A więc – wróciłam. Do pracy wróciłam, ale i w blogowaniu duża przerwa, więc i do bloga wróciłam też. Czy uda mi się go prowadzić dalej? Nie wiem. Czas pokaże. Na razie pokazuje, że będzie z tym ciężko. Ale nie o tym będzie dzisiaj. Dzisiaj o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim.

Stres czy uczulenie na pracę?

Trochę się już uzewnętrzniłam na Facebooku, ale może nie każdy śledzi go z zapartym tchem, więc powtórzę moją urzekającą historię. Miałam wrócić do pracy w poniedziałek. Już od poprzedzającego go piątku było mi jakoś „nie tak”. Odczuwałam niemal fizyczny niepokój. Owszem, przejmowałam się wcześniej powrotem do pracy, ale nigdy nie był to aż tak duży stres. Był on tak namacalny, że nie mogłam jeść, bo ciągle było mi niedobrze. Dodatkowo WSZYSCY uparli się, żeby się mnie pytać jak czuję się przed powrotem. W odpowiedzi na takie pytania bliska byłam strzelenia pytającego w głowę! Tak mnie „dostresowywać” jeszcze!

W końcu nadszedł sądny poniedziałek. Pogoniłam jak od zawsze na poranny pociąg. W pracy powitano mnie bardzo ciepło, dostałam nawet kwiaty, czego zupełnie się nie spodziewałam. Dzień pracy minął całkiem szybko (pracuję 7 godzin ze względu na karmienie piersią). Cały dzień jednak nadal nie mogłam jeść i pociłam się jak mysz, nie wiadomo czemu.

Wróciłam do domu, pokarmiłam młode piersią, ale nadal odczuwałam ten „stres”. Zawsze na to pomagało wybieganie, wskoczyłam w adidasy i ochoczo wybiegłam na boisko. Ochoczo było tylko po schodach w dół, bo im bliżej boiska byłam tym mniej sił. Im więcej kółeczek na boisku tym częściej przechodziłam w marsz. Może nie wydawać się to takie dziwne, ale koleżanki współbiegające zaświadczą, że ja się nie zatrzymuję prawie nigdy. Kiedy one idą marszem, ja bardzo wolniutko przy nich biegnę. Tego dnia nie poznawałam siebie, a i one były zdziwione. Coś ze mną było nie tak. Wycisnęłam nadludzkim wysiłkiem 6 km i wróciłam do domu.

Pierwsze kroki skierowałam pod prysznic, a następnie pod kołderkę, bo miałam już dreszcze. Zasnęłam na kilka godzin po czym obudziła mnie w nocy, pogoniła i sponiewierała paskudna jelitówka. Wizyta u lekarza skończyła się zwolnieniem na 4 dni. Tym samym mój pierwszy tydzień pracy rozpoczął się i zakończył w poniedziałek.

Jak to jest wrócić?

W kolejny poniedziałek zjawiłam się w pracy już pełna sił i bez tego „stresu”, który okazał się początkiem krótkiej, acz gwałtownej choroby. Co prawda nie dostałam już po raz drugi kwiatów, ale też za głośno się ze mnie nie śmiali – co z ulgą doceniłam.

Pracuję w branży IT przy dość specyficznym projekcie. Znałam go całkiem dobrze i byłam pewna, że przez rok nie da się tego zapomnieć. Otóż trochę zapomniałam. Pierwszy tydzień (ten uczciwie przepracowany, nie na zwolnieniu) to było nacinanie się non stop na trudności, których nie miałabym, gdybym pamiętała jak co działa. Na swoją obronę muszę powiedzieć, że sporo się też w projekcie pozmieniało. W każdym razie, po pierwszym rozruchowym tygodniu wpadłam w wir pracy. Wir ten jest tak wciągający, że dzisiaj już mam wrażenie, że nie miałam rocznej przerwy. Co więcej, już udało mi się wyrobić parę nadgodzin.

powrot_02

Przed powrotem myślałam sobie, że wcale do tej pracy tak bardzo nie tęsknię, że mogłabym jeszcze posiedzieć z maluchem. Ale ostatnio, po kilku tygodniach spędzonych przy projekcie, w drodze na powrotny pociąg pomyślałam sobie, że lubię tą moją pracę i że bardzo dobrze, że już do niej wróciłam.

