Nie podejmę się napisania postu na temat „jak spędzić wakacje w Grecji z dzieckiem” z tej prostej przyczyny, że nie jestem podróżniczym ekspertem. Na pewno wiele rzeczy można zrobić lepiej, taniej, sprytniej inaczej. Tak samo, jak można w tych kilka dni wcisnąć więcej miejsc do odwiedzenia niż nam się to udało.

Po co więc w ogóle piszę ten post? Po to, żeby utrwalić nasze wspomnienia, żeby pokazać Wam jak wygląda Rodos, co widzieliśmy, co robiliśmy i co jedliśmy. Wyjaśnię Wam też dlaczego spełniła się moja najgorsza wizja – siedzenia przy basenie i dlaczego jestem z niej nawet zadowolona. Wszystko postaram się okrasić dużą dawką zdