Znów sytuacja z życia, krótka rozmowa skłoniła mnie do głębszej refleksji. Uświadomiłam sobie, że to czego doświadczymy w dzieciństwie, latach szkolnych, w młodości ma potem duży wpływ na nasze życie. Nie chodzi mi wcale o wielkie wydarzenia czy o traumy, bo to oczywiste, ale o coś, co z pozoru wydaje się błahe i nieistotne, a zostaje w nas przez całe życie.

Po przemyśleniu całej sprawy znalazłam u siebie trzy takie rzeczy. W dzieciństwie i w szkole średniej miałam na ich punkcie ogromne kompleksy i niechęć. Długo je w sobie pielęgnowałam (tą niechęć i te kompleksy). A potem, zaczęłam powoli uświadamiać sobie, że niepotrzebnie to robiłam, bo przezwyciężenie tej psychicznej bariery obecnie sprawia mi dużą przyjemność. Ale do tego trzeba było dojrzeć.

boy-666803_1280

Sport

Nie, nie byłam łamagą, nie byłam gruba, nie byłam niezgrabna, ćwiczyłam na każdym w-fie, ale awersję do sportów, a w szczególności do siatkówki miałam bardzo długo (do siatkówki jeszcze mi została). A wiecie dlaczego? Wyobraźcie sobie:

Podstawówka. Pani od w-f nosi spódniczki jeansowe i maluje paznokcie. Jedyne co robimy na w-fie to siatkówka. Tydzień w tydzień siatkówka, serwy, odbicia, siatkówka. Są dziewczyny, które w siatkówkę grają świetnie. Są też takie (wśród nich ja), którym choćby nie wiem jak się starały, nie udaje się przebić piłki na druga stronę serwując. Na wfie zasady są proste: są dwie dziewczyny i one wybierają sobie drużyny na zmianę. Kiedy mnie wybierają? Zawsze na jednym z ostatnich miejsc. Co tydzień wstyd, że wybrana na końcu i jeszcze większy wstyd, że nie umiem zaserwować. Potem wśród dziewczyn wieczny podział na te lepsze i te gorsze.

Wraz ze zmianą szkoły na gimnazjum zmieniła się też nauczycielka, ale moje nastawienie do siebie i własnych możliwości się nie zmieniło. Nie lubiłam w-fu i już.

Długo musiałam siebie przekonywać, że sport jest jednak fajny. W dorosłym życiu chodziłam na wiele rodzajów fitnessu, ABT, TBC, TMT, Zumbę. Ale wybrałam co innego: dzisiaj biegam. Nie mam zawrotnego tempa, nie biję rekordów, ale udaje mi się przebiec i pięć kilometrów i dziewięć, dążę do dziesięciu. JA(!) biegam, ja która na wychowaniu fizycznym miała problem z przebiegnięciem 1000 metrów. Więcej Wam powiem: czerpię z tego dziką przyjemność. Bo wiecie co? Udowadniam sobie, że nie jestem beznadziejna, że umiem, że mogę, że staję się coraz lepsza.

Tylko nie wiem czy uda mi się odczarować siatkówkę… macie pomysły jak można to zrobić?

Gotowanie

Przy okazji wpisu o ulubionych przepisach BLW wspomniałam już Wam, że bardzo długo borykałam się z kompleksem na punkcie gotowania. Nie wiem dlaczego, ale jeszcze w szkole średniej w ogóle nie ciągnęło mnie do tego, żeby spróbować. Nie miałam potrzeby gotowania, bo obiad zawsze robiła mama. Tak podświadomie czułam, że nie jest to wcale trudne. Bo w końcu są przepisy i wszystko jest napisane: co trzeba wziąć, ile i co z tym zrobić. Ale do dzisiaj zapadło mi w pamięć, kiedy jeden z nauczycieli w szkole średniej na wieść, że nie umiem gotować zapytał: „To co z Ciebie za gospodyni?”. Jedno, nic nie znaczące zdanie, ale pamiętam do dziś.