W ekipie pracowej nastąpiło tez kilka zmian personalnych, ale trzon ludzi został taki sam, więc i szoku wielkiego nie było i od razu było o czym pogadać i się pośmiać. Z resztą wiedziałam, że tak będzie po moich odwiedzinach w listopadzie, które Wam opisałam. Pamiętam, że martwiłam się również o to, że zostanę w tyle z wiedzą i nowymi umiejętnościami, że wszyscy będą już więcej umieć ode mnie. Okazuje się jednak, że rok to jeszcze nie czas, żeby aż tak „wypaść z obiegu”.

Na uwagę zasługuje tez fakt, że zmieniła się siedziba mojej firmy, a przeprowadzka była krótko po tym jak urodziłam Malucha. Niby wiedziałam, że jakieś biurko mi przydzielono, ale nie spodziewałam się szału – wiadomo, że najlepsze biurka już zostały pozajmowane. Jednak mam bardzo fajne miejsce. Nikt nie gapi się w monitor, mam fajny widok z 13 piętra na kawałek Warszawy i na…tory kolejowe. Tylko klima wieje trochę za bardzo, ale jakoś sobie z tym radzę. Ogromnym plusem jest dla mnie fakt, że do pracy dojeżdżam pociągiem w 25 minut. Szybciej niż przed przeprowadzką.

Biedne dziecko zostało bez matki!

Chyba doszłam do meritum problemu powrotu do pracy: zostawiłam dziecko! Biedne bez matki pewnie płacze w głos przez cały dzień.

W tym momencie myślę sobie, że mam w życiu szczęście i nie jestem pewna czy w ogóle powinnam się wypowiadać na temat „Jak to jest wrócić do pracy i zostawić dziecko”. Od stycznia dziadek Malucha jest na emeryturze. Dziadek kocha wnuka miłością bezgraniczną z wzajemnością i zgodził się, a właściwie zaoferował się, że zostanie z Młodym kiedy ja wrócę do pracy. Tak też się stało. Co dzień rano 6:20 dziadek przychodzi do nas. Maluch wita go z szerokim uśmiechem na ustach, pozwala się ubrać i wziąć na ręce. Po czym robi nam „Pa pa pa” i idzie z dziadkiem do jego mieszkania. Zero płaczu. Zero rozpaczy. Zero marudzenia i jojczenia. Poszło to tak gładko, że aż nie wierzę, że to prawda.

Gdy wracam to młode samo przychodzi pojeść chwilę z cycunia, a potem leci z powrotem do dobrej zabawy u dziadków. Podobno mają już rytuał ścielenie łóżka, w którym obowiązkowo trzeba zrobić Maluchowi hamak z kołdry i go chwilę pobujać. Dziadkowie gotują dla Malucha pożywne zupki, a rano podają jajecznicę lub kaszkę i obowiązkowo pomidorka. W ciągu dnia Młode sobie drzemie raz lub dwa razy. Dziadek zabiera też Malucha na spacer znów raz albo dwa razy. Zwyczajny dzień!

Po tym jak wrócę z pracy to siedzimy jeszcze chwilę u dziadów, najczęściej czekając na tatę i całą rodziną wracamy do domu. Młode trochę jeszcze poszaleje, a potem idzie spać.

Biedna matka została bez dziecka!

A ja w tym wszystkim tez dobrze się odnajduje. Nazwijcie mnie wyrodną i nieczułą, ale…nie tęsknię za dzieckiem kiedy jestem w pracy! Wręcz przeciwnie, doceniam, że mam trochę spokoju i ciszy bez marudzenia Młodego. Jako swój osobisty sukces przywołam fakt, że jeszcze nigdy sama z siebie nie zadzwoniłam z pracy do dziadka, żeby się spytać co słychać.

