Powiem Wam tak: jeszcze nigdy, przy żadnej pracy artystycznej, przy żadnym innym DIY nie nadenerwowałam się tyle co przy tym jednym. Gdybym za każde przekleństwo, które padło z moich ust przy robieniu cottoballsów dostawała 5 złotych, to miałabym niezłą dniówkę. Gdyby nie fakt, że pochwaliłam się na Insta i Fb, że w ogóle się za to wzięłam, to nie wiem czy dokończyłabym pracę. Kilka trudności mnie spotkało i dlatego miałam do bawełnianych piłek aż trzy podejścia.

Za pierwszym razem korzystałam ze zwykłych balonów. Zrobiłam 5 sztuk (to prawie połowa), kiedy stwierdziłam, że sobie spróbuję jednak na malutkim balonie na wodę. Wyszło lepiej…stwierdziłam, że zrobię jednak te mniejsze, ale już tego dnia nie miałam do tego weny, więc zostawiłam. W drugim podejściu pofotografowałam sobie wszystko, co jest niezbędne do wykonania własnych cottonballs (pod kątem wrzucenia na bloga), napompowałam sobie odpowiednią ilość balonów i… do akcji wkroczył jojczący Maluch i do końca dnia nie byłam w stanie już pracy i zdjęć dokończyć. Potem miałam trochę zajętych dni, potem mi się nie chciało i w końcu! Udało się! Wykorzystując dwie długie drzemki syna zrobiłam te bawełniane kule i specjalnie dla Was obfotografowałam cały proces! Dodatkowo opiszę Wam wszystkie trudności na jakie się natknęłam. Możecie mi być wdzięczni 🙂

No ale przejdźmy do sedna. Panie i Panowie: Cottonball Lights krok po kroku.

Krok 1 Przygotuj materiały

Potrzebować będziesz:

  • kleju Wikol lub innego, który schnie na przezroczysto
  • kordonku w wybranych przez Ciebie kolorach. Ja kordonek zamówiłam na allegro. Wybrałam taki duży o długości 565 m. Z każdego motka wykonałam trzy małe i jeden duży cottonball i spokojnie starczyłoby na drugie tyle, jak nie na więcej.

  • balonów – tutaj w zależności od tego jaką wielkość chcecie uzyskać możecie robić i z normalnych i z tych na wodę. Generalnie balony stanowiły dla mnie największą trudność, ale o tym napiszę na końcu we wskazówkach. Poniżej porównałam efekty: cottonball zrobiony na normalnym balonie i tym na wodę.

  • nożyczek
  • wody
  • miseczki
  • pędzelka lub patyczka to zamieszania kleju z wodą
  • Światełek LED. Ja swoje kupiłam w Ikei – 12 diód na baterie za około 10 złotych. Mam też jakieś znalezione w Pepco, ale nawet ich nie otwierałam.

  • igły do przebicia balonów po wyschnięciu
  • pęsetki do wyjęcia balonów ze środka (nie musi się przydać)

Przydadzą się również:

  • fartuszek
  • rękawiczki ochronne

Serio, klej chlapie i można nieźle się ubrudzić.

Krok 2 Klej

Przygotowujemy klej. Wlewamy do miseczki wodę i dodajemy kleju, dokładnie mieszamy. Ja dodaję na oko, tak, żeby po wymieszaniu był płynny, ale delikatnie kleił się w palcach. Różne źródła mówią, że powinno być 2 części kleju na 1 część wody, lub odwrotnie 🙂 Tak czy siak, na oko też wyjdzie.

Krok 3 Balony

Nadmuchujemy balony i związujemy je mocno nitką. Nadmuchanie balonika na wodę to drobne wyzwanie, ale dałam radę siłą płuc. Można użyć pompki.

Balony po nadmuchaniu ją trochę jajowate, można je trochę pościskać, żeby zrobiły się nieco bardziej okrągłe. Niewiele to zmieni, ale potem przy owijaniu można skorygować kształt.

Po nadmuchaniu i zawiązaniu koniecznie należy przyciąć nitkę jak najkrócej, bo później nitka ta zasycha razem z tą owiniętą i ciężko jest na końcu wyjąć niepotrzebny balon – wszystko się razem skleja.

Krok 4 Nawijamy!

Zaczynamy od zamoczenia balona w kleju. Zamaczamy również początek nitki (taki o długości odpowiadającej kilku owinięciom balona) i zaczynamy owijać balon.

Jeśli balon jest wyraźnie jajowaty to w tym momencie trzeba już zacząć korygować kształt. Lekko spłaszczamy balona w rękach i owijamy po długości mocniej ściskając nitkę.

I tak dalej owijamy, owijamy jak najbardziej nieregularnie. Gdy wyczujemy, że na balonie jest już dużo suchej nitki, to należy balon znów zamoczyć w kleju i dalej owijać. Najlepiej owinąć jak najgęściej, bo wtedy wychodzą najładniejsze.