Ale dziś właśnie, mimo, że pamiętam, to lubię gotować. Lubię doprawiać, sprawdzać smak, kombinować. Czasami nie trzymam się ściśle przepisów, część rzeczy robię „na oko”, ale jakoś wychodzi. Mąż nie narzeka, raczej chwali. Teraz, kiedy jeszcze jestem na urlopie macierzyńskim gotowanie przychodzi mi łatwiej, bo mam na to czas. Kiedy wrócę do pracy będę musiała przyzwyczaić się do trochę innego trybu życia. Ale już powoli zbieram przepisy na szybkie obiady i przekąski.

Co jest najważniejsze dla mnie w gotowaniu? Że ono sprawia mi przyjemność. Tak właśnie jest.

Prowadzenie samochodu

W ten kompleks na długo wbił mnie niestety mój tata. To z nim uczyłam się jeździć przed zdaniem prawka, ale po jego otrzymaniu też on zawsze jeździł na miejscu pasażera. Każda taka przejażdżka kończyła się albo nerwami albo płaczem, bo mój tata nie miał nigdy cierpliwości, jeśli popełniałam jakiś błąd. Przez to nie chciałam wsiadać za kółko, bo nie wierzyłam, że potrafię. Zawsze zostawiałam to innym, chciałam zaoszczędzić sobie nerwów i wstydu.

Zmieniło się to, gdy zaczęłam jeździć sama, początkowo do Pana Wyrodnego, który był jeszcze wtedy moim chłopakiem, a potem stopniowo, stopniowo coraz więcej używałam auta. Zaczęłam jeździć na zakupy z mamą i siostrą, ale najbardziej uwierzyłam w siebie, kiedy pierwszy raz bez żadnej wpadki dojechałam na zajęcia na studiach podyplomowych do Warszawy! Ależ byłam z siebie dumna. Zajęcia trwały rok i przez ten rok przestałam bać się jeździć do stolicy.

Dzisiaj jeżdżę trochę mniej, bo nie mam takiej potrzeby. Do pracy dojeżdżałam i dojeżdżać będę pociągiem, ale zakupy czy odwiedziny u teściów to już inna para kaloszy. Za każdym razem kiedy wysiadam z auta mówię do Pana Wyrodnego: „Lubię jeździć! Prowadzenie samochodu sprawia mi przyjemność.”

Trzeba to przezwyciężyć

Widzicie co jest wspólnego na końcu każdego z akapitów? Przyjemność! Odkrywanie, że to co wydawało się sprawą beznadziejną, jest tak naprawdę w zasięgu mojej ręki. Co więcej jest przyjemne, a ja czuję dumę, że potrafię, że jednak spróbowałam, że nie zamknęłam się w sobie.

A Wy macie takie traumy niepozorne? Przemyślcie sprawę, zostawcie komentarz i otwórzcie się. Może uda się Wam je przezwyciężyć?

