Bardzo spodobała mi się idea #MyFirst7jobs, czyli opisania swoich pierwszych siedmiu prac. Zaskakujące jest to jaką kręta drogą można iść, żeby znaleźć się w obecnym miejscu swojej kariery. Przeczytałam już kilka notek innych blogerek na ten temat i znalazłam się w rozdarciu: z jednej strony zapragnęłam sama o tym napisać, z drugiej stwierdziłam, że moja historia pracy zarobkowej wcale nie jest tak fascynująca jak na przykład Bąbelkowej Mamy czy Antoonówki (koniecznie do nich zajrzyjcie i przeczytajcie ich notki).

7Jobs_00

W wieku nastoletnim jakoś nie bardzo ciągnęło mnie do prac zarobkowych. Zupełnie inaczej niż moją siostrę, która usilnie szukała każdej możliwej pracy, więc zdarzyło jej się zbierać mieczyki (takie kwiaty) i stać na promocjach jako hostessa i być telemarketerką (myślę, że jeszcze wiele innych ciekawych prac by się znalazło). W tym czasie ja żyłam w przeświadczeniu, że do pracy idzie się po skończonych szkołach. Moje nastawienie do tematu zaczęło się zmieniać na studiach i dopiero na tym etapie zaczęła się kształtować moja praca zarobkowa. W mojej rodzinie krąży opinia, że do mnie praca przychodzi sama i tak praktycznie do tej pory było. Zawsze to było efektem jakiejś luźnej rozmowy ze znajomymi, którzy dali cynk o rekrutacji lub podesłali moje CV pracodawcy.

1. Praca w biurze przy magazynach

Moja okolica staje się powoli zagłębiem logistycznym, więc krajobraz „upiększają” hale magazynowe. Tuż przed rozpoczęciem studiów w wakacje przez około 2 miesiące pracowałam w jednej z takich hal, ale nie „na magazynie” tylko w biurze. To był praca z przypadku, ktoś kiedyś powiedział mojej mamie, że szukają kogoś zaufanego na krótki okres czasu, że może bym chciała. Tym sposobem praca sama do mnie przyszła. Moim obowiązkiem było wpisywanie zamówień na książki (to był magazyn jednego z wydawnictw) do systemu, z którego potem korzystano na hali i kompletowano zamówienia. Do tej pory źle wspominam tą pracę. Nie wiem czy to ja jeszcze wtedy byłam zbyt przestraszona, czy po prostu trafiłam na takich ludzi, ale nie było ani miło ani sympatycznie. Raz nawet usłyszałam jak jakieś dwie dziewczyny obgadały mnie z góry na dół. Co mi zapadło w pamięć, to stwierdzenie, że robię „MASAKRYCZNE błędy ortograficzne”, co oczywiście prawdą nie było. Po pewnym czasie stwierdziłam, że nie chcę już dalej tam pracować, więc sama odeszłam 1,5 tygodnia przed końcem mojej umowy. Plusem tej pracy było to, że nauczyłam się obsługi faksu (serio, nie umiałam tego wcześniej!) oraz zyskałam „twardą dupę” skoro miałam „miękkie serce”. Na szczęście nigdy później ta twarda dupa nie była mi potrzebna.

2. Wiele lat korepetycji

Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęłam udzielać korepetycji, ale one ciągnęły się za mną przez kilka dobrych lat, a i teraz zdarza mi się jakiś pojedynczy epizod. Korepetycje znów same do mnie przyszły. Robiliśmy akurat remont łazienki czy kuchni i pan, który ten remont robił wspomniał, że szuka jakichś korepetycji (a właściwie lekcji dodatkowych) z języka angielskiego dla swoich dzieciaków. Traf chciał, że ja akurat posiadam certyfikaty z tegoż języka i tak od słowa do słowa udało się dogadać cotygodniowe lekcje z bliźniakami. Przyjeżdżali do mnie co tydzień przez trzy czy cztery lata. Bardzo się do nich przywiązałam. kiedy zaczęli do mnie przyjeżdżać, to były takie dzieciaki z podstawówki, teraz to już dorośli, poważni ludzie! Nie mogę w to uwierzyć.