Kiedy uznamy już, że wystarczy nam tego owijania, to odcinamy nitkę, wplatamy ją pomiędzy inne nitki na balonie i zamaczamy cały balon w kleju. Ja delikatnie go uciskam, żeby nadać jak najbardziej okrągły kształt.

Krok 5 Suszymy

Gotowy balon pozostawiamy do wysuszenia. Można na kaloryferze, a ja suszę na suszarce do naczyń.

Krok 6 Usuwamy balony

Po całkowitym wyschnięciu nitek przekłuwamy balony szpilką i wyciągamy je spomiędzy powstałego cottonball’a 🙂

Przepraszam za jakość zdjęć – zmieniły się warunki oświetlenia.

Tadam! Bawełniane piłeczki gotowe 🙂

Krok 7 Światełka

Mamy już cottonballs teraz trzeba z nich zrobić cottonball lights. Kolejny krok to już sama przyjemność, bo na światełka nakładamy nasze cottonballe. Ja szukałam jakiegoś większego prześwitu w nitkach i delikatnie wkręcałam diody. Jeśli nie chcą się trzymać lub spadają, to przyklejamy je na klej w pistolecie. I mamy nasze własne cottonball lights 🙂

Uwaga! Uczcie się na moich błędach

A teraz kilka wskazówek i trudności na jakie trafiłam.

  1. Kształt balonów. O to martwiłam się najbardziej, bo przecież wszystkie balony są jednak podłużne. Mówili, że te na wodę nie są, ale to nie prawda, po nadmuchaniu są jajowate. Jednak, jak się przekonałam, tym nie należy się martwić, bo kształt ten można znacznie zniwelować podczas nawijania nitki. Czasami niestety to się nie uda – ja mam kilka takich egzemplarzy, ale nie wygląda to źle.
  2. Balony same w sobie. Najpierw kupiłam balony na wodę, ale wydały mi się trochę badziewne i za małe, więc kupiłam balony zwykłe. Te zwykłe, nawet napompowane bardzo lekko są dość duże. Jeśli ktoś takie chce, to ok, ale na nie idzie dużo więcej kordonku i dużo dłużej się je owija. Trudniej też nadać im odpowiedni kształt. Balony na wodę są mniejsze, ale też delikatniejsze. Raz przy nadmuchiwaniu mi pękł, a raz się nieźle wściekłam. Owinęłam już całego balona, odcięłam nitkę, zamoczyłam w kleju i zaczęłam delikatnie go ściskać nadając kształt. A balon nie dość, że jakoś wyszedł spomiędzy nitek takim bąblem to na dodatek pękł… Wściekłam się, ale balon odłożyłam delikatnie na suszarkę w nadziei, że sama nitka utrzyma swój kształt. Trochę utrzymała, ale przez tego bąbla mam taką „dziurę” w cottonballu… włożyłam w nią diodę… 
  3. Owijanie – podobno łatwiej owija się, gdy wrzucimy do miski z klejem cały motek kordonku. Ja tego nie zrobiłam, bo mam ogromne motki i szkoda by było, żeby cały zmarnować. Zostało mi go na prawdę dużo.
  4. Co bym zmieniła następnym razem? Może kupiłabym lepszej jakości balony (bo tamte były najtańsze). A także owinęłabym cottonballe nie nitką, ale bandażem, a potem pomalowała farbami. Czemu? Bo widziałam, że takie wychodzą ładniej, mniej jest roboty, a nitki układają się bardziej symetrycznie. Poza tym oglądałam prawdziwe cottonballs i one na serio nie wyglądają tak nieregularnie jak te tutaj…
  5. Czy zrobiłabym jeszcze raz? W ten sam sposób na pewno nie, bo to czaso-, praco- i nerwo- chłonne. Teraz spróbowałabym te bandaże.
  6. I wniosek końcowy: nie dziwi mnie już teraz cena prawdziwych cottonballs. Za wszystkie potrzebne do wykonania materiały zapłaciłam około 100 zł. Dodając do tego moje nerwy…wyszłaby niezła kwota.

 

Wielki finał

A teraz moi drodzy pora na wielki finał, czyli na serię zdjęć gotowych cottonball lights. Wiecie co? Nawkurzałam się, nadenerwowałam, ale po włączeniu światełek stwierdzam, że warto było. Bo są śliczne,  moje własne, nieważne, że krzywe – kocham je miłością wielką.

Ta lampa jednak fajnie daje radę 🙂

 

A teraz uwaga – gasimy światło.

I ten wzorek na ścianie!

Tak więc jeśli macie cierpliwość i chęci to róbcie swoje cottonballe i pochwalcie się nimi 🙂
Czekam też na Wasze opinie 🙂

  • ~nienajgorszamama

    Świetna sprawa i ładna dekoracja. Jednak ja do DIY nie mam talentu, dlatego zamówiłam swoje Cottonball przez internet 🙂 może przyjdą jeszcze przed świętami 🙂