*) Tak, mimo swoich 29 lat uważam siebie za jeszcze młodą osobę  :mrgreen:

Nie jestem córką prezesa, o czym nieustannie Wam przypominam. Nie urodziłam się w bogatym domu, nie mam ustawionego życia już na starcie, ale uczciwie żyję, pracuję, staram się wychować dziecko. Co z tego, że uczciwie, kiedy patrząc w przyszłość nie czuję nic innego jak… niepokój. Co to będzie? Czy damy radę finansowo? Czy będziemy mieli pracę? Kiedy starać się o kolejne dziecko? Czy będziemy mieli za co żyć na emeryturze? Nie ma nic pewnego na tym świecie i to mnie właśnie przeraża.

Chcesz znaleźć pracę? To się naszukasz…

Jesteś młody, zdolny, studiujesz. Wszędzie na uczelni trąbią o tym kim to możesz nie być po magisterce (inżynierze, licencjacie), roztaczają wizję świetlanych karier, godnych zarobków już na starcie. Kończysz studia i nagle: BAM! Zderzenie z rzeczywistością. Praca nie leży na ziemi, nie czeka na Ciebie, nikt się nie bije o absolwenta (nawet państwowej uczelni). Szukanie pierwszej pracy to długi i mozolny proces. Bierzesz udział w kilku rozmowach kwalifikacyjnych, w kilku testach, a i tak na koniec okazuje się, że trafisz tam, gdzie ktoś akurat o Tobie szepnął słówko, podrzucił CV, poleca Ciebie. Aktualnie pracę najszybciej znajdą Ci związani z branżą IT, reszta będzie miała szczęście, jeśli będzie pracować w wyuczonym zawodzie (za godne pieniądze, bo klikerem za 1 000zł miesięcznie możesz być od ręki). Mam żywy na to przykład w domu. Oboje z Panem Wyrodnym jesteśmy po geodezji. Studia dzienne, państwowa uczelnia, tytuł mgr inż. z oceną bardzo dobry. Ja nie pracuję w swoim zawodzie, pracuję w branży IT, Pan Wyrodny geodezjuje. Zgadnijcie kto lepiej zarabia i kto jest bardziej zadowolony ze swojej pracy?

Praca, życie… pensja, wydatki… bilans wychodzi na zero

No ale masz już pracę, podoba Ci się, tylko zarobki pozostawiają sporo do życzenia. Ja jestem zadowolona z mojej pracy i ze swoich zarobków, ale nie mam możliwości, żeby naprawdę sobie zaoszczędzić. Żyjemy blisko stolicy, ja tam pracuję, więc zarobki podobno też mam wyższe niż w innych częściach kraju. Co z tego, skoro życie też kosztuje więcej. Póki nie zaczęłam sama prowadzić domu nie byłam świadoma ile wydaje się miesięcznie na samo jedzenie.  A co z resztą? Rachunki, ubrania, ewentualne lekarstwa? A dziecko? Pieluchy, ubranka? Robimy z Panem Wyrodnym eksperyment od dłuższego czasu: on nie rusza swojej pensji, a z mojej pensji idzie na wszystko: jedzenie, rachunki, życie. Wiecie, że ciężko dotrwać do końca miesiąca bez zaciskania pasa? Czasami muszę prosić męża o zapomogę. O kupieniu dla siebie czegoś nie planowanego możemy tylko pomarzyć. A i oszczędności roczne (te z mężowej pensji) też pozostawiają wiele do życzenia… I jak tu odłożyć na przyszłość?

Dziecko pierwsze… a potem kolejne?

Zacznijmy od tego, że kobiety już na starcie mają gorzej. Pracodawcy nie lubią zatrudniać młodych kobiet, bo to wróży urlop macierzyński, który kompletnie im się nie opłaca. Ale dajmy na to, że udało się tą pracę znaleźć, zegar biologiczny tyka, a Ty chciałabyś powiększyć rodzinę o dziecko. No i zaczyna się lawina wątpliwości: Jak zareaguje pracodawca? Czy po powrocie z urlopu macierzyńskiego będzie dla mnie miejsce w firmie?  Czy po roku przerwy nie wypadnę z „obiegu”? Czy poradzę sobie potem w pracy? Naprawdę miałam duże szczęście, że trafiłam do firmy, w której dziewczyny wracają z macierzyńskiego i zawsze mają swoje miejsce i coś do roboty. Dla mnie problemem jest to, że boję się wypaść z obiegu. Mam wrażenie, że wszyscy poszli do przodu, dużo więcej się nauczyli i rozwinęli, a ja siedzę w domu i pachnę.

