Miałam zamysł, miałam wizję. Zakładałam bloga i widziałam oczami wyobraźni jak będą mnie ludzie postrzegali. Że nazwa „Wyrodna”, to będzie taka prowokacja, mrugnięcie okiem do czytelników. Że matki, które wracają do pracy i mają inne pasje niż dziecko znajdą tu swoje miejsce. Także te matki, które wierzą w rodzicielstwo bliskości, wiedzą coś więcej o karmieniu piersią i innych „nowych starych” modach dotyczących dzieci znajdą tu swoje miejsce. A potem… zgubiłam to gdzieś, przestałam się nad tym zastanawiać i trochę pobłądziłam, przez co mój blog nie wyróżnia się na tle innych blogów i stał się nijaki.

Dlatego cieszę się, a jednocześnie trochę mi z tym niewygodnie, że wzięłam udział w warsztatach BlogoMarki. Niewygodnie, bo wiem, że coś trzeba zdziałać. Macie czasami coś takiego, że niby o czymś wiecie, niby coś jest oczywiste, ale jak ktoś powie Wam tę oczywistość wprost, to dopiero do Was dociera, że potrzeba zmian? No to ja tak miałam po tych warsztatach. Niby proste rzeczy: zmniejsz i przemyśl ilość kategorii blogowych, wymień rzeczy, które wyróżniają Twój blog, przypomnij sobie czemu w ogóle blogujesz. No i bach… niby miałam te rzeczy z tyłu głowy, ale nic nie zmieniałam… To był mój błąd. Postanowiłam, że się nie poddam i przyjmę wszystko na klatę. Jak tylko udaje mi się znaleźć chwilę czasu, to ogarniam temat kategorii (dlatego nie dziwcie się, że jest w nich drobny bałagan jeszcze). Ostatnio mocno moją głowę zaprząta inny temat: Po co w ogóle zaczęłam blogować i czemu, do cholery, nazywam się Wyrodna? Z tego tekstu powinniście się o tym dowiedzieć.

Tak właśnie siedzę i rozmyślam nad blogiem… Zdjęcie Marek Kordek Photography

Jak pomogły mi inne blogi?

Dlaczego bloguję? Jeśli miałabym odpowiedzieć jednym zdaniem, to powiedziałabym: Dlatego, że jak ja sama zagubiona, w ciąży szukałam informacji o tym co najlepsze dla dziecka, to pomogły mi nie fora, nie grupy na Fb, nie znajomi, nie szkoły i nie książki, ale właśnie blogi. Na blogach znalazłam rzetelne informacje, poparte źródłami, tekstami ekspertów, logicznymi argumentami. Znalazłam mamy takie jaką ja chciałam zostać, które przekazywały swoją wiedzę w rzetelny sposób. Gdyby nie blogi, to moje macierzyństwo nie wyglądałoby tak, jak wygląda teraz. Czytałam je i chłonęłam, chłonęłam, chłonęłam wiedzę.

Jeśli sama się nie dowiesz, to nikt Ci o tym nie powie!

Przyszło mi wtedy do głowy, że wiele istotnych informacji musiałam sobie wyszukać sama, bo nikt nigdzie nie uczy kobiet (i mężczyzn też!) o niektórych rzeczach. W szkołach uczą nas jak rozmnażają się mchy i paprocie, a temat rozmnażania człowieka traktowany jest po macoszemu, a sam poród, to nawet nie wiem czy kiedykolwiek pojawia się jako temat lekcji w szkole. Serio? Mchy są ważniejsze niż świadome przeżycie porodu? A karmienie piersią, o którym znikomą wiedzę mają nieraz nawet sami pediatrzy? Tra-ge-dia!

Poczułam złość!

Doszłam do wniosku, że tylko dzięki swojej wrodzonej upartości i chęci nieustannego dokształcania się dowiedziałam się o wielu rzeczach, których inne kobiety nie wiedzą. Tak było z wiedzą o porodzie, z karmieniem piersią i długim karmieniem piersią, z noszeniem w chuście, ze współspaniem z dzieckiem i w końcu z rodzicielstwem bliskości, które te rzeczy spina w całość. Czułam prawie fizyczną złość na to, że TAKA wiedza przechodzi wielu kobietom koło nosa. Wkurzałam się, kiedy kobiety bez zdobycia rzetelnej wiedzy powielały zasłyszane gdzieś opinie i podejście do wychowania dziecka, a wszystkie „inności” traktowały jako coś śmiesznego i niewartego uwagi.

No to dlaczego właściwie piszę?

Założyłam więc blog. Chciałam podpowiedzieć innym jak i skąd ja sama zdobywałam wiedzę, którą posiadam. Nie chciałam być wszechwiedzącym ekspertem, chciałam za to po ludzku pokazać jak stopniowo układały mi się w głowie niektóre aspekty dotyczące mojego dziecka. Chciałam pokazać, że szukam sposobów, jestem omylna, ludzka, złoszczę się – że nie zawsze mam wszystko pod kontrolą. Moim priorytetem było też pokazanie innym mamom, że posiadanie dziecka nie oznacza zamknięcie się w czterech ścianach i wpisywanie w rubrykę „Zainteresowania” słów „Dziecko i tylko dziecko”. Na własnym przykładzie chciałam pokazać, że posiadając dziecko można też uprawiać sport (u mnie: bieganie), można mieć pasje (u mnie: śpiewanie w chórze i DIY), można wrócić do pracy po macierzyńskim (wróciłam) i generalnie można „bardzo wiele” w porywach do „wszystko”.

Skąd więc Wyrodna?

