Co próbuję usiąść do napisania tego posta, to coś mnie od niego odciąga. To chyba kwestia podświadomości. Sam bieg, był bardzo dobrze zorganizowany, tak że chyba na lepszym jeszcze nie byłam, ale było mi tak ciężko biec, tak zdziwiona i zawiedziona byłam sobą, że długo nie chciałam myślami wracać do tego dnia. Postanowiłam jednak przepracować to sama ze sobą i dzisiaj jest wpis. Szkoda by było go nie zamieszczać, bo mam tyle fajnych zdjęć z Julinek Run!

O biegu charytatywnym w Julinku dowiedziałam się, jak z resztą często bywa, z Facebooka. Ktoś polubił, ktoś zaznaczył, że weźmie udział. Ja poczytałam, pomyślałam, że fajnie będzie pobiegać po Puszczy Kampinoskiej i w dodatku pomóc dzieciakom. Niewiele myśląc zapisałam się na ten bieg.

Pakiet startowy

Pakiet kosztował, zdaje się, 40 zł, więc cena mega rozsądna. Biorąc pod uwagę, że to na pomoc dzieciom zdawała się wręcz za niska. Pakiety odebrać można było dopiero w dniu startu, więc i na miejscu trzeba było być odpowiednio wcześniej. 

Zdziwiłam się, bo pomimo braku koszulki, pakiety startowe były naprawdę fajne. Zawierały, wiadomo, numer startowy z chipem mierzącym czas, ale również worek z logo Julinka, śmieszny długopis również z logo, naklejkę dla dzieciaków i ulotkę. 

Przed startem

Na bieg jechałam w dość nietypowym jak na takie wydarzenia składzie, bo z moim tatą, który miał się zaopiekować Maluchem w czasie mojego biegania. W Parku Rozrywki Julinek byliśmy już w ramach dnia dziecka, organizowanego przez moją pracę, więc wiedzieliśmy, że Maluch będzie miał tam co robić. Pan Wyrodny tego dnia miał jakieś inne plany, więc pozostał kochany i niezawodny dziadek.

Przyjechaliśmy odpowiednio wcześniej, żeby zdążyć z odbiorem pakietu. Okazało się jednak, że nie trzeba się było spieszyć, bo w biegu udział wzięło tylko 47 osób. Nigdy nie brałam udziału w tak kameralnym biegu. To miało wiele plusów: zawsze masz pewność, ze fotograf „złapie Cię” na zdjęciu (w odróżnieniu od wielotysięcznych biegów, w których odnalezienie na zdjęciu kawałka siebie jest wielką radością), atmosfera jest bardziej rodzinna, brak tłoku przy odbiorze pakietu. Ja jednak strasznie się martwiłam czy nie będę ostatnia na mecie. Kilka dni przed biegiem przeglądałam listę startową i próbowałam dociec o ile lepsi ode mnie są wszyscy zapisani na Julinek Run.

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki
Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Po odbiorze pakietu odprawiłam chłopaków, żeby pobawili się na Julinkowym placu zabaw, a ja udałam się na rozgrzewkę, do której Pan prowadzący mocno nawoływał uczestników. A że niewiele osób było do niej chętnych, postanowiłam wziąć w niej udział. To był mój pierwszy błąd. Gwoli ścisłości – sam fakt rozgrzewki był super. Najpierw prowadził ją Pan, który chyba o rozgrzewce biegowej nie miał pojęcia, a potem prosił wyrywkowo nas o to, żebyśmy pokazali jakieś ćwiczenie, które ma nas rozgrzać. No i niektóre ćwiczenia były odpowiednio rozciągające, ale kiedy zaczęły się powtarzać, to każdy chciał wymyślić coś oryginalnego i w efekcie rozgrzewka przestała mieć sens, bo zaczęła męczyć. Po tej rozgrzewce zakwasy trzymały mnie jeszcze przez 3 kolejne dni po starcie.

Start biegu

Śmieszne jest ustawienie się na starcie biegu, w którym bierze udział tylko 47 osób. Ja jestem przyzwyczajona do osobnych stref czasowych, gdzie wiem, że spotkam ludzi o podobnych możliwościach jak ja. Tutaj nie miałam pojęcia gdzie się ustawić. Stanęłam więc mniej więcej po środku, trochę bliżej końca. I to był mój drugi błąd. Powinnam ustawić się na samym końcu, bo… Bo po usłyszeniu słowa „Start”, starałam się trzymać mniej więcej swojej grupy. A grupa ta popędziła do przodu mega szybkim tempem…

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Bieg…

Kiedy teraz oglądam sobie zapis mojego śladu GPS na Endomondo, to w głowę zachodzę jak mogłam w takim tempie zacząć ten bieg. Że też mi się nie włączyła czerwona lampka ostrzegawcza! Pierwszy kilometr przebiegłam za szybko (goniąc tych mega mocnych z przodu), więc równie szybko opadłam z sił. Każdy kolejny kilometr był tylko wolniejszy, a moje samopoczucie coraz gorsze. Nie wiedziałam co ze mną jest nie tak. Myślałam, że jeśli zwolnię i ustatkuję swój oddech, to potem już równym tempem dobiegnę do mety. Niestety, upragniony moment wyrównania oddechu nie nadszedł. Miałam wrażenie, że zamiast bardziej się rozgrzewać, to ja tylko tracę i tracę siły. I że biegnę już takim mega żółwim tempem, że to wstyd.

