Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się o tym, że na Torwarze odbywają się targi Family Days. Doczytałam program i stwierdziłam, że to coś dla mnie, i MUSZĘ koniecznie targi te odwiedzić. Jak się okazało – nie było to łatwe, ale targi odwiedziłam. Dzisiaj historia o tym, jak cały świat się sprzysiągł, żeby mi utrudnić dotarcie na Family Days.

Family_Days_3 

Na sam początek wyjaśnienie: Szczerze przyznaję – wiedzieliśmy z mężem, że nasz samochód troszeczkę potrzebuje naprawy. Nie znam się na samochodach, więc opiszę to tak jak ja rozumiem: trochę się „zduszał” i szarpał w czasie jazdy. Diagnoza mojego męża – świece. Ale że działo się to sporadycznie, a dodatkowo dysponowaliśmy autem służbowym mojego męża, to nie spieszno nam było z wymianą.

No to zacznijmy od początku. Świat się przeciw mnie sprzysiągł już w piątek. Dostaję sms-a od męża – nie będzie miał samochodu służbowego na weekend. Ja, nie zrażona, stwierdziłam, że nie ma problemu – bierzemy nasz. Jakem powiedziała takeśmy uczynili: w sobotę rano całą familiją trzyosobową radośnie wyruszyliśmy ku Warszawie. My jedziemy, a samochód szarpie, my dalej jedziemy, on szarpie coraz bardziej. Mąż – zawracamy, trzeba wymienić świece. Ja już cała w nerwach, że nie będziemy na otwarcie targów, ale nic to – zawróćmy bo nie wiadomo czy nam w drodze nie stanie,  ujechaliśmy przecież dopiero 10 minut. W drodze z powrotem mąż mnie uświadamia, że nie mamy odpowiedniego klucza, żeby te świece przykręcić, bo jakiś nietypowy jest potrzebny.

Kolejnym punktem naszej wyprawy jest więc sklep z narzędziami. Tutaj poszło gładko, bo mąż zakupił szybko. Tylko przegapiłam „skojarzenia Lata z radiem”, bo mąż wysiadając zabrał kluczyk, a ja – że dobrą matką wyrodną jestem to z Maluchem w aucie zostałam.

Podjeżdżamy pod blok, mąż biegnie na górę po zapasowe świece, co to je niedawno nabył. Ja wypinam Malucha z fotelika bo marudzić o cyc zaczął (a w drodze do Warszawy tak nam pięknie spał!). Ja karmię, mąż otwiera maskę. Gmera, gmera i mówi: Wiesz, te stare się odkręca jednak innym kluczem. I w te pędy biegnie do mojego taty do bloku obok (który to – tata, nie blok, ma chyba wszystkie możliwe klucze). Po chwili wraca – zamknięte na głucho, chyba gdzieś pojechali. Ma rację, bo wykonałam telefon i się dowiedziałam, że wybyli na zakupy. Ok, zachowajmy zimną krew – dzwonimy do szwagra (bo kto jak nie szwagier pomoże?).

Na mapie naszej trasy kolejnym punktem jest więc dom szwagra. Szwagier i jego ojciec mają jakiś warsztat (mniejsza o szczegóły), więc i kluczy mają dużo. Sporo nam przynoszą, sporo przymierzają i….zgadnijcie…żaden nie pasuje. Albo za małe, a jak już dobry rozmiar to dotrzeć do świec nie można bo klucz grubszy a otwory mniejsze. Wiecie co się działo z moimi nerwami? Nie chcecie wiedzieć. Żona szwagra, skądinąd moja siostra kochana już zabawia mi Malucha i proponuje kawę. A dodatkowo proponuje również, że pożyczy nam swojego samochodu. Jestem nastawiona na te targi, więc wchodzę w to. Po kilku prośbach (i groźbach) mąż się ugina i też się zgadza, żeby pożyczyć. Zabieramy więc wszystkie manele Maluchowe z naszego i zmierzamy w kierunku jej auta. Dużo Maluchowego wieziemy, więc próbujemy otworzyć bagażnik…raz, drugi… Siostra mówi, że raz na 100 przypadków tak się ten bagażnik zacina…trafiliśmy na ten setny raz… Myślę sobie – no „Oszukać przeznaczenie” jak nic. Taki film. Ja nadal jestem zdeterminowana, więc mówię, że upchniemy wszystko w środku. Łącznie z fotelikiem samochodowym i stelażem od wózka. Samochód to Yaris. Trzydrzwiowy. Udało się, my upchnięci, manele Maluchowe upchnięte, nawet się ten stelaż upchnął (po uprzednim zdjęciu dwóch kółek). Jedziemy! (po 2 godzinach z kawałkiem od momentu rozpoczęcia podróży!).