Pamiętam do dzisiaj, że jak tylko opowiedziałam w rodzinie, że chcę urodzić naturalnie w Domu Narodzin bez znieczulenia i innych ingerencji medycznych, to moja mama do mojej siostry powiedziała „Ty wiesz co ona wymyśliła?”. Pomyślałam wtedy, że chyba zawsze będę szła pod prąd popularnym poglądom, bo już samym porodem wzbudziłam kontrowersje w rodzinie, a nawet nie chwaliłam się jeszcze, że nie zamierzam kupować butelki i smoczka, za wszelką cenę będę chciała karmić piersią, a potem jeszcze nosić dziecko w chuście. W oczach niektórych mogłabym być taką wyrodną matką. Do tego dochodzi robienie rzeczy tylko dla siebie, a nie dla dziecka, czyli wieczorne biegania, powrót do pracy i rozwijanie kariery, weekendowa podyplomówka i inne przyjemności. Nazwa bloga przyszła więc do mnie sama – Wyrodna. Okazało się, że w przesłodzonej i cukierkowej blogosferze parentingowej nikt nie odważył się nazwać siebie Wyrodną Matką. Więc ja, skoro już i tak szłam pod prąd, postanowiłam to uczynić.

Coś się jednak stało, że mało podkreślałam tę swoją „wyrodność” na blogu. Osobiście uważam, że nazwa mojego bloga i moje podejście do macierzyństwa daje mi duże pole do popisu. Dlatego postanowiłam wziąć się w garść i ten potencjał wykorzystać! Trzymajcie mocno za mnie kciuki, bo potrzebuję powiewu świeżości i dużych podmuchów kreatywności. Uda się? Musi!

  • Marta Korotko

    Kochana trzymam kciuki z całej siły ☺️☺️

  • Aleksandra Załęska

    Z takim podejście na pewno ci się uda 🙂 A myślę, że każda z nas jest trochę Wyrodną matką, choć się do tego głośno nie przyznaje 🙂

    • Ja tam mówię o tym głośno 😉 A podejściem może się uda, ale może być gorzej z czasem i o to boję się najbardziej…

  • Uważam ze nazwę masz super. Przyciąga uwagę i od razi nastawia lekko i pozytywnie

    • Bardzo się cieszę, że tak działa! Taki był początkowy zamysł! 🙂

  • W.

    Dla mnie od początku ta nazwa pasowała do Ciebie w takim właśnie przekornym, a nie dosłownym rozumieniu. Szczerze mówiąc nawet zapomniałam, że blog jest z natury parentingowym, może przez wzgląd na to, że zaglądam na te treści, które fb podpowie i przeważnie jest to bieganie albo książki. Co nie zmienia faktu, że sama obecnie nie będąc w ogóle zainteresowana tematami rodzicielstwa z przyjemnością czytałam niektóre Twoje parentingowe wpisy albo z premedytacją zaglądam do podpowiedzi prezentowych dla dzieci czy matek w ciąży, bo to praktyczne info dla niedzieciatej osoby w sytuacjach, gdy takie prezenty chce sprawić.

    • Dziękuję CI bardzo, bardzo za ten komentarz! :* Bo to oznacza, że trafiam nie tylko do wąskiej grupy rodziców, ale i bezdzietni znajdą coś dla siebie 🙂 To dla mnie bardzo ważne i bardzo mi miło :*

  • Oczywiście, że się uda. Z takimi przemyśleniami i ogromem pracy? Musi!

  • Każda normalna matka we współczesnym świecie jest wyrodna 😉 Nie da się inaczej 😉

    • Coś w tym jest! 🙂 Cokolwiek byś nie zrobiła to i tak zawsze ktoś się czepnie, albo powie, że powinnaś robić dokładnie odwrotnie 🙂

  • Ja ostatnio mam kryzys w blogowaniu. Natłok spraw tak mnie przytłacza że straciłam trochę zapał i serce do tego. Ale ciągle to dalej bo wiem że b3de żałować jak przestanę. Kryzys minie i będzie lepiej.
    Co do wiedzy na pewne tematy jest na prawdę znikoma. O kp nie miałam odpowiedni3j wiedzy prz3z co szybko przestalam. Chusty próbowałam ale się nie polubilysmy więc jak Julka usiadła kupilysmy nosidlo.

    • Jeśli chodzi o moje blogowanie, to jest nieustanna sinusoida. Raz mam kryzys, raz płynę. Zależy to głównie od ilości wolnego czasu. Jak skupię się bardziej na bieganiu, to blog cierpi i inne tego typu zależności 🙂
      Chusty to nie must have, a o kp… smutne jest to, że nawet lekarze zalecają mm.. Wiele kobiet nie jest świadomych, że wystarczy chwilkę powalczyć i wszystko się da 🙁

  • Zgadzam się, są mega potrzebne. Tak samo z resztą jak przemyślenia i weryfikacja co jakiś czas: czy idę we właściwym kierunku 🙂

  • Sylwia Antkowicz

    A wiesz, ja z kolei „wyrodna” kojarzyłabym raczej z chodzikiem, bo przecież na 20 minut dziennie nie zaszkodzi, z wczesnym rozszerzaniem diety itp. Dobrze dowiedzieć się co miałaś na myśli.

    • Serio? Myślisz, ze gdybym wsadzała dziecko w chodzik i rozszerzała dietę w drugim miesiącu i była przekonana o „dobrości” tych praktyk, to nazwałabym siebie wyrodną? 🙂 🙂 To nie ten styl!
      Na sam widok chodzika robi mi się niedobrze i jeszcze jak byłam w ciąży, to kategorycznie zakazałam kupowania jakiegokolwiek chodzika. A rozszerzanie diety: tylko BLW i tylko po 6 miesiącu życia 🙂