Zacznę od tego, że wpis na temat małżeństwa planowałam w okolicach rocznicy naszego ślubu (czyli na początku kwietnia). Jednak, kiedy zobaczyłam, że Mocem z okazji Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa proponuje akcję Małżeństwo jest fajne, postanowiłam przyłączyć się niej i już teraz skrobnąć co nieco o Państwie Wyrodnych jako o małżeństwie, a nie tylko, jak do tej pory, jako o rodzicach Malucha.

Post powstał w ramach akcji Małżeństwo jest fajne zainicjowanej przez autorów bloga Mocem w ramach Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa

Wydawałoby się, że temat banalny – małżeństwo, jednak uświadomiłam sobie, że odkąd jesteśmy rodzicami, to prawie cała nasza uwaga skupia się na dziecku. Mało mamy czasu tylko dla siebie, a gdy już go mamy, to…odpoczywamy 🙂 Dlatego bardzo długo zastanawiałam się jak temat ugryźć (tam tytuł daje dużo możliwości) i bardzo cieszyłam, się że w harmonogramie wpisów blogowych z okazji Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa wpisałam się na sam koniec – na 14 lutego. Fajnie, że to Walentynki.

Od studiów do małżeństwa

Kto by pomyślał, że tak to się skończy 🙂 Ja na pewno nie. Z moim obecnym mężem poznaliśmy się na studiach. Zawsze lubiłam Pana Wyrodnego, był dla mnie synonimem solidności. Zawsze przygotowany, zawsze nauczony, zawsze pomocny, gdy czegoś nie wiedziałam czy nie rozumiałam w czasie studiów. Do tego zawsze miły i z poczuciem humoru. Nie było chyba nikogo, kto by go nie lubił – bo mojego męża po prostu nie da się nie lubić. Od początku studiów trzymaliśmy się we trójkę: ja, Pan Wyrodny i jeszcze jeden nasz kolega. To zawsze były relacje czysto przyjacielskie. Można więc powiedzieć, że wszystko zaczęło się od przyjaźni. A później, po trzecim roku studiów pojechaliśmy na praktyki geodezyjne w góry. To był bardzo fajny czas, ludzie wtedy bardzo mocno się ze sobą zżywali: przyjaźnie po dziś dzień, miłości, małżeństwa. I tak jakoś wyszło, że na którejś wieczornej, weekendowej imprezie Pan Wyrodny odważył się mnie pocałować. Ten dzień traktujemy jako początek naszego związku. Zaczęliśmy się spotykać w 2009 roku, w 2012 zaręczyliśmy się, a w 2013 wzięliśmy ślub. Niedługo będziemy obchodzić 4 rocznicę naszego ślubu, a drugą rocznicę zostania rodzicami.

Co jest fajne w Panu Wyrodnym?

Przed wszystkim jego spokój i rozwaga. Mój mąż nie jest typem porywczym, dzięki czemu jest bardzo fajnym lekiem na moje nerwy. Nie wiem czy dobrym by było, żebym miała męża takiego samego nerwusa jak ja. Chyba byśmy się wtedy pogryźli na amen. Cieszę się, że Pan Wyrodny ma właśnie taki charakter, bo on jeden potrafi mnie uspokoić. Zawsze jak się niepotrzebnie wkurzę, to on na spokojnie potrafi sprowadzić mnie na ziemię. Od zawsze twierdzę, że jest idealnym mężem na mój charakter.

Foto z naszej sesji poślubnej. Ucięłam głowy (jakkolwiek to brzmi), bo obiecałam Panu Wyrodnemu, że go na blogu nie pokażę. Foto autorstwa moich ulubionych fotografów Skyblue studio.

Pan Wyrodny jest też typem stałym w uczuciach, trochę konserwatywnym, ale dzięki temu jest ostoją i opoką. Wiem, że jak coś obieca to to zrobi, jak ma gdzie być, to będzie, i  że zawsze mnie wspiera, mimo, że nie zawsze rozumie (blogowania na przykład, lub biegania). Jedną z fajniejszych cech męża wyrodnego jest umiejętność gotowania – nie boi się kuchenki ani piekarnika. A schabowe to właśnie jemu wychodzą najlepsze 🙂

Pan Wyrodny ma bardzo fajne poczucie humoru. Taki jest niepozorny, niby nic, a jak coś powie, to trafione w punkt. Bywa też w tych żartach trochę złośliwy, co, czytałam, jest oznaką inteligencji. A inteligentny, to ten mój mąż też jest 🙂

A przy tym wszystkim jest najlepszym ojcem na świecie. Z niezmiennym wzruszeniem obserwuję jak zajmuje się Maluchem, jak fajnie się z nim bawi. Wszystko przy nim potrafi zrobić: przewinąć, przebrać, poczytać książeczkę, nakarmić. To on bierze na siebie opiekę nad Maluchem kiedy biegam, mam próbę chóru lub weekendowy zjazd na studiach.

Co się zmieniło po ślubie?

Wiecie, jest takie powiedzenie, że po ślubie wszystko się zmienia…na gorsze. Otóż ja w ogóle tego nie odczułam. Wręcz przeciwnie, Pan Wyrodny na każdym kroku mnie pozytywnie zaskakiwał. Na przykład tym, że potrafi ugotować, posprzątać po sobie. Że nie jest typem kanapowca zasiadającego przed tv z puszką piwa i gazetą, a żonę traktującego jak służącą.