  • ~Emilia

    Powoli już głupio mi tak pisać ale…to kolejny post, pod którym przynajmniej w 2/3 mogę się podpisać rękami i nogami!
    Sport w szkole? Tragedia! Co prawda w liceum pół biedy jak nauczycielka pozwalała mi i koleżance wziąć piłkę i poodbijać do siebie z boku sali, ale odetchnęłam na studiach, kiedy mogłam z przyjemnością chodzić tylko na aerobic i nikt nie katował mnie siatkówką albo co gorsze – koszykówką. Za to rok przed ciążą było szaleństwo – mały osiedlowy klub fitness z cudowną atmosferą i karnet open, 3 razy w tygodniu tbc, fitball, zumba po 2 godziny dziennie…kto by pomyślał, że będę się tak zarzynać i jeszcze za to płacić z wielkim uśmiechem? Już czekam na powrót do dawnej aktywności, mąż twierdzi, że sam mnie wygoni 😉
    Gotowanie? Pamiętam jak mi witki opadły, kiedy od koleżanki w liceum usłyszałam „jak to nie umiesz gotować??? Przecież każda dziewczyna umie gotować!!!”. No nie, nie każda, z parą chromosomów XX nie wiąże się od razu gen gotowania – ja nie umiałam, nie miałam potrzeby, zresztą po co gotować tylko dla siebie, bo nikt inny moich zapiekanek/makaronów nie lubi i woli tradycyjną kuchnię? No ale później pojawił się ktoś, komu moja kuchnia smakowała, miał podobny gust, zachęcił do eksperymentów i się ruszyło, teraz mogę stwierdzić, że gotuję dobrze i już nawet ciasta z sukcesem piekę! I dosłownie mi skrzydła urosły, jak suszyłam zęby do udanego sernika a mąż na to „zawsze wiedziałem że umiesz, nie wiem czemu sama tak długo w to nie wierzyłaś!” 🙂
    No tylko samochód to trochę inna historia – długo mi zajęło, żeby w końcu prawko zrobić, ale jak zrobiłam to na samochód dosłownie się rzuciłam i wyrosłam na drugiego kierowcę po tacie, a i on chętnie w długiej trasie oddaje mi kluczyki, chociaż nie raz rodzina twierdziła, że „ona to jeździć nie będzie, za bardzo bojąca” 🙂
    Jedyny kompleks jaki został to śpiewanie – no chyba nic mnie nie przekona, że potrafię, nawet od śpiewania „100 lat” się migam jak mogę i na każdą Wigilię pocę się ze strachu, żeby ktoś nie wymyślił wspólnego kolędowania ;)No i dziecku kołysanek też śpiewać niestety nie będę 😉

  • Cześć Kochana. Mam dla Ciebie propozycję. Zapraszam Cię do polubienia na fb strony „MatkoBlogi” https://www.facebook.com/MatkoBlogi-1759598144259997/?ref=hl . Tam codziennie, spośród wpisów zamieszczanych na blogach parentingowych, wybierane będą najciekawsze i publikowane. Raz w tygodniu natomiast wybierany będzie tzw. „wpis tygodnia”, który będzie przypięty prze 7 dni na górze strony. Zachęcam, naprawdę warto! 🙂 Wystarczy w wiadomościach prywatnych wysyłać link do artykułu, któremu warto poświęcić uwagę.
    p.S.: Nie musisz zatwierdzać tego komentarza 🙂 ale do polubienia strony zachęcam serdecznie.

  • Doskonale pamiętam tę wuefistkę. I swoją niechęć do siatkówki, która zrodziła się w podstawówce także.

    Z gotowaniem i jazdą samochodem miałam podobnie. Cóż, nie jestem i nie będę drugą Magdą Gessler, Robert Kubica też ze mnie żaden. Przyznaję jednak, że najtrudniej było się zebrać do pokonywania swoich słabości i zmierzyć z mylnymi przekonaniami na swój temat. Teraz i gotowanie, i jazda samochodem sprawiają mi sporo przyjemności. A chyba o to w tym wszystkim chodzi, prawda?

    • wyrodna-matka

      Dokładnie tak! I jak się uda przezwyciężyć, to ma się taką wielką z tego satysfakcję. Przed samym sobą! To jest świetne uczucie.

