Odwiedziłam wczoraj z Maluchem moich kochanych korpoludków. Postanowiłam odwiedzić swoją pracę, bo już dawno obiecywałam im, że do nich wpadnę, ale także żeby o mnie nie zapomnieli, ale przede wszystkim, bo się za nimi stęskniłam. Trochę się obawiałam tego spotkania, ale było tak miło, że się cały wczorajszy dzień do siebie uśmiechałam wspominając 🙂 I tak sobie myślałam, „filozowałam” i wymyśliłam temat dzisiejszego wpisu. Jaki wydaje mi się świat, z którego dobrowolnie zostałam, przez narodziny syna, wyrwana.

 

Po pierwsze praca

W mojej firmie pracowałam już dwa lata, kiedy szłam na macierzyński. Pracowałam praktycznie do samego dziewiątego miesiąca ciąży, bo dobrze się czułam i niektórzy spekulowali, że urodzę przy biurku. Pomimo faktu, że czasami bywało ciężko i terminy goniły jak szalone, to bardzo lubię swoją pracę. Daje mi możliwość rozwoju w kierunku, który mi się podoba. Co roku można jeździć na jakieś szkolenie, a każdy nowy projekt uczy coraz więcej. I nagle zostałam od tego odcięta. Mam czasami poczucie, że wszyscy moi współpracownicy idą żwawo do przodu, a ja wrócę i będę w tyle za nimi. Jak się siedzi już niemal 8 miesięcy w domu, to wszystko wokół wydaje się pędzić, zostawiając mnie w tyle. Wiem, że jak wrócę, to sobie poradzę, bo nie w takich sytuacjach już sobie radziłam, ale jednak drobne poczucie straty we mnie siedzi.

I bardzo dobrze się stało, że pojechałam do swojej pracy, bo przekonałam się, że jak wrócę, to zostanę miło przyjęta. Najfajniejsze było to, że było o czym pogadać! Bałam się, że może być niezręczna cisza. I żarty (specyficzna dla naszej grupy) też były takie same, nieźle się uśmiałam. Naprawdę dużo lepiej poczułam się po tej wizycie. Postaram się wpaść tam jeszcze kilka razy.

Po drugie znajomi

Tutaj jest już trochę łatwiej, bo najbliżsi moi znajomi mieszkają w moim miasteczku. Częściej się ich widuje, w razie potrzeby można na chwilkę wpaść. Nie mogę sobie jednak pozwolić, jak dawniej na beztroskie chodzenie na imprezy, do kina czy do pizzerii. Teraz już zawsze muszę przemyśleć logistycznie czy mam zabrać Malucha, czy może na chwilkę zostać z tatą czy dziadkami, a jak nie może to czy brać męża, czy męczyć się samemu. Każdy przejazd samochodem wiąże się z tym, że nie może zabrać mnie samochodem każdy. Musi być fotelik i najlepiej osoba zabawiająca Malucha. Więc każdy przejazd samochodem to mąż – kierowca, ja – zabawiacz, i Maluch w roli malucha. Imprezę też muszę przemyśleć. Bo mimo, iż staram się zabierać ze sobą Malucha wszędzie jako część naszego życia, to nie każda impreza się do tego nadaje. Najlepsze są domówki, na których zawsze znajdzie się spokojny kąt, gdzie Malucha mogę pokarmić, uspać i położyć. Ostatnio byłam na osiemnastce, gdzie takiego kącika nie było, głośna muzyka, tłum ludzi, tańce. I chociaż sama miałam ochotę potańczyć, bo to uwielbiam, to Maluch bardzo się męczył i wróciłam do domu o 21.

Wiele jest też „wyjść” na które przestałam być zapraszana czy brana pod uwagę. I NIE MAM TEGO NIKOMU ZA ZŁE, bo wiem, że na pewno nie byłyby to wyjścia dla mnie i na pewno odmówiłabym udziału. Mimo wszystko, mam poczucie, że coś mnie omija. Wyjazd babski na sushi czy premiera w kinie, to coś na co na razie nie mogę sobie pozwolić. Na szczęście wiem, że to się zmieni, bo kiedyś Maluch z piersi wyrośnie.

Po trzecie hobby

Staram się kontynuować moje hobby, czyli śpiewanie w chórze. Maluch jest ze mną prawie na każdej próbie. Zdarza się, że tak marudzi cały dzień, że zwyczajnie zostaję z nim  w domu. Czasami na godzinkę zostawiam dziadkom. Ciągnie mnie tez bardzo do biegania. Zaczęłam przed ciążą biegać. I chociaż nie były to jakieś wyczyny, czy maratony, to sprawiało mi to ogromną przyjemność. Z dzieckiem u boku ciężko jest do tego wrócić. Zaczęłam troszeczkę się ruszać w domu, ale to nie to samo… A mogłabym dalej pracować nad swoją kondycją czy figurą… gdyby nie Maluch.

 

A potem…

A potem siadam sobie w domu, patrzę na tego małego, bezbronnego człowieka i uświadamiam sobie, że tak naprawdę, to NIC mnie nie omija. Ja po prostu jadę dalej, tylko INNYM torem. I wtedy mam poczucie, że moje życie jest fajne. I może ktoś patrzy z tej drugiej strony na mnie i też ma poczucie, że coś innego go omija.

A Wy, macie jakieś przemyślenia na ten temat? Piszcie.