Zaskoczyło mnie to, bo my jesteśmy z tych staromodnych i nie mieszkaliśmy razem przed ślubem i dopiero po ślubie Pan Wyrodny wprowadził się do mnie. To była wielka niewiadoma – jak to będzie kiedy będziemy przebywać ze sobą non stop. Kiedy będzie musiał znosić mój zły humor rano. Wiadomo, że trochę trzeba było się dotrzeć. Ja na przykład rano jestem nieprzytomna i lubię ciszę, spokój, przygaszone światło. Pan Wyrodny natomiast lubi rozpalić światło od razu, włączyć radio i zjeść porządne śniadanie. Teraz wypracowaliśmy kompromis: radia nie ma, świtało jest, a ja przekonałam się do jedzenia normalnego śniadania rano.

Foto z naszej sesji poślubnej autorstwa moich ulubionych fotografów Skyblue studio.

Fajne tez były początki spania we dwoje w jednym łóżku. Na samym początku mieliśmy jakąś starą wąską wersalkę. Dla jednej osoby była ok, ale gdy przyszło spać we dwoje, to zrobił się drobny problem. Dla mnie. Pan Wyrodny zasypia w 3 sekundy. I jest mu wszystko jedno na czym, w czym, w jakiej pozie. A ja cierpiałam, bo wspólna kołdra była zawsze jego i większa część łóżka też. Pierwszych kilka nocy, to była masakra. Wymusiłam więc kupno nowego, większego łóżka i… drugiej kołdry. Wprowadziliśmy rozdzielność kołdrzaną. Pan Wyrodny nagrzewa się jak piec – ja nie mogłam znieść takiej temperatury, źle mi się spało. No i nie ma problemu, że ktoś zabierze sobie większą część kołdry 🙂

To są takie małe rzeczy, na które przed ślubem w ogóle nie zwraca się uwagi, ale ważne, żeby od razu wypracować sobie postępowanie w takich przypadkach. Z pozornie drobnych rzeczy może uzbierać się całkiem spora góra problemów… a to już nie jest dobre.

Co jest w małżeństwie ważne?

Tak więc jak uniknąć problemów w małżeństwie? Nie da się ich uniknąć, ale można popracować nad tym, żeby ich rozwiązywanie było łatwiejsze.

Po pierwsze i najważniejsze: dobrze się poznać. Nie jestem fanką „przechodzonych” związków, takich co to spotykają się od 15 lat i zastój, nie ruszą „ani w tą ani w tą”, ale nie jestem również fanką małżeństw zawieranych po 6 miesiącach znajomości. Uważam, że powinien minąć co najmniej jeden wspólny rok, żeby jako tako się poznać. Rok zawsze wizualizuję sobie jako takie koło – wszystkie wydarzenia, pory roku czy święta są powtarzanie co roku – dobrze jest, jak zobaczymy nasza druga połówkę w każdej takiej sytuacji – to nam daje pogląd na to jaka faktycznie ta druga osoba jest.

Dla mnie niezwykle ważne jest to, żeby budować związek na przyjaźni. To zauroczenie, to uniesienie i „zaczadzenie miłością” mija. Przyjaźń zostaje na zawsze. Fajnie jak się ta drugą osobę po prostu lubi. Wtedy zawsze będzie o czym porozmawiać na starość. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Nazwijcie to zauroczeniem, czymkolwiek, ale nie miłością. Miłość według mnie powinna powstać z przyjaźni. Uważam, że hasło „miłość od pierwszego wejrzenia” to taki twór niepoprawnych romantyków spragnionych magii w związku, porywów serca i innych takich ckliwych historii. To jest fajne, nie przeczę, ale trzeba pamiętać, że prędzej czy później dopadnie nas rzeczywistość i co wtedy?

Foto z naszej sesji ślubnej autorstwa moich ulubionych fotografów Skyblue studio.

Kolejną rzeczą ważną w małżeństwie, a właściwie zanim zostanie się małżeństwem, to wiedzieć, że chce się tego samego. Że podobnie widzi się przyszłość. Wyobrażacie sobie taka sytuację: jest sobie para, są ze sobą już dość długo. Ona wkrótce spodziewa się pierścionka na palcu i białej sukni. On twierdzi, że nie potrzebuje papierka, bo tak mu dobrze. Nie rozmawiali o tym wcześniej. Ona czeka i czeka, a on o tym nie wie. A to są podstawowe rzeczy, jeśli chcemy mówić o wspólnej przyszłości. Takie trwanie w zawieszeniu skończy się prędzej czy później frustracją jednej lub obu stron. Podobnie jest z chęcią posiadania dzieci, czy nawet z kwestią chodzenia do kościoła. Przecież to nie fajne, kiedy ona nazywa go bezbożnikiem, a on ją dewotką… (lub na odwrót, poleciałam stereotypem). Warto, przed podjęciem każdej decyzji posiedzieć i przegadać takie priorytetowe sprawy.

Ale chyba najważniejszą rzeczą, nie tylko w małżeństwie, ale w każdej relacji międzyludzkiej jest szacunek. Zarówno do tej drugiej osoby, jak i do siebie. Ja mam dość wysokie poczucie własnej wartości i jedyne czego wymagam od innych to szacunek właśnie. Nie potrzebuję ckliwych słów, które mogą okazać się tylko pustymi frazesami, ja chcę odpowiedniej postawy wobec mnie. Tego, że będę szanowana przez męża, tak jak i ja go szanuję. To daje poczucie bezpieczeństwa i stałości związku, a chyba właśnie taki powinien być dobry związek.


Kończąc swoje filozoficzne wynurzenia, które – jestem świadoma – nie są jakieś odkrywcze, pragnę powiedzieć Wam, że nie jesteśmy małżeństwem idealnym. Nie wiem czy takie w ogóle istnieją. Ale uważam, że udało nam się stworzyć dobry, silny związek. Dobrze czujemy się w swoim towarzystwie, lubimy się i szanujemy. Nie wyobrażam sobie już teraz życia z kimś innym. Fajnie, że Pan Wyrodny jest moim mężem – jestem szczęściarą.