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Warto też podkreślić fakt, że biegliśmy po lesie. Kiedy przeczytałam przed biegiem, że śmigać będziemy po Kampinoskim Parku Narodowym to ucieszyłam się, że będą fajne okoliczności przyrody, że będzie cisza i spokój, a nawierzchnia nie będzie obciążać stawów, tak jak robi to asfalt w mieście. Nie przemyślałam jednak tego, że biegać będę po piachu, po szyszkach, po wystających korzeniach i patykach, oraz, że będą górki i dołki… To był mój trzeci błąd, że założyłam, że bieg po lesie będzie porównywalny z tym płaskim asfalcie. Julinek Run, chociaż nigdzie nie było o tym napisane, był przecież biegiem przełajowym, a nie ulicznym. Bez sensu, że chciałam przebiec tę dziesiątkę w czasie około 1 godziny… Przełaje są z reguły bardziej wymagające!

Czwartym błędem, który uświadomiła mi dopiero ostatnio moja biegowa kumpela, był dobór obuwia. Na wszystkie biegi zakładam oczywiście moje Brooksy, które mają najlepszą amortyzację ze wszystkich przeze mnie posiadanych butów. Ta dobra amortyzacja w połączeniu z amortyzacją piachów i leśnej ściółki okazała się dla mnie zabójcza…

Bieg prowadził dwoma pętelkami po około 5 km po lesie. Po skończeniu pierwszej pętelki był punkt nawodnienia, na którym organizatorzy zadbali o wodę. Niestety, woda była podawana w odkręconych butelkach. Ja nie piję dużo w czasie biegu, bo nie chcę żeby złapała mnie kolka. Tym razem również wzięłam 1 – 2 łyczki. A że butelka była odkręcona, to nie chciałam z nią biec dalej, byłoby niekomfortowo, gdyby się ciągle wylewała, musiałam wyrzucić prawie całą. Było mi trochę szkoda takiego marnotrawstwa, ale mój stan psychiczny na tym biegu nie pozwalał na głębsze zastanowienie co robić. Po drugiej pętelce, jeszcze na trasie też była woda, ale stamtąd do mety było już tylko 400 metrów, więc jej już nie brałam. I to był mój piąty błąd, ale o tym w kolejnym rozdziale.

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Meta

Tuż przed samą metą ujrzałam Malucha z dziadkiem, którzy kibicowali biegaczom. Kątem oka widziałam, że Maluch chciał do mnie podbiec, ale mój umysł dążył już tylko do końca mojej męczarni. Usłyszałam też, jak mój tata krzyczy do mnie, jaki mniej więcej mam czas… więc już przed metą upewniłam się, że jest słabo. To znaczy… jeszcze rok temu byłabym z takiego wyniku zadowolona, ale w tym, kiedy udało mi się wielokrotnie w czasie treningu i raz na zawodach złamać granicę 1 godziny, był to wynik niezadowalający. Te 10 km po lesie przebiegłam w czasie 01:02:59

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Wróćmy jeszcze na chwilę do mojego piątego błędu w czasie tego biegu. Czterysta metrów przed metą postanowiłam nie brać już wody. Ogólnie zdziwiło mnie to, że to tam ją rozdawali, ale byłam pewna, że będzie woda również po przekroczeniu linii mety. Nie było. Kiedy Pani wieszała mi medal na szyi, ja pierwsze o co spytałam to gdzie jest woda. Pani pokazała mi, że tam dalej, ale tam był tylko energetyk, który był sponsorem tego biegu. Wzięłam, bo byłam tak wyczerpana, ale w tym momencie potrzebna mi była woda.

Po przebiegnięciu tych okropnych dla mnie 10 kilometrów byłam mega wyczerpana. Było mi trochę słabo, więc na jakieś 10 – 15 minut po prostu usiadłam na trawie i łapałam oddech i siły. Chyba jeszcze nigdy tak źle się nie czułam.

Piękny za to był medal. Porządny, ciężki, kolorowy, na pięknej tasiemce i z wyciętym serduszkiem.

