nie możemy razem z nim „przekimać” się w samochodzie na parkingu. Musimy podnieść nieco standardy, a co za tym idzie – koszty podróży. Wiem, wiem, są ludzie, którym to nie przeszkadza. Wierzę, że jak się chce to wszystko da się zrobić. A jakbym była singielką, na pewno jeździłabym po świecie. Dużo. Często. Wtedy wydaje mi się, że jest to dużo łatwiejsze.

Podróżowanie

Po napisaniu tego akapitu (a było to kilka dni temu) pożaliłam się Panu Wyrodnemu, że kiedyś nie zazdrościłam wyjazdów, a teraz zazdroszczę i czuję się źle z tym, że mało jeździmy po świecie. Trochę sprowadził mnie na ziemię twierdząc, że przecież oszczędzamy. W dalekiej perspektywie jest budowa domu, ale oszczędzanie trzeba zacząć już teraz… Nie przekonał mnie do końca… 🙁

Długich zakupów mi trzeba!

To może nie jest najważniejszy punkt, może pomyślicie, że jestem próżna, wyrodna, uzależniona od zakupów (zaczynam podejrzewać, że trochę jestem), ale tego najczęściej mi brakuje. Uwielbiałam kiedyś jechać na długie zakupy, żeby sobie spokojnie pochodzić, poprzymierzać, wrócić do najfajniejszych ubrań, kupić.

shopping-mall-1316787_1280

Obecnie zakupy z Maluchem wyglądają jak wyścig. 3…2…1… start! Masz 10 minut na to żeby znaleźć, przymierzyć i kupić ubranie. Jak za długo jesteśmy na zakupach młode włącza tryb syreny i głośno oznajmia nam (a przy okazji połowie osób w centrum handlowym), że jest znudzone, że mu się nie podoba i wracamy. Wicie czym to skutkuje? Paradoksalnie kupuję więcej, a nie mniej. Ciągle mam takie poczucie, że mam za mało ubrań, że potrzebuję jeszcze, bo nie mam co na siebie założyć.

Inwestować w siebie, próbuję!

Jedna z rzeczy, która była łatwiejsza przed przejściem na „stronę matek”, jest uczestnictwo w zajęciach dodatkowych, kursach, szkoleniach itd. Z lekką nutką zazdrości patrzę na to jak moje znajome chodzą po pracy na zajęcia taneczne lub uczą się nowych języków. Nie wiem czy kiedykolwiek wspominałam, ale ja uwielbiam się uczyć. Mam wewnętrzna potrzebę dalej się rozwijać, przyswajać nową wiedzę, poznawać nowe punkty widzenia. Praktycznie przez całe życie miałam jakieś zajęcia dodatkowe. Czy to w czasach dziecięcych kółko plastyczne, czy do czasów nastoletnich szkoła językowa, czy na studiach semestr tańca towarzyskiego, potem chór, aerobiki wszelkiej maści i pierwsze studia podyplomowe.

rock-1573068_1280

Z Panem Wyrodnym przeliczyliśmy sobie wszystkie „za” i „przeciw”, przekalkulowaliśmy finanse i udało się – poszłam na kolejne studia podyplomowe (już pierwszy zjazd za mną) i jestem bardzo szczęśliwa, że mi się udało. Pół biedy, bo one odbywają się w weekendy w przyzwoitych godzinach. Sami rozumiecie, z góry odpadają zajęcia, które prowadzone są wieczorami ze względu na dziecko i jego większą potrzebę mamy pod koniec dnia, wieczorem i w nocy. Mimo tego, że się udało mam poczucie, że przyszło nam to w bólach. Mam też z tyłu głowy głosik karcący, że nie spędzam czasu z dzieckiem… Nie umiem się tego pozbyć.

Refleksje na koniec

Decydując się na dziecko warto przygotować się na to, że tak właśnie będzie teraz wyglądało Wasze życie. Że mimo największej możliwej radości i miłości będziecie też czasem mieli poczucie, ze coś Was omija. Będzie Was ciągnąć w różne miejsca, ale będziecie mieli związane ręce. Piszę ten tekst z teraźniejszej perspektywy, czyli kiedy Maluch ma 1,5 roku i jest jeszcze malutki. Mam nadzieję, że zasada „Przy dziecku jedno co jest pewne, to to że sytuacja zaraz się zmieni” zadziała i w tym przypadku i nie będę miała okazji do narzekania na te rzeczy.

Jestem też świadoma, że to działa w dwie strony: ja zazdroszczę bezdzietnym singlom, a oni zazdroszczą dzieciatym i w związkach. Każda z tych sytuacji ma swoje plusy i minusy, żadna nie jest idealna i jedyna słuszna. Przepraszam Was za taki pesymistyczny wpis. Tekst powstał, pod wpływem jesiennej niepogody. Jutro będzie mi lepiej.

 

  • Czytam i jakbym trochę siebie słyszała… na przykład dzisiaj – urodziny męża.
    miało być śniadanie na mieście, Jarmark na rynku, gokarty i obiad w fancy restauracji…a skończyło się na 38.6, wizyta domowa, bostonka i muchy w nosie… także ten. rozumiem doskonale. łączę się w bólu i siadam w oczekiwaniu na 18-ste urodziny 😀

    • No… rodzicielska rzeczywistość. Ale na szczęście dzieci rosną i sytuacja się zmienia 🙂

  • Każda z nas matek ma takie chwile, w których zazdrości tym bezdzietnym. To jest normalne, nie należy się przed takimi myślami bronić, ani udawać, że jest inaczej. Ale czy ten stan utrzymuje się długo ? Raczej znika przy najbliższej okazji, w której widzimy uśmiechające się nasze dziecko.

    • Tak! Absolutnie to nie jest stan permanentny 🙂 Taką huśtawkę mam zazwyczaj 🙂

  • Super dzieciaczki

    To fakt, dużo się zmienia, ale skoro ludzie decydują się na kolejne to znaczy, że nie jest tak źle 🙂

  • Ja zupełnie nie mam takiego poczucia, mam wrażenie że teraz dopiero świat stoi przede mną otworem. Ale owszem ja rodziłam późno dziecko w wieku prawie 31 lat 🙂

    • Myślę, że dużo zależy od tego w jakim środowisku się przebywa na co dzień. Spośród znajomych to my pierwsi mieliśmy dziecko, więc nas nie rozumieli (teraz już trochę dzieci doszło, ale na początku byliśmy jedyni). A i w pracy mam mnóstwo singielek…

  • Jak nam dzieci podrosną, to wtedy znajomi będą mieć swoje i znów będzie niezrozumienie 😉 Trzeba znajomych na „tym samym etapie” mieć 😉

  • To co napisałaś na końcu jest kluczowe, każda sytuacja ma swoje plusy i minusy. Mnie omijają na szczęście uczucia zazdrości wobec bezdzietnych koleżanek, chociaż nie powiem, czasem przemknie mi przez myśl wspomnienie o leniwych weekendach :). Ale cóż, taka kolej rzeczy.

    • Trzeba się nauczyć mądrze przyjmować to co przynosi nam życie 🙂

  • Jak nie wiadomo o chodzi to chodzi o dziecko, gdy koleżanki pytają czemu nie zrobię tego, czemu nie pojadę gdzieś tam, czy odwiedzę…blablabla chciałabym, ale jak ktoś mi się zajmuje chorym dzieckiem, gdy jestem w pracy to głupio mi tą osobę jeszcze w weekendy obciążać. Każdy „styl życia” ma swoje plusy i minusy 🙂

    • I wszystkie koleżanki rozumieją? 🙂 Bo moje nie zawsze 🙂
      Ale ja to w ogóle jadę po bandzie, że karmię piersią dwa lata – więc jestem podwójna kosmitką 🙂

Close