Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć pewną historię. Czy będzie z niej jakiś morał? Nie. Czy ponarzekam na polską służbę zdrowia? Trochę tak. Czy chcę się nią (historią) z Wam po prostu podzielić? Tak – i to jest główny powód dla którego ją Wam opiszę. Nie doszukujcie się jakiegoś drugiego dna, nie czytajcie między wierszami. To jest zwykła historia. Dzień jak co dzień.

W posylwestrowy poniedziałek poszłam grzecznie, jak pewnie większość z Was do pracy Malucha zostawiając standardowo z dziadkiem. Na ten dzień wypadła nam też wizyta księdza po kolędzie. Miał chodzić od 15:30, więc wyszłam wcześniej z pracy, żeby być wcześniej w domu i czekać. Wysiadając z pociągu zadzwoniłam do dziadka, że już może prowadzić Malucha do nas, bo i ja zaraz w domu będę. Nie chciałam tracić czasu, bo nakarmienie Malucha, poczekanie aż się pobawi, ubranie go i przejście do naszego domu nie trwa 10 minut (szok, co nie?), a tak mogłabym zrobić to wszystko w domu czekając na wizytę. Ale wracając do rozmowy telefonicznej: dowiedziałam się, że Młode jakieś słabe jest, jeść nie chce i gorączka, ale że przyprowadzą, oczywiście rozumieją sytuację.

Tak, wiem, że to weterynarz, ale jego mina pasuje mi tutaj idealnie. P.S. Z dzieckiem chodzę do pediatry, nie do weterynarza…

Czekamy na tego księdza i czekamy, Młode lata jakby miało motorek w d… Na chorego to mi nie wyglądał. Wysoki poziom energii zachował dość długo, bo jeszcze po wizycie księdza (19:20!) czuł się dobrze. Jednak im dalej w noc, tym było gorzej. Maluch chciał się tylko przytulać, a temperatura niebezpiecznie rosła. Bardzo słabo przespał noc, a ja równie słabo razem z nim. Gorączka dochodziła do 39 stopni i nie bardzo dawała się zbić Nurofenem, a Maluch ciężko oddychał i był taki słabiutki.

Rano, po konsultacji z Panem Wyrodnym postanowiłam, że nie pójdę do pracy, tylko zostanę z Maluchem. Jednym z argumentów było to, że Maluch bardzo mało jadł innych rzeczy, więc żeby się nie odwodnił fajnie by było, gdybym mogła mu podawać pierś częściej. Zostałam więc i zapisaliśmy się do lekarza. Byliśmy pierwsi w kolejce. Wizyta na godzinę 9:00.

Rano jak to rano – zawsze człowiek lepiej się czuje i Maluch również czuł się lepiej. W poczekalni zachowywał się jak zawsze radośnie i pełen energii. Pomyślałam sobie, że znów na darmo prowadzę zdrowe dziecko do lekarza. Pediatra, owszem, osłuchał, sprawdził uszy, brzuszek, jamę ustną i stwierdził, że nie wie, nie wie co mu jest i wysłał na badanie CRP. Niespełna trzy dni wcześniej pierwszy raz natknęłam się na ten termin w internecie, a tu już mi go zlecają. Nawet się ucieszyłam, że lekarz nie od razu przepisał antybiotyk, tylko postanowił zrobić badanie.

CRP… napisałabym Wam, ze to nic takiego. To takie badanie, gdzie nakłuwa się paluszek i zbiera tą krew do takiej rureczki, a następnie oznacza się z niej poziom Białka C-reaktywnego, który pozwala stwierdzić czy organizm zaatakowały bakterie (więcej Wam o nim nie napiszę, bo się na tym nie znam odsyłam do innych źródeł). Tak więc nie brzmi źle, nic takiego. Siedzę z Maluchem w zabiegowym, pani nakłuwa paluszek a Młode w płacz, krzyk i zaczyna się rzucać. Nie byłam w stanie go utrzymać, na szczęście Pani pielęgniarka sprytnie szybciutko zebrała krew. Tylko z przytrzymaniem gazika na paluszku lub zaklejeniem go było ciężko. Młode tak machało ręką, że jego krew była wszędzie. Na moich rękach, na Pani pielęgniarki rękach, na książeczce zdrowia itd.