Organizacja biegu

Jak już doszłam do siebie i wzięłam z plecaka od dziadka swoją wodę, wreszcie zaczęła docierać do mnie rzeczywistość. Rozejrzałam się wkoło i okazało się, że dla biegaczy było wszystko przygotowane. Była zupa pomidorowa, zapas energetyków Czesio (który o smaku Mohito tak strasznie mi zasmakował), były banany, cukierki, ciasto, kawa, herbata – i to tyle ile dusza zapragnie. Przyznam, że nie byłam tak mocno głodna, więc swoją zupę oddałam swojemu tacie, a potem jeszcze poprosiłam panią o kolejną dla Malucha – nie było z tym problemu. Sama pożarłam kilka kawałków ciasta – szybką energię zapewniają jednak słodycze (a ja do łakomych należę). 

Po zakończeniu dało się znów odczuć tę rodzinną atmosferę. To był pierwszy mój bieg, na którym na grupowym zdjęciu zmieścili się wszyscy jego uczestnicy 🙂 Było naprawdę miło.

Zdjęcie pochodzi z fanpage Julinek Park Rozrywki

Po biegu w Parku Rozrywki miały być jeszcze zorganizowane jakieś atrakcje i animacje dla dzieciaków, a dla biegaczy, coś mi się o uszy obiło, były jakieś zniżki na park linowy (chyba – jeśli coś więcej o tym wiecie, to napiszcie). Ja jednak musiałam wracać, bo tego dnia mieliśmy w planach ślub kolegi i imieniny babci Pana Wyrodnego. Cały dzień był bardzo aktywny.


Jeśli zapytacie mnie, czy w przyszłym roku mam ochotę na Julinek Run, to odpowiem Wam, że tak, oczywiście. Bo w przyszłym roku będę już mądrzejsza o to doświadczenie z biegu tegorocznego. Wiem, że nie popełnię tych błędów, o których pisałam. Wiem jakie buty wezmę, wiem jak nastawię się psychicznie. No i mam ochotę na jakiś spokojny trening w Puszczy Kampinoskiej, tak żeby nauczyć się biegać w takich warunkach.

  • Może Twój bieg nie usatysfakcjonował Cię do końca, ale i tak gratuluję! Patrzę na to wszystko z mojej perspektywy i 10 km na ten moment wydaje mi się być niewyobrażalnym wysiłkiem. Myślę, że taki czas to zdecydowanie ponadprzeciętna sprawność fizyczna 🙂

    • Bo to 10 wydaje się tylko nieosiągalne, ale stopniowo, stopniowo przebiegnięcie dziesięciu kilometrów przestaje być wyczynem, a zaczyna być codziennością 🙂

  • Karolina Ostrowska

    Kolejny post przypominający mi o tym, że miałam biegać 😀

  • Super! Podziwiam wszystkich ludzi, którzy biegają – mi kojarzy się to wyłącznie z lekcjami wfu, których nigdy nie lubiłam 😉

    • O patrz, to tak jak ja. NIenawidziłam Wuefu, a biegania w szczególności. Ale to się trochę zmieniło – sama doszłam do tego że bieganie jest fajne

  • Alez fajne wydarzenie! Moim wielkim planem na najbliższe miesiące będzie właśnie próba powrotu do biegania i jak najczęstszego brania udziału w takich inicjatywach 🙂

  • Gratulujemy samozaparcia i pieknego medalu. Pamiętaj by cieszyć się z match rzeczy i nie być zbyt surową dla.siebie 🌼

  • Kamil

    Gratuluję serdecznie 🙂 Mimo braku przygotowania do biegów przełajowych i niesatyfakcjonujący wynik, to najważniejsza była zbiórka 🙂 i ten cel został osiągnięty!

  • Piękny medal i jaka bluzka! Ja tez biegam, żeby żreć ciastki 😀 😀 Idea biegów charytatywnym jest mi bardzo bliska. Sami z żoną bardzo często w takich startujemy, prowadzimy zbiórki. To świetne ukoronowanie naszego wysiłku. Pozdrawiam!

  • Blanka Kolago-Szymczak

    Gratuluję! Ważne, że pobiegłaś i ukończyłaś bieg. To najbardziej się liczy!

  • Ja nie biegam, chociaż sporo znajomych wokół tak i wiem jak to daje kopa.
    Powinnaś być z siebie dumna za to podsumowanie. Popełniłaś błędy, ale masz ich świadomość i wiesz, czego przy kolejnych startach unikać, co poprawić.
    Połamania nóg? Czego się życzy biegaczom? 😉
    Co do samego Julinka to chcieliśmy tam z chłopcami jechać, ale odstręcza mnie fakt, że za każdą atrakcję płaci się osobno :/

  • Czasami mam wrażenie, że jak zacznę biegać to świat się skończy. Jestem pełna podziwu.

  • Bardzo ciekawe, pierwszy raz czytam o biegu z punktu widzenia biegacza 🙂