Udzielałam też przez pewien czas korepetycji z matematyki, które często przeradzały się we wspólne odrabianie prac domowych ze wszystkich przedmiotów, a nawet w wykonywanie prac plastycznych na konkursy. Czego nauczyła mnie ta praca? Doskonaliłam sposób przekazywania swojej wiedzy i sama utrwalałam sobie materiał (nie od dziś wiadomo, że sam uczysz się najlepiej ucząc kogoś). Bardzo fajnym uczuciem było obserwować postępy dzieciaków. A z każdej dobrej oceny cieszyłam się co najmniej jakbym była ich rodzicem.

3. Na studiach – „kliker”

Pod koniec studiów grafik zajęć na tyle stał się luźniejszy, że mogłam trochę dodatkowo popracować. Zatrudniłam się na umowę – zlecenie z firmie, trochę związanej ze studiowaną przeze mnie geodezją i kartografią. Firma robiła szeroko pojętą ewidencję dróg. Pomijając fakt kiepskiej płacy, to sama praca była całkiem ciekawa. Najpierw taką ewidencjonowaną drogą czy ulicą jechał samochód, który na dachu miał zamontowane aparaty fotograficzne, które co chwila fotografowały drogę ze wszystkich stron. Zdjęcia te później wrzucane były do specjalnego programu, w którym na ich podstawie należało zrobić ewidencję drogi, czyli zaznaczyć chodniki, nawierzchnie, wjazdy, zjazdy, studzienki, znaki drogowe itp – czyli całą infrastrukturę drogi. W praktyce byłam rzeczywiście takim klikerem – tanią siłą roboczą, ale sama otoczka i cel były fajne. W zależności od złożoności drogi praca ta była bardziej lub mniej żmudna. Płacili od kilometra, a jak napisałam – kilometr kilometrowi nie równy. Praca ta nauczyła mnie dyscypliny, bo oprócz normalnych zajęć na studiach musiałam znaleźć czas na to, żeby wyklikać te drogi, a terminy zazwyczaj były napięte. Fajne było to, że po kilku tygodniach początkowej adaptacji w siedzibie firmy można było pracować zdalnie w domu.

4. Wychowawca na koloniach

Trochę ciężko nazwać to praca zarobkową, bo jechałam na kolonie organizowane przez Caritas, więc cała kadra z założenia była wolontariuszami, ale po zakończeniu kolonii dostaliśmy skromniutkie „podziękowanie”. Jedna z najfajniejszych prac jakie wykonywałam w życiu. Na kolonie jeździłam odkąd skończyłam 7 lat co roku, dlatego naturalnym kolejnym krokiem było dla mnie taki wyjazd w charakterze wychowawcy. Zrobiłam szybki, ale świetny kurs na wychowawcę i zgłosiłam się do Caritas. Miałam trochę obaw, ale znając kolonie od tej drugiej strony łatwiej mi było być wychowawczynią. Praca w roli wychowawcy wymaga bycia przez cały czas trwania kolonii na wysokich obrotach. Wstajesz zawsze przed dziećmi i kładziesz się spać zawsze po dzieciach. Czasami siedzisz do później nocy z całą kadrą i omawiacie bieżące sprawy – trzeba mieć na to siły. Było intensywnie, ale uwierzcie mi, ta radość, ta wdzięczność, ten „feedback” od dzieci jest niesamowity i dodaje skrzydeł. Po prostu chce się działać dalej. Trafiłam na grupę średnich (wiekiem) dziewczynek. Część z nich pochodziła z rodzin o różnym statusie materialnym, czy z rodzin borykających się z różnymi problemami (alkoholizm, więzienie itp), ale uwierzcie mi -na koloniach wszystko to zacierało się, wszystkie dziewczyny były sobie równe. Fajne było to, że one ufały mi na tyle, żeby podzielić się sekretem który z chłopaków mi się podoba i spytać o radę co robić dalej. Ta praca sprawiła mi tyle satysfakcji, że nie liczyło się to, że robiłam to prawie za darmo.

