Jeśli spróbujecie wyguglować skrót DKP, to wyniki mogą Was zaskoczyć. Mnie zaskoczyły, bowiem skrót ten oznacza na przykład „Dragon kill points” (what the f….?) lub „Deutsche Kommunistische Partei” (rany julek!). Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli powiem, że dzisiaj nie będę pisać o żadnym z nich.

DKP oznacza w moim świecie długie karmienie piersią. Zaczynając pisać ten post byłam pewna, że ja się już do matek dkp zaliczam – karmię prawie 2 lata. Ale, okazuje się, po zasięgnięciu opinii na blogu Hafiji czy u Agnieszki Stein, że podobno do 2 lat, to jeszcze społeczeństwo nie traktuje wcale jako długie. Kłóci się to trochę z tym, co coraz częściej odczuwam wśród znajomych (głównie tych dalszych, tych co mnie za dobrze nie znają). Oni traktują mnie już jak kosmitkę.

Słowniczek, na potrzeby tego postu:

  • dkp – długie karmienie piersią
  • kp – karmienie piersią
  • mm – mleko modyfikowane

Geneza wyrodnej matki DKP

Statystyczna polka – co ona wie o karmieniu niemowląt? Nic. Takim oczywistym równaniem jest, że dziecko + jedzenie = butelka. Obraz powszechny, codzienny, NORMALNY. Byłam taką statystyczną polką długo. Za długo. W pracy trafiłam po raz pierwszy na matkę – kosmitkę, dokładnie taką, jaką ja jestem teraz, karmiącą syna 2 lata. Wtedy, nie mając jeszcze w głowie tych tysięcy przeczytanych słów o karmieniu, byłam niemal pewna, że u niej to leci już sama woda i że jakaś dziwna jest. Bardzo jest mi teraz wstyd, za tamte moje myśli. Powinno mi przez to być łatwiej zrozumieć postrzeganie mojego karmienia przez innych…niestety nie jest mi łatwiej. Ja się wkurzam. Taki mam charakter (nie nawidzę go!).

Ale, wróćmy do tematu. Powtarzam to często i każdego tam odsyłam, ale dziękuję losowi, że wpadłam na bloga Hafija.pl. Wpadłam, zafascynowałam się i zostałam… na zawsze. Owszem, pewnie można zarzucić Agacie „laktaterroryzm” (wiele osób tak mówi, ale jak tak tego nie odbierałam), stygmatyzację mleka modyfikowanego i traktowanie kp jako jedynej słusznej drogi, ale na miłość Boską, ktoś to musi robić! Bo inaczej zaleje nas (nieraz ukryty) marketing firm produkujących mm. Ona, jedna z nielicznych ma odwagę, wiedzę, siły i chęci, żeby walczyć o to, żeby kobiety posiadły WIEDZĘ!

Znów odbiegłam od tematu. Już wracam. Tak więc sama, przez nikogo nie namawiana, nie nakierowana, zaczęłam zdobywać wiedzę dotyczącą karmienia. Odkryłam, że matka-kosmitka z mojej pracy, to kobieta, która wie więcej niż przeciętna polka. Chwała jej za to. Od końca drugiego trymestru ciąży, a już na pewno od trzeciego byłam PEWNA, że będę karmić piersią, byłam też niemal pewna, że będę dkp. W związku z tym w Maluchowej wyprawce butelka miała się nie znaleźć. Tak samo jak sterylizatory i inne cuda na kiju. Zakup butelki wymusiła na mnie trochę moja mama, więc wybrałam  najtańszą plastikową, dla świętego spokoju. Zupełnie nie spodziewałam się, że będę ze swoim karmieniem miała tak duże problemy i będę musiała tej butelki przez kilka dni użyć. Pokonanie tych problemów, mając w głowie wszystko co pisała Hafija, było dla mnie nie lada próbą charakteru. Za osobisty sukces uważam fakt, że nam się udało. Stwierdziłam wtedy, że skoro nie dostaliśmy lekkich początków kp, że trzeba było to sobie wywalczyć, to teraz marnotrawstwem mojego wysiłku byłoby zrezygnowanie z karmienia. I tak, w mojej głowie zamieszkał obraz Matki Wyrodnej Długo Karmiącej.

Życie i twórczość

Więc jak wygląda życie matki dkp? Dla mnie to nieustanna sinusoida i miotanie się pomiędzy „wiem, że robię dobrze”, a „tak bardzo bym chciała, ale nie mogę”… Co w skrócie oznacza: zdecydowałam świadomie, że chcę długo karmić, wiem, że daję Młodemu to, co najlepsze, ale tak bardzo chciałabym beztrosko wyjść gdzieś bez dziecka, ze znajomymi, tak bardzo chciałabym przesypiać całe noce…