Poza tym dojeżdżając do pracy i wracając o stałych godzinach wreszcie mam poukładany dzień. Gdy siedziałam w domu to czułam prawie namacalnie jak czas przeciekał mi przez palce. Teraz, gdy mam więcej obowiązków, jestem w stanie więcej zrobić. Mimo, że pracuję, to chętniej znajduję czas na bieganie wieczorami (udaje się 2 razy w tygodniu), tylko z tym blogiem trochę mi pod górkę…

Pozostała na koniec kwestia karmienia piersią. Jak to z tym jest? Da się? Da się! Zanim wyjdę rano z domu Młode oczywiście pociąga sobie z piersi na pół-śpiąco jak co rano. Po 7 godzinach w pracy czuję ile pokarmu mi się zebrało – dużo. Przez pierwszy tydzień myślałam, że piersi mi wybuchną i czym prędzej biegłam do Malucha po pomoc. Ale teraz trochę mniej się wypełniają. Gorzej kiedy naprawdę muszę w pracy zostać godzinkę czy dwie dłużej – wtedy już mleka gromadzi się sporo. Ale może to dobrze, bo nie będę sobie pozwalać na zbyt dużo nadgodzin. Przychodzę do domu, Maluch opróżnia zasobniki, idzie się bawić i tak co chwilka przybiega, żeby trochę się poprzytulać i trochę possać pierś. W nocy oczywiście też się karmimy (wszystkim zszokowanym, że Młode nadal się w nocy budzi wyjaśniam, że dzieci karmione piersią tak mają, a pokarm nocny jest bardzo ważny w rozwoju – jest tłustszy przez co lepiej odżywia mózg), ale nie sprawia mi to dużego kłopotu. Od połowy nocy Młody śpi z nami i karmimy się praktycznie przez sen. Nie zarywam nocy, jestem w stanie rano wstać i pracować. Póki co nie doświadczyłam też żadnego zastoju w piersiach i mam nadzieję nie mieć już problemów na tym polu.

A jednak są minusy…

Są, i to oczywiste: nie jestem z dzieckiem! Nie widzę jak uczy się nowych umiejętności. Już kilka razy zdarzyło mi się opowiadać dziadkom co podpatrzyłam u Malucha ostatnio, po czym oni mówią, że u nich już dawno to robi. Przegapiam te momenty.

Taki optymalny według mnie czas na odchowanie dziecka, to były by dwa lata. Dziecko stanie się już bardziej świadome, może udałoby się je odpieluchować. A tak, to takiego małego człowieka zostawiam na kilka godzin dziennie, zostawiając powyższe kwestie dziadkom.

Chociaż i tak powinnam się cieszyć, że obecne prawo daje matkom aż rok na odchowanie dziecka. Kiedyś nie było tak różowo.

Czy żałuję decyzji o powrocie?

Nie! Nie żałuję. Ja jestem takim typem człowieka, co nie może siedzieć w domu, bo staje się bezproduktywny. Lubię się rozwijać, lubię pracować, lubię się uczyć. Potrzebuję tego rozwoju osobistego, żeby poczuć się lepiej. Ostatnio doszłam do wniosku, że podświadomie znalazłam sobie „pracę” zastępczą w postaci bloga. COŚ musiałam robić, bo bym zwariowała. Coś we mnie siedziało, co chciało się uzewnętrznić. Tak więc biorąc pod uwagę wszystkie sprzyjające czynniki (dziadka, Młodego dobrze znoszącego rozłąkę, krótszy czas pracy, szybki dojazd do pracy) ogromnie się cieszę, że wróciłam do pracy. Dziecko przecież rośnie, a jak już wyrośnie to co potem bym ze sobą zrobiła? Nie chciałabym „wypaść z obiegu”. Te dwa lata jakoś przebolejemy, a potem Maluch pójdzie dumnie do przedszkola i zacznie się nowy rozdział w życiu naszej rodziny.

A Wy jakie macie doświadczenia z powrotem do pracy po urlopie macierzyńskim? Ciężko? Gładko? Strasznie? Piszcie w komentarzach.