  • Z tym wf to chyba sporo dziewczyn miało podobnie. U mnie też lalka uczyła i wiecznie siatka, które nie znosiłam. Jestem niska, nie mam pary w rękach i serwowanie zawsze było dla mnie udręką. Później na szczęście się to zmieniło i pomimo niskiego wzrostu świetnie radziłam sobie w kosza 😉

    • wyrodna-matka

      W ogóle mam wrażenie, że ten wf w szkołach, to jakaś nieprzemyślana porażka jest (a może była? może się to zmieniło?)
      Wf powinien umożliwić dzieciakom po prostu trochę ruchu, bez kompleksów, bez oceniania, tylko pokazać, że to fajne, że sprawia przyjemność, że każdy może znaleźć coś dla siebie. W zamian za to ocenia, porównuje, wpędza w kompleksy i wstyd. Wszyscy narzekają, że coraz mniej dzieci ćwiczy na w-fie, że załatwia sobie zwolnienia itd. Ale nikt nie doszukuje się przyczyny takiego stanu rzeczy.

  • Kompleksy miałam niemal identyczne, tyle że wciąż nie udało mi się ich przezwyciężyć. Na WF-ie wiecznie coś mi nie wychodziło i w końcu w liceum załatwiłam sobie „lewe” zwolnienie, bo nie mogłam w sobie tej blokady pokonać – do tej pory sporty zespołowe dla mnie nie istnieją. W gotowaniu nadal się nie odnajduję i robię tylko tyle, ile muszę ze względu na dziecko. A prawa jazdy nie mam, bo na samą myśl o siedzeniu za kierownicą dosłownie skóra mi cierpnie…Więc tak, te kompleksy zdecydowanie nadal we mnie siedzą – i mam duże wątpliwości, czy kiedyś się ich w ogóle pozbędę.

    • wyrodna-matka

      Chyba trzeba zacząć od zmiany nastawienia na pozytywne, że „tak, uda się”. A potem drobnymi kroczkami cieszyć się z przezwyciężania własnych barier. Wiem, wiem, to tylko mądrze brzmi, a trudniej z wykonaniem. Co do gotowania, to w sumie nie każdy musi lubić, z resztą tak samo i ze sportem i jazdą samochodem. Tak więc – nic na siłę.

  • Jeśli chodzi o zajęcia WF to chyba mamy jakąś zbiorową traumę, bo widzę, że większość komentujących niezbyt mile wspomina te lekcje. 😉 Ja WF polubiłam dopiero na studiach. Dziś uwielbiam aktywne spędzanie czasu, ale na wspomnienie WF ze szkoły nadal przechodzą mnie ciarki…

    Parę innych podobnych przeżyć też by się znalazło… Niby człowiek dorosły i potrafi spojrzeć obiektywnie i z dystansem, ale jednak tam głęboko w środku siedzi mała dziewczynka z dawnymi kompleksami…

  • To przykre, że źródłem wielu kompleksów często bywa jakieś zdanie obcej osoby i do tego rzucone zupełnie od niechcenia. Ten nauczyciel nie ma pojęcia, jak swoim głupim komentarzem negatywnie wpłynął na Ciebie. W ogóle co za pedagog z niego? Zniechęcać zamiast inspirować. Do d!

    Fajnie, że sobie z tymi rzeczami poradziłaś i czerpiesz z nich teraz przyjemność! Tak trzymać!

    • Starej daty człowiek 🙂 Pewnie przyzwyczajony do patriarchatu 🙂
      Ja myślę, że za mało się tłumaczy dzieciok (chociaż może trochę teraz się to zmienia), że nic nie trzeba, bo tak wypada (np. gotować, bo jesteś dziewczyną), tylko żeby być sobą. Nie gotowanie, to nie wiem – w szyciu można być super dobrym. Trzeba samemu dojść do tego, że bycie sobą jest najlepsze.

  • Dagmara Stolarczyk

    U mnie podobnie z tym wf-em. Lubiłam sport ale lekcje wf to masakra wlasnie przez siatkówkę. Do tej pory nie lubię a niestety była u nas najcześciej

    • Straszne! Ja myślę, że gdyby nie moja trauma ze szkolnych lat, prawdopodobnie lubiłabym grac w siatę…a tak to unikam tego jak ognia.