5. Pierwsze próby w zawodzie

Na piątym roku studiów myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi, bo znalazła mnie praca nie dość, że w zawodzie to jeszcze w mojej specjalności. Nie będę Wam długo tłumaczyć, bo nie o to chodzi, ale pracowałam w fajnej, malutkiej firmie. W siedzibie polskiej było nas troje i w siedzibie czeskiej tez trzy osoby. Zajmowałam się danymi o natężeniu ruchu drogowego i tyle powinno Wam wystarczyć – dla mnie baaaardzo ciekawy temat. W tym przypadku znów praca znalazła mnie sama, bo zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów i spytała czy bym nie chciała tam pracować. Chciałam! Podobało mi się. Co z tego, skoro firma była malutka, stawała do wielu przetargów, ale nie wygrywała żadnego… Po około roku niestety nie było już dla mnie zajęcia i rozwiązaliśmy umowę. Bardzo było mi szkoda tej pracy, bo nie dość, że robiłam to czego uczyłam się na studiach, to jeszcze praktycznie co dzień używałam języka angielskiego, przez co szlifowałam swój warsztat. No, ale taka jest rzeczywistość na rynku pracy…bywa ciężko.

6. Plusy i minusy budżetówki

Po tej fajnej pracy nastąpił u mnie trzymiesięczny okres usilnego, panicznego wręcz poszukiwania pracy. Dlaczego aż tak mi zależało? Bo w perspektywie miałam własny ślub, wesele, a potem  utrzymanie mieszkania. W tym czasie napisałam  nieskończone ilości listów motywacyjnych, brałam też udział w trzech rozmowach kwalifikacyjnych. W samym zawodzie (geodezja) nie było nic. A jak już coś się pokazało, to do rekrutacji stawały setki kandydatów – nie było szans, żeby gdzieś się załapać. Obniżyłam więc wymagania i szukałam już czegokolwiek (tak, nawet roznoszenie ulotek brałam pod uwagę). Potem kumpela dowiedziała się, że w jej dawnej pracy ruszyła rekrutacja. Praca była, UWAGA, w Urzędzie Skarbowym! Totalnie nie moja bajka, ale stwierdziłam, że spróbuję. Wyżej wymieniona koleżanka przepytała mnie „w tę i z powrotem” ze wszystkich przepisów, ustaw, rozporządzeń, które powinnam znać, a ja wykułam je na blachę. Pojechałam na rekrutację i udało się, zostałam przyjęta do pracy. Na początku trochę się bałam, że sobie nie poradzę, ale bardzo szybko okazało się, że w tej pracy wystarczy życiowe ogarnięcie (uważam, że je posiadam) i odrobina sprytu (tez myślę, że mam) . A już w ogóle bardzo się podbudowałam, kiedy rzucono mnie na głęboka wodę i dano jedną z trudniejszych spraw do rozpatrzenia i okazało się, że sobie poradziłam – byłam z siebie dumna.

Teraz przez chwilkę wyjaśnię, że „mój” Urząd Skarbowy był trochę inny niż wszystkie, które znamy, bo obsługiwał podmioty zagraniczne. Nie byłam więc „panienką z okienka”, nie przychodzili do nas interesanci. Siedzieliśmy sobie przy biureczkach, dostawaliśmy ogromne ilości pracy, a kontakt z klientem najczęściej sprowadzał się do rozmów telefonicznych. Po angielsku.