W wielkim płaczu i na oczach wszystkich oczekujących pacjentów wyszliśmy z gabinetu. Usiadłam w poczekalni i podałam pierś (Dzięki Ci, Boże, że jeszcze nie odstawiłam!). Młode się chwile uspokoiło, ale nadal było trochę na mnie złe, że pozwoliłam mu zrobić taką krzywdę. Nie było niestety czasu, żeby mu wytłumaczyć co się będzie działo. Bardzo tego żałuję, bo mogłam chociaż chwilę na to poświęcić, ale wszystko działo się tak szybko, że nawet nie pomyślałam. Po 5 minutach dostaliśmy wynik badania CRP. Niestety, wyszło dość wysokie, ale cieszyłam się, że już po traumie. Z wynikiem tym po raz kolejny weszłam do gabinetu lekarskiego. Pediatra spojrzał i lekką ręką skierował nas na morfologię krwi i badanie ogólne moczu. Przy tym wszystkim stwierdził, że oba badania są pilne. „Krew, to jeszcze zdążycie dzisiaj oddać, bo pobierają do 10:00, po 13:00 będą wyniki, ale mocz, który też pilnie trzeba zrobić, to sobie pojedźcie do Pruszkowa, tam robią od ręki, to jeszcze dziś zdążycie wrócić z wynikami. Jestem do 15:00”.

Po pierwsze załamałam się, że Malucha czeka druga trauma  – pobieranie krwi. „Zakłucie w paluszek w porównaniu z normalnym pobraniem krwi, to pikuś. Teraz się dopiero zacznie..” – pomyślałam. Po raz kolejny wylądowaliśmy w zabiegowym. Ja przystawiłam Malucha do piersi, jedna pani trzymała jego rączkę, druga pobierała krew. Krzyk, pot i łzy były. Ja byłam zdruzgotana tym, że Maluch musiał przejść po raz kolejny taką traumę. I że ja, jego mama, na to pozwoliłam… 🙁 Paradoksalnie krew udało się pobrać sprawniej niż tą do oznaczenia CRP. Teraz zostało nam tylko złapanie moczu.

W międzyczasie miałam też zagwozdkę jak to zrobić, żeby pojechać do tego Pruszkowa z próbką. Autem Pan Wyrodny dojeżdża do pracy, nie miałam więc tej możliwości, żeby jechać sama. Mojego taty nie chciałam wysyłać, bo nie byłam pewna czy dobry adres laboratorium usłyszałam od lekarza. W razie co ja bym sobie poradziła ze znalezieniem innego miejsca, mój tata nie bardzo. Jechanie razem z Maluchem odpadło na samym początku. Chore, marudne i po przeżyciach z pobieraniem krwi dziecko nie powinno być narażone na kolejne zawirowania. W ruch poszedł więc telefon i moja rozpaczliwa prośba, żeby Pan Wyrodny wyszedł wcześniej z pracy i przyjechał. Sprawa pilna. Udało się.

Ale wróćmy do łapania moczu 🙂 Jeśli nie próbowaliście nigdy tego zrobić u małego dziecka, to nie wiecie jak bardzo jest to trudne. Oszczędzę Wam wnikliwych opisów. Skończę tylko na tym, że mocz zbiera się do woreczka, który trzeba przykleić w wiadomym miejscu. My czekaliśmy na to, aż uda się zebrać niezbędne minimum bardzo długo. W tym czasie non stop podawałam Maluchowi pierś na zmianę z piciem z kubeczka. Nie był za bardzo chętny do współpracy. Włączyliśmy więc piosenki dla dzieci, które zawsze pozwalają go chociaż trochę zająć. Czas leciał, a my nadal nie mieliśmy próbki. W końcu udało się ją zebrać. Była godzina 13:15. Przypominam: do 15:00 mieliśmy czas.