  • Anna Kot

    na szczęście na takie rzeczy jeszcze mam czas 🙂 pozdrawiam 🙂

    • Na jakie rzeczy? Na kompleksy ze szkolnych lat, czy na ich przepracowanie? Bo w sumie nie do końca zrozumiałam komentarz. Jeśli na kompleksy, to życzę Ci, żeby w ogóle ten czas nie nadszedł 🙂

  • Ze sportem miałam tak samo. Na szczęście teraz uwielbiam spoty ☺

    • Nie wiem o co chodzi, że ze sportem dużo osób tak miało. Coś jest nie tak z wuefem w podstawówkach 🙂

      • U mnie raczej problem był w gimnazjum i w liceum, bo 3 lata chorowałam i nie mogłam przez to ćwiczyć i dlatego, jak na ten WF wróciłam, to totalnie nie umiałam nic robić (siatka, koszykówka, noga itp). Oczywiście nauczycielka nie zadała sobie trudu żeby mnie poduczyć ze względu na wcześniejsze choroby. Tylko mi złe oceny dawała i ten przedmiot bardzo mi średnią zaniżał. Dla mnie to było straszne.

        • Bosz… mam nadzieję że i mentalność nauczycielek się zmieni, bo tutaj się wszystko zaczyna…

  • Oj wf w szkole to masakra! Do tej pory na myśl o koszykówce, czy siatkówce to mnie trzęsie :/ I tak jak mówisz lubię sport, jestem szczupła ale to maltretowanie całe godziny siatkówki mnie rozwalało tym bardziej miałam to samo z serwowaniem. Od góry no nie da rady i koniec… od dołu czasami doleciała 🙂 Niestety ludzie potrafią zniechęcić do wielu rzeczy które potem mogą okazać się naszą pasją. Dlatego nie warto oglądać się na innych… ale takie rozumowanie przychodzi z wiekiem..

    • Właśnie – trzeba dojrzeć do tego, bo nigdzie tego nas nie uczą. Ostatnio mam takie przemyślenie, że jako rodzic będę chciała takie myślenie zaszczepić w swoim dziecku. Podpowiadać mu co naprawdę jest ważne. Chociaż sama doświadczyłam jak ciężko jest być naprawdę w zgodzie ze sobą, gdy jest się w tym głupim, nastoletnio – gimnazjalnym wieku…

  • Z tym w-fem. Do tej pory się zastanawiam dlaczego dzieciaki nie mają żadnej możliwości wyboru. NIe każdy lubi wspomnianą siatkówkę czy koszykówkę (w którą u nas sie grało i czego nie znosiłam). Ale gdyby były zajęcia z tańca czy jogi… och to byłoby cudownie! Mam nadzieję ze moja córka będzie miała w szkole jakikolwiek wybór®…

    • Pewnie z wyborem w realiach polskich byłoby trudno – w szczególności w podstawówkach czy gimnazjach (na studiach tego dopiero doświadczyłam – super sprawa), ale jakby tak na każdych zajęciach robić co innego, żeby każde dziecko przekonało się co jest naprawdę fajne.. Jest tyle wspaniałych form ruchu a nie siatkówka, rzut piłką lekarską (źle wspominam) czy palantowa (równie źle wspominam).

  • Ja nienawidziłam wuefu. Miałam nadwagę i wrażenie, że nauczycielki się z tego śmiały, zamiast mi pomów. W podstawówce nauczycielka nie przejmowała się uczniami grubaskami, tylko z nich drwiła, a w szkole średniej uczyła nas była zawodowa sportsmenka, która wymagała od nas poziomu prawie profesjonalnego. W klasie mieliśmy dziewczyny, które od małego trenowały siatkówkę i pani z wuefu chciała, żeby reszta była taka jak one. Sport polubiłam dużo później.

    • Współczuję takich bezsensowych wuefów od samego początku… Mam nadzieję, że czasy się zmieniły i inaczej to na wuefach już wygląda…

Close