Jak wspomniałam wyżej, to była moja świadoma decyzja, poprzedzona sumiennym pozyskaniem wiedzy oraz walką o to, żeby się udało. Powinnam więc znosić ją razem z całym jej „dobrodziejstwem” z uśmiechem na ustach – przecież właśnie tak chciałam. Przez większość czasu tak było, nadal tak jest. Jednak coraz częściej czuję, że mi to przeszkadza. Pół biedy, kiedy byłam na macierzyńskim, wtedy żyłam tematem dziecka. Teraz jest trochę gorzej. Wróciłam do pracy, w której większość znajomych nie ma dzieci, a reszta ma już duże i odchowane. Owszem, okazało się, że 4 kolegów spodziewa się potomka w tym roku. Ale to są faceci! Faceci, którzy nigdy nie będą karmić piersią i nigdy mnie nie zrozumieją, faceci, którzy nadal będą uczestniczyć w wyjściach na piwo. Tak więc, teraz ja wzięłam na siebie rolę kosmitki, która karmi tak duże dziecko, nie pije alkoholu (od… matko, nie wiem ile już czasu) i nie może iść na pracowe integracje po godzinach.

Mój dzień, dzień korpomatki dkp, zaczyna się o 5:20 pierwszym budzikiem, a następnie jeszcze dwoma w dziesięciominutowych odstępach. Wstaję o 5:40, szykuję się do pracy i jem śniadanie. Czasami uda mi się wyjść z domu przed obudzeniem się Malucha. Znacznie częściej Maluch budzi się gdzieś w środku mojego śniadania i pierwsze kroki kieruje oczywiście do mnie, wiadomo po co – po pierś. Czasami w związku z tym nie udaje mi się zdążyć na wcześniejszy pociąg. Staram się nie siedzieć w pracy dłużej niż moje „ustawowe” 8,5 godziny, bo wiem, że im później wrócę tym gorzej będzie dla Malucha. Jestem w moim miasteczku najczęściej około 17. Idę do moich rodziców, gdzie przebywa Maluch. Najczęściej trafiam na koniec jego drzemki, ale potrafi nam też zrobić niespodziankę i spać np. do 18… Później jest długa sesja karmienia (bo i Maluch stęskniony i mleka dużo), sesja rozbawienia, biegania i szaleństwa, a potem narzekania i płaczu, że trzeba się ubrać i iść do domu. W najlepszym przypadku jesteśmy u nas o 18. W ekstremalnych zdarzyło nam się wrócić o 20. Bardzo trudno jest jeszcze coś wieczorem wcisnąć w grafik. Mam poczucie, że każde wyjście na bieganie czy łyżwy jest „wyrwane” i wiąże się z tym, że tego dnia nie ugotuję lub nie posprzątam, a już na samym końcu priorytetów jest napisanie czegoś na bloga. Trzeba mądrze wybierać i znaleźć balans.

Wątpliwości

Coraz częściej nachodzą mnie wątpliwości czy powinnam dalej ciągnąć karmienie piersią. Coraz częściej mam takie myśli, że karmienie mi przeszkadza i mnie denerwuje. Być kosmitką wśród znajomych, to też nie jest najbardziej komfortowa sytuacja, w której człowiek chce się znaleźć. Mam dość tego, że jak jesteśmy gdzieś wieczorem (impreza, wizyta u dziadków itd), to muszę karmić młodego. A nie jest dla mnie komfortowym pokazywanie dekoltu, czy, czasami się zdarzy, piersi. Kryjemy się jak możemy, ale nie zawsze się da, a czasami wiąże się to z siedzeniem w innym pomieszczeniu i ominięciem rozmów…niefajnie.

Mam później wyrzuty sumienia, że tak myślę, przecież sama tego chciałam, sama wybrałam, zdecydowałam. I znów czytam Hafiję, blogi o karmieniu piersią i inne grupy fejsbukowe i znów upewniam się, że robię dobrze… a później znów mam dość… Kolejna sinusoida.

Marzenia

O czym marzy matka dkp? Chyba o tym, żeby trochę poczuć wolności. Żeby było tak, że do usypiania nie zawsze była potrzebna mama, żeby przytulenie taty też wystarczyło. O tym, żeby poszaleć na jakiejś imprezie, potańczyć. O grzanym winie, o tym, żeby wieczorne wyjścia na bieganie czy łyżwy były bez poczucia winy. O tym, żeby odstawienie od piersi było łatwiejsze. Żeby syn nagle przestał być takim „piersioholikiem”. Patrząc na niego dzisiaj mam wrażenie, że samoodstawienie jeszcze długo nie będzie wchodzić w grę. Kiedy pierś staje się jedynym lekiem na całe zło, na upadki, problemy, głód, płacz… to mam poczucie, że nie stanie się to nigdy. Wreszcie, jeśli nie da się tego przeskoczyć, jeśli nie da się tak łatwo dziecka odstawić, matka dkp marzy o tym, żeby szeroko rozumiane otoczenie (znajomi, koledzy z pracy, rodzina) wykazało jedynie zrozumienie. Żeby nie wypytywało i, wreszcie, żeby nie traktowało mnie jak kosmitki, bo i bez tego czuję się czasem jak „wyrzutek”.