Biegiem popędziliśmy do samochodu, a do laboratorium (okazało się, że dobrze zapamiętałam adres) dotarliśmy o 13:45. Badanie ogólne moczu robi się od ręki i kosztuje ono 10 zł. Pani kazała przyjść za godzinę po wynik (byłaby 14:45 – przez 15 minut nie udałoby się nam wrócić do domu). Cudem wybłagałam, żeby wynik gotowy był 15 minut wcześniej. Tego dnia nie miałam nawet czasu, żeby zjeść normalne śniadanie, więc wymusiłam na Panu Wyrodnym, szybką wizytę w Macu – był w okolicy, a my i tak nie mielibyśmy co robić w tym czasie. Do laboratorium wróciliśmy o 14:20. Odczekaliśmy 5 minut, dla przyzwoitości i poszliśmy odebrać wynik. Był gotowy! Znów biegiem popędziliśmy do auta i w drogę do przychodni.

Zadzwoniłam też do mojej mamy, aby odebrała wyniki krwi z naszej przychodni, żebym nie traciła już na to czasu. Kiedy wreszcie wbiegłam do przychodni i zobaczyłam moją mamę koczującą przed gabinetem kamień spadł mi z serca. Udało się! Była 14:55. Dodatkowo mama uspokoiła mnie, że jeszcze jedno dziecko jest w gabinecie, a przed gabinetem też czeka Pan z wynikami, tak jak ja. W tym momencie pomyślałam sobie, że mam jednak w życiu szczęście.

Kiedy z gabinetu wreszcie wyszedł pacjent, to drugi Pan (ten z wynikami) zaatakował gabinet i tak szybko jak wszedł, tak samo szybko wyszedł. Pytam zdziwiona, czy to już, na co Pan mówi: „Tam nikogo nie ma”. „O ja !@#$%^&*())(*&^%$#@!” – pomyślałam, to chyba jakiś żart. Biegnę do recepcji, pytam, a Pani wielce zdziwionym głosem mówi do mnie „No przecież lekarza już nie ma, na pewno nie ma. Wszyscy pacjenci się zgłosili, nikt mi nic nie mówił!” Jakbyście zareagowali? Chwilę wcześniej, od tej samej Pani moja mama odbierała wyniki i mówiła, że córka już jedzie z kolejnymi, żeby przedstawić je lekarzowi. To pozostawię bez komentarza.

W całym tym zamieszaniu jedna Pani poczuła się w obowiązku coś jednak z nami (mną i tym drugim Panem) zrobić. Wyniki zobaczyła inna Pani lekarz, ale od niej dowiedziałam się tylko i wyłącznie tego, że wynik moczu jest prawidłowy, a podwyższone wynik CRP w krwi (ten z morfologii, nie z paluszka) może być, bo dziecko gorączkuje, ale nie może mi nic więcej powiedzieć, bo nie widziała dziecka. W odruchu jakiejś wielkiej łaski Pani z recepcji pozwoliła mi jeszcze tego samego dnia zapisać się na wizytę u pediatry w dniu następnym (normalnie nie robią tego, rano stoi się w kolejce po numerek).

Podsumowując: naraziłam moje dziecko na podwójny (jak nie potrójny) stres, wzięłam wolne, zaangażowałam Pana Wyrodnego, jego dziadka, babcię, jechałam do Pruszkowa i wracałam w wielkim pośpiechu tylko po to, żeby z kompletem wyników w ręku odbić się od ściany. Nie dostałam żadnego zalecenia, nie udało mi się tez otrzymać zwolnienia na chorobę dziecka, bo wszystko to miało być już po obejrzeniu wyników. Całe szczęście, że wieczorem Maluch postanowił zwymiotować i wyrzucić z siebie całe zło, które w nim siedziało. Po tej akcji gorączka znikła, a Młode poczuło się lepiej. Ja zostałam z nim jeszcze jeden dzień, ale wizytę odwołałam. Dziecko było już zdrowe.

Kurtyna.