Jestem pełna już nadziei, że dalej może być tylko z górki. Nic bardziej mylnego! Do pewnego momentu droga fajna, luźna (sobota w końcu, co nie?), aż tu nagle sznur samochodów i mąż mówi, że tylko ten sznur widzi aż po horyzont… Dokładnie w tym momencie Maluchowi przestaje się podobać bycie grzecznym i roześmianym. Zaczyna jęczeć. Więc Wyrodna Matka szuka kluczy, żeby pobrzęczeć, szuka gryzaczka, żeby pogryźć, szeleści torebką po gumie do żucia, staje na rzęsach i tańczy kankana. Dzieć zdecydował już dawno: cyc albo wycie – wybór należy do Was, rodzice. A tym czasem, żółwim tempem z żywą syreną w aucie mijamy roboty drogowe. Szukam na Maluchu pokrętła „Volume” – nasz model nie posiada tej funkcji. Wreszcie – hurra, roboty się skończyły, droga pusta. Wycie się nie skończyło. Zjeżdżamy w pierwszym możliwym miejscu, dzieć myk z fotelika i myk do piersi. Błooooooooooooga cisza. Siedzimy, nic się nie dzieje… dzieć je. Przysypia, więc próbuję odkładać – ryk, więc znów pierś. I takie jeszcze dwie próby. Wreszcie, za trzecim razem przestaje się buntować, przysnął. Jedziemy!

Po około 3 godzinach od wyjścia z domu przywitał nas takimi chorągiewkami Torwar. Szybko znajdujemy miejsce parkingowe – myślę sobie „los dał mi cukierka!”.

Family_Days_2

Weszliśmy za darmo, bo można było się zarejestrować mailowo wcześniej. Dostajemy kupon konkursowy, wchodzimy. Na początku jest fajnie, kilka schodków pod górę, obok pochylnia dla wózków. A potem zaczynają się schody. Dosłownie. Schody były, pochylni brak. I windy też nie zauważyłam. A my z fotelikiem, stelażem (pod fotelikiem) i wszystkimi manelami Maluchowymi. „Nic to” – pomyśleliśmy, w końcu co dzień pokonujemy tak dwa piętra w górę i w dół w naszym bloku. Znieśliśmy wózek, Malucha, manele. Uff….zwiedzanie targów uważaliśmy za otwarte.

No to teraz moja relacja z targów.

No źle nie było, ale niewspółmierne to było do tego, co musiałam przecierpieć w drodze do Warszawy. Stoisk wydawało mi się mało. Spodziewałam się więcej znanych marek dla dzieci. A z tych co znałam to był tylko Whisbear i La Millou. Reszta, nie powiem bardzo ładne stoiska miała, ale zabrakło Baby Ono, Lovi, Avent, Canpol, Fisher – Price itd… Dużo za to było fajnych rzeczy z minky: kocyków, poduszek itp. ale każdym stoisku wydawały mi się takie same. Nawet ceny były podobne – dla mnie ciut za wysokie. A na targach powinno być taniej.

Family_Days_1

Ale – znalazłam kącik, gdzie można było karmić dzieci, więc poszłam karmić Malucha, który w tym czasie zdążył już zgłodnieć. Wiedziałam, że można będzie tam spotkać Agatę ze świetnego bloga Hafija.pl i faktycznie była. Jak skończyłam karmić to podeszłam do niej na chwilkę, bo tak bardzo chciałam jej powiedzieć, że dzięki lekturze bloga – nadal karmię, mimo przebytego zapalenia piersi. Wierzcie mi lub nie, ale tak się zdenerwowałam, że pewnie brzmiałam jak gimnazjalistka „Chciałam tylko powiedzieć, że dzięki Pani blogu…blogowi…” (facepalm!!!!). I nawet się wzruszyłam.

Odkryłam też, że oprócz Whisbera’a, który mi się osobiście średnio podoba (pisałam o tym w 10 najlepszych prezentach na babyshower) jest jeszcze jego polski odpowiednik – Szumiś właśnie. Stylistycznie to jeszcze nie do końca TO, ale dużo dużo bardziej mi się podoba. Więc zakupiłam…. no i nie wiem czy słusznie.

Aha – było bardzo fajne stoisko z zabawkami do SI – integracji sensorycznej, czy jak to się nazywa.

No i w sobotę nasze kupony konkursowe nie zostały wylosowane 🙁

Na sam koniec, jako że to targi były to pochwalę się moimi zdobyczami:

Family_Days_4

1. Woody the Worm – drewniany, kolorowy robak, który fajnie się wygina w różne strony. Zakupiony na wyżej wymienionym stoisku SI. Urzekł mnie swoją buźką, kolorami i jakością wykonania. Niby jest od 12 miesięcy wzwyż, ale Maluch już się nim zainteresował (czytaj: chciał zjeść – na szczęście farby nietoksyczne). Była jeszcze wersja z czerwonym i różowym, mnie się bardziej podobała, ale umówmy się – mój syn to chłopak 🙂

2. Szumiś – taaaaak, Szumiś. Wybraliśmy z mężem żółtego. A, no i to jest wersja „główka”, jest jeszcze cały miś (trochę dziwnej postury) i wielka poducha rogal do karmienia. Skusiłam się na niego, bo: a) był ładniejszy niż Whisbear’a, b) na targach był tańszy niż na stronie internetowej i bez kosztów wysyłki. Jak włożę do niego baterię i przetestuję to będzie recenzja.

3. Słoń metkowiec – bo strasznie chciałam coś takiego Maluchowi kupić. Z jednej strony jest ta kolorowa tkanina w samochody, z drugiej minky, no i kolorowe metki. Solidnie wykonane.

I na tym zakończę wpis.

Pozdrawiam – Wyrodna Matka, której udało się oszukać przeznaczenie.

(Powiedzcie mi, czemu te zdjęcia się takie małe wyświetlają, a dopiero po kliknięciu są w pełnym rozmiarze? Hmm?) Już wiem…przy wstawianiu zdjęcia się to określa…czemu ze mnie taka gapa?

Close