Pora na ciąg dalszy naszych biblioteczkowych szaleństw. Były już książeczki rozwijające zmysł słuchu, były też książeczki kontrastowe, dzisiaj przyszedł czas inny zmysł – dotyk. Na rynku dostępna jest cała gama ciekawych książek dotykowych dla Maluchów. My przedstawimy Wam cztery z nich, w których posiadaniu jesteśmy.

Dwie to nasze rodzime pozycje, a dwie to zagraniczni goście. Osobiście bardzo lubię je przeglądać, możliwe, że lubię je bardziej niż sam Maluch. Może po prostu musi do nich dorosnąć. Przed Wami cztery książki rozwijające zmysł dotyku.

 Ksiazeczki

Seria Dotknij mnie „Kolorowe zwierzaki” i „Dzieci zwierząt”

Pierwsze dwie książeczki to seria „Dotknij mnie” wydawnictwa Wilga. Oprócz „Kolorowych zwierzaków” i „Dzieci zwierząt” w serii znajdują się jeszcze dwie książeczki („Zwierzęta na wsi” i „Dzikie zwierzęta”). W dyskoncie książkowym Aros.pl kosztują około 8,50 zł za sztukę co jest bardzo korzystną ceną.

Już sama okładka zdradza nam co możemy znaleźć w środku. Nie jest gładka, ale ma ciekawe w dotyku rowki i wgłębienia (chociaż dopiero w środku jest ich na prawdę sporo). Widać to trochę na poniższym zdjęciu pod światło.

„Kolorowe zwierzaki”, to proste rysunki zwierząt, które oprócz ciekawej w dotyku faktury mają również za zadanie uczyć dzieci kolorów. I tak na przykład ośmiornica jest czerwona, ptaszek jasnoniebieski, a ryba fioletowa. Przy każdym zwierzęciu znajduje się podpis z kolorem. Faktury też są różnorodne, bo mamy kropeczki, paseczki, łuski ryby, czy śmieszną sierść małpki.

„Dzieci zwierząt” są już bardziej skomplikowane, bo oprócz rysunków zwierząt z podpisami, mamy obok „scenkę” z życia, gdzie jest zwierzak-dziecko wraz ze swoim rodzicem. Mi osobiście bardziej podoba się ta pozycja, ponieważ faktur jest w niej więcej i są fajniejsze. Poza tym rysunki są przepiękne. Uwielbiam pingwinka (którego nie uwieczniłam na zdjęciu).

Z tą serią mam taki problem, że ja ją uwielbiam, a Maluch jakoś słabo zwraca na nie uwagę. Często sam przynosi nam książeczki do poczytania i chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby przyniósł którąś z tych dwóch. Pisząc te słowa postanowiłam bardziej go nimi zainteresować.

Seria Touch and feel „First words”

Książka wyszukana w TK MAXX (którego dział dziecięcy i papierniczy polubiłam od niedawna), więc jest w całości angielskojęzyczna.

Początkowych (językowych) wątpliwości wyzbyłam się po zobaczeniu już pierwszej strony w środku. Materiały zamieszczone w „First words” zawładnęły moim sercem. Uważam, że są absolutnie genialne. Poprawcie mnie, ale chyba nie ma polskiej pozycji książkowej, która by zawierała w sobie taką różnorodność.

Znajdziemy tu tekturę falistą jako dach domu.

Mamy sierść na łatkach kota.

Mamy też pluszowy brzuszek misia.

Po kilku minutach spędzonych na dotykaniu stron zupełnie nie zwraca się uwagi na to, że jest obcojęzyczna. Co więcej, w przyszłości może to ułatwić Maluchowi naukę podstawowych angielskich słówek (w końcu to „First words”).

Książka wydana jest przez Priddy books, a jej cena na okładce to około 5 funtów. W TK MAXX wszystkie tego typu książki kosztują około 17 zł. Mój wewnętrzny skąpiec przymyka na to oko, bo ma niezłą zabawę przeglądając książkę. Ale ważniejsze jest to, że Maluch uwielbia przeglądać tę książkę i doskonale wie który element jest „inny” w dotyku.

Touch and feel „Jungle”

Kolejna książka „touch and feel”, ale jak się okazuje tak się nazywają chyba wszystkie książeczki dotykowe wszystkich wydawnictw z Wielkiej Brytanii. Ta książka wydana jest przez wydawnictwo Top That! Publishing Ltd. Niestety nie znam jej ceny okładkowej, natomiast w TK MAXX, standardowo kosztowała około 17 zł.

Jak się pewnie domyślacie, książka jest w języku angielskim i nie zawiera w sobie pojedynczych słów, tylko historię tygryska, który szuka swojego przyjaciela – lewka. Szukając go trafia wciąż na nowe zwierzęta, których futer i skór możemy dotknąć. Przyznam szczerze, że gdyby nie skóra słonia, to pewnie zostawiłabym książkę na półce, ale ona jest taka przyjemna! Popatrzcie na zdjęcia.

W przypadku tej książki, podobnie jak w poprzedniej, „angielskojęzyczność” traktuję jako atut i dodatkową możliwość wykorzystania w przyszłości w ramach nauki języka (nie wyobrażam sobie Malucha nie mówiącego po angielsku w przyszłości). Maluch również wykazuje ogromne zainteresowanie tymi przyjemnymi w dotyku futerkami, tylko chyba mojego słoniowego entuzjazmu nie podziela.

Jak już wspomniałam gdzieś wyżej, w Polsce nie spotkałam takich fajnych książeczek dotykowych jak te zagraniczne, dlatego namawiam do szperania na półkach TK MAXX-ów – robi się ich coraz więcej w Polsce. Warto przychodzić co jakiś czas, bo już wielokrotnie myślałam, że jakaś okazja uciekła mi sprzed nosa, a po tygodniu znów pojawiły się książeczki na półkach. Ale wracając do samej idei książek dotykowych – uważam, że to świetny sposób, na stymulowanie zmysłu dotyku, a dzieci je wprost uwielbiają.

Jeżeli macie jakieś fajne książki dotykowe (najlepiej te dostępne w Polsce), to koniecznie napiszcie mi o nich w komentarzu. Może uzupełnię biblioteczkę Malucha o kolejne pozycje.

Close