Ale jest też zupełnie inna strona medalu. Urlop macierzyński trwa pół roku, potem urlop rodzicielski kolejne pół, w sumie mamy rok na odchowanie dziecka. Rok to dużo w porównaniu np. z macierzyńskim w innych krajach. Rok to mało, jeśli na serio chce się to dziecko odchować, wychować, „wystartować” po swojemu. Daleko przykładu szukać nie trzeba: postanowiłam według zaleceń WHO, że będę karmić wyłącznie piersią przez pierwsze pół roku życia dziecka, a następnie karmić piersią (wprowadzając stałe pokarmy) minimum dwa lata. Patrzę z niepokojem na to jak będzie wyglądało karmienie piersią gdy już wrócę do pracy. Wiem, że się da, bo znam osobiście takie przypadki. Jestem też bardzo uparta i jak sobie coś postanowię to do tego dążę (karmienie piersią wywalczyłam pomimo zapalenia piersi), ale może być ciężko. A co z dziewczynami, które chcą wrócić do pracy po pół roku? Im trudno będzie zacząć rozszerzać dietę po 6 miesiącu skoro nie będzie ich w domu… Powiecie mi: „Spoko, nie wracaj do pracy po roku, możesz iść na wychowawczy, odchowasz sobie dziecko i wrócisz”. No niestety, nie możemy pozwolić sobie na życie z jednej pensji, tego sobie nie wyobrażam. A z kolejnym dzieckiem (Bo chcę! Bardzo chcę!) też nie będzie tak łatwo. Muszę wyliczyć sobie kiedy kończy mi się umowa, podpisać kolejną i dopiero zacząć o tym myśleć… A wspomniany wyżej zegar biologiczny tyka…

Coś swojego (mieszkanie, działka, dom)

No i tutaj dochodzimy już do tematu, który spędza Państwu Wyrodnym sen z powiek. Zaskoczę Was, ale nie urządza nas za bardzo nasze 35 m ^2 mieszkania. Jeden pokój pełniący funkcję salonu, sypialni, pokoju dziecięcego. Musimy zacząć działać w kierunku rozszerzenia metrażu, póki Maluch mały i póki drugiego dziecka jeszcze nie ma. Ta myśl przeraża mnie najbardziej ze wszystkich wspomnianych powyżej. Ceny mieszkań, ziemi, budowy i wykończenia domu są tak ogromne, że nawet nie chce mi się o nich myśleć. Pan Wyrodny trochę zaczyna ogarniać temat: dużo czyta, dużo dowiaduje się, dopytuje znajomych. Temat budowy domu wisi nad nami jak chmura gradowa, bo wizja takiej inwestycji jest dla mnie zwyczajnie straszna. Jak pisałam powyżej, oszczędzić nie bardzo się da. Budowa domu wiąże się więc z wzięciem kredytu i spłacaniem go przez kolejne 30 lat. Przez 30 lat, w trakcie których możemy stracić pracę, możemy (tfu tfu) zachorować, może coś się stać. I co wtedy? Nie ma nic pewnego na tym świecie.

 

Rozumiecie już czemu przyszłość bardziej mnie przeraża niż fascynuje? A jakie są Wasze odczucia? Może nie taki diabeł straszny? Ja się powolutku zaczynam przyzwyczajać do myśli o kredycie i budowie domu… Zobaczymy jak to będzie…

  • ~Emilia

    Ech, jakbym o sobie (czy raczej – o nas) czytała! Potomstwo jeszcze w brzuchu a my już analizujemy co później z pracą, gdzie iść, żeby trochę lepiej zarobić, kiedy kolejne dziecko? Iść gdziekolwiek, byle płacili więcej a dopiero po drugim szukać tej „wymarzonej” pracy? Czy od razu szukać „tej” a potem kombinować i liczyć czas i umowy, żeby decydować się na drugie? I co z mieszkaniem, jak długo damy radę w naszym? Czy dostaniemy większy kredyt na budowę? Oj, masz rację – my młodzi mamy nie lada ból głowy o przyszłość swoją i dzieci, nawet tych dopiero planowanych!