Doszliśmy więc do plusów pracy w US. Pierwszym z nich był ten angielski właśnie, ale drugim, duuuużo ważniejszym była niesamowita ekipa ludzi. Nigdy przedtem i potem nie spotkałam TAKICH ludzi. Mimo, że było ciężko, bo praca była niewdzięczna (za mało czasu, za mało ludzi, za dużo wniosków), a o płacy szkoda gadać (żal.pl), to z przyjemnością jechałam rano do pracy, bo wiedziałam, że będzie fajna atmosfera. Trzecim plusem było nauczenie się jak pisać pisma urzędowe, co potem kilka razy mi się w życiu przydało.

7. Korpo(szczur)matka

A potem spotkaliśmy się z grupą znajomych ze studiów na piwo. Kolega chwalił się, że pracuje w dużej korpo IT, a ja luźno spytałam, tak jak pytałam już wielu, czy kogoś nie szukają do pracy. Odpowiedział, że raczej nie, a ja o całej rozmowie 5 minut później już nie pamiętałam. Ale kilka tygodni później ten sam kolega napisał do mnie z prośbą o przesłanie CV, bo okazało, się że kogoś szukają. Przesłałam i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną. Szłam na nią na totalnym luzie, bo trochę nie wierzyłam, że mogę być przyjęta. Na samej rozmowie chyba nie wypadłam tak źle, ale powiedziano mi, że szukają kogoś innego, że jestem za bardzo techniczna (byłam wtedy na studiach podyplomowych z Baz Danych), a stanowisko wiąże się z ogarnianiem dokumentów. Straciłam więc nadzieję i wróciłam do swojego Urzędu. Jakież było moje zdziwienie, gdy na skrzynkę mailową kilka tygodni później otrzymałam wiadomość „Witamy w (nazwa firmy)”.  Najlepsze było to, że nie dostałam żadnej innej informacji o zatrudnieniu, tylko tego automatycznego maila z dokumentami do uzupełnienia. A tu przecież nie wiadomo czy składać wypowiedzenie, czy przekazywać swoje obowiązki innym. Mój obecny szef, a ówczesny rekrutujący był wtedy na urlopie, więc dopiero po jego powrocie dowiedziałam się wszystkiego ze szczegółami, złożyłam wypowiedzenie, odebrałam zaległy urlop i dwa tygodnie później stawiłam się w mojej korpo. Pracuję w niej do dziś (czyli już 3 lata) i jest mi w niej dobrze.

Część z Was pewnie pokręci nosem, bo przecież samo słowo „korpo” cieszy się złą sławą. Mnie jednak podoba się praca w korporacji i możliwości, jakie ze sobą niesie. Ciągle uczę się nowych rzeczy, od czasu do czasu wpadnie jakieś ciekawe szkolenie. To mi odpowiada. Dodatkowo miałam taki psychiczny luz, bo widziałam, że po urlopie macierzyńskim dziewczyny wracają i mają co robić w pracy. Nie miałam więc dużych obaw, gdy zaszłam w ciążę. A teraz, proszę bardzo, wróciłam już po urlopie macierzyńskim. Dalej nie będę się rozpisywać.

Tak właśnie prezentowała się moja ścieżka kariery.  Może nie jest tak fascynująca jak inne, ale bardzo przyjemnie było mi się nią z Wami podzielić. Zachęcam wszystko do udziału w całej akcji z hasztagiem #MyFirst7Jobs

  • Jo

    Hehe, zanim przeczytałam to postarałam sobie przypomnieć wszystkie prace Wyrodnej i… zapomniałam tylko o „klikerze” :D:D

  • Powoli też się zbieram do napisania moich #myfirst7Jobs, choć końcówka wpisu jest dosyć bardzo oczywista 😛

    • Wyrodna Matka

      Jakby nie patrzeć, to trochę dałaś ludziom podpowiedź… ;D Chociaż…to wcale nie musiała być siódma praca… 🙂
      A #MyFirst7Jobs to super sprawa, chyba dawno już nic mi tak nie przypasowało jak ta zabawa.

Close