    • wyrodna-matka

      To znaczy, że nie tylko ja mam takie odczucia… Z tego zamartwiania się to osiwieć można.

  • ~tupotam.pl

    Juz na fanpagu napisałam, ale muszę jeszcze tu. Matki mają przechlapane, bo pracodawcy nie ułatwiaja im powrotu i nie daja możliwości pogodzenia dwóch ról społecznych- natury i ambicji. Faktem jest, że ogólna wizja matki-pracownika to jedno wielki L4 na dziecko, ale nikt nie pomyśli o tym, że taka kobieta ma większa motywacje do pracy i poczucie obowiązku. A co do metrażu- ciąg przyczynowo skutkowy. Brak $ na emerytury, bo mały przyrost naturalny, bo za mało $ na życie. I jak z tego wyjść?

    • wyrodna-matka

      Błędne koło :/ Młode matki muszą być twarde w życiu.

  • ~Emilia

    Oj, nie Ty jedna! Z kim bym nie rozmawiała to ma takie rozkminy! Mnie najbardziej złości, że przez 2 lata pracowałam w firmie, w której przez jakiś czas matkom naprawdę nie było źle – na macierzyńskim dało się dorobić dłubiąc coś w domu, wracać było gdzie, bo szefowa właśnie z tych co wiedzą, że matka w 8 godzin wyciśnie z siebie wszystko bo nie może pozwolić sobie na nadgodziny czy branie pracy do domu, a jak dziecko chore to dawało radę właśnie wziąć pracę do domu i nie brać zwolnienia. No i w tych czasach płaciła całkiem nieźle…już miałam nadzieję, że oto znalazłam świetne miejsce na zakładanie rodziny, kiedy nastały złe czasy dla polskiej geodezji – pensje poleciały w dół, roboty brak, w końcu i firma się skończyła, a raczej zmieniła ciut nazwę i preferowany profil pracownika na zaocznego studenta pracującego za grosze na umowie o dzieło, który nie będzie marudził na pracę zmianową, a jeszcze i w weekend przyleci aby do tych groszy dorobić. A moja obecna firma już niestety taka przychylna nie jest, więc i wracać się nie chce, a w powrót „złotych czasów geodezji” za bardzo nie wierzę.

    • wyrodna-matka

      Też już nie wierzę w geodezję… szkoda tylko tych lat na studiach. Ja tam z geodezji mam męża, to jedyny plus. Przebranżowić się trzeba koniecznie i elastycznym być… To już nie te czasy, że jak mój tata: całe życie w jednej firmie :/

  • ~Emilia

    A tu powstaje kolejny ból głowy dla niejednego pracownika „na rozdrożu” – nie tylko matki obecnej lub przyszłej, którą kiedyś czeka powrót do pracy – czy ja w ogóle umiem coś innego niż zawód wyuczony i znajdę coś w innej dziedzinie? Przebranżowić się – chętnie, ale co da kolejny papier, bez doświadczenia, a czy bez papierka za to z chęciami do nauki i otwartą głową ktoś nas zechce? Jak to mówią – jak się nie obrócisz d… z tyłu!

    • wyrodna-matka

      No, czyli jak napisałam pozostają znajomości, jakieś podrzucenie CV, polecenie innych… Na słowo honoru nikt nie przyjmie do pracy.

  • Niestety nie napiszę niczego pocieszającego czy optymistycznego, ponieważ moje odczucia są dokładnie takie same – kropka w kropkę, przecinek w przecinek. Jedynie metraż mamy trochę większy („aż” 65 metrów kwadratowych), ale co z tego, skoro na kredyt, który spłacimy pewnie za jakieś 30 lat?

    • wyrodna-matka

      I straszno i smutno. Ale mimo wszystko przydałby mi się nawet taki metraż jak Wasz. Od kredytu nie ucieknę.. :/

  • takie niestety smutne polskie realia… ja doszłam do momentu, że bardzo chciałabym zajść w ciąże (drugą – w domu mam 3-latka), ale mąż stanowczo protestuje, dopóki nie powiększymy metrażu. Obecnie mieszkamy w 40-metrach w kredycie, zostało 14 lat, przy zaciskaniu pasa w połowie tego okresu może udać się spłacić, ale jeśli wszystkie oszczędności wydamy, wówczas kolejne mieszkanie i kolejny kredyt… niektórzy mówią ze mamy i tak nienajgorzej, oboje pracujemy, całkiem dobrze zarabiamy jak na nasze miasto. I co z tego, jeśli oszczędzić udaje się niewiele, mimo że kasą naprawdę nie szastamy

  • Druga strona medalu młodych to umowy zlecenie i o dzieło. Mimo mieszkania i bycia na finiszu kredytu trudno podjąć decyzję o powiększeniu rodziny, kiedy jeden ze scenariuszy obejmuje możliwość życia z jednej pensji. Wszystko jest dobrze, jeśli wydatki są pod jako taką kontrolą, ale wystarczy jakaś nadprogramowa rzecz i budżet przestaje się spinać, a wtedy robi się stresująco.

    • wyrodna-matka

      A już spodziewałam się jakiegoś pozytywnego komentarza, tej drugiej, lepszej strony medalu, ale jak widać młodzi prawie w każdym aspekcie mają przerąbane :/

  • Idealnie przedstawiłaś pewnie nie tylko moje obawy. Mimo, że wszystko robię „po Bożemu”, mam okropnego stracha za sobą, co tylko szepce coraz to nowsze negatywne scenariusze na moje przyszłe życie. Boli najbardziej mnie to, że starsze pokolenie nie rozumie naszych obaw i tylko mówi „za naszych czasów było trudniej”, „za naszych czasów tego nie było”.. Sądzę, że naszą bolączką jest „nadmiar”, w chwili obecnej jest wszystkiego za dużo i w tym maksymaliźmie trudno coś znaleźć dla siebie, nie powtarzając się.

    • Może faktycznie to nadmiar. Ale ja to widzę bardziej, że wszystkiego wkoło jest dużo i wszystko chciałoby się mieć, a nie zawsze można sobie na to pozwolić, bo sytuacja materialna nie pomaga.
      Co do starszego pokolenia, to mam wrażenie, że jednak kiedyś było im lepiej, ale może to zawsze tak wygląda, że wydaje się, ze innym było/jest lepiej.

  • Marlena Gębala

    Zgadzam się ze wszystkim co napisałaś! A moj teść uważa, że dla młodych teraz są wspaniałe czasy, on to dopiero miał ciężko kiedy był młody ( choć w wieku 25 lat miał juz wybudowany dom). Temat rzeka.. 🙈🙈🙈

    • No właśnie z tymi budowami domów to jest dobry przykład. Mam wrażenie, że kiedyś było łatwiej takie przedsięwzięcie zacząć i ludzie nie popadali w 30-letnie kredyty… A teraz bez kredytu się nie da :/

  • Ciągle wiatr w oczy :/ Nie jest łatwo być matką Polką pracującą,w dodatku na swoim, ale mam wrażenie, że silna z Ciebie Babka. Czasem najlepsze rozwiązania przychodzą w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Trzymam kciuki i pozdrawiam! 🙂

    • Pomimo trochę negatywnego wydźwięku i swoich obaw staram się pozytywnie patrzeć na świat. Post pisany był dawno, kiedy jeszcze nie było przed nami żadnych konkretów. Teraz mamy już kupioną działkę i wizja budowy coraz bliżej… jakoś lepiej to zaczyna wyglądać 🙂

  • Julia Szczepańska

    Oj łatwo nie jest.. ale nie ma sensu myśleć i martwić się co będzie, bo tego nie wie nikt 🙂 Może wygrasz w lotto, a może jedno z Was awansuje i finansowo będzie przez jakiś czas lżej. Wychodzę z założenia, że podchodząc rzetelnie do tego co mamy przed sobą tu i teraz, a także pielęgnując poczucie wdzięczności za to czym możemy się już cieszyć, życie jeszcze nie raz pozytywnie nas zaskoczy! 🙂 Buziaki.

    • Ten post pisałam z rok temu i wtedy się bardzo obawiałam przyszłości. Teraz jest trochę inaczej, bo już działkę mamy, powoli załatwiamy inne sprawy przed budową..trochę bardziej optymistycznie patrzę.
      W ogóle, ja raczej nie jestem z tych wiecznie się zamartwiających 🙂
      Intryguje mnie to poczucie wdzięczności za to co już mamy – dużo się z tym stwierdzeniem spotykam. Muszę sobie na spokojnie przemyśleć co to dla mnie oznacza i w jaki sposób mogę to praktykować (jeśli już, nieświadomie tego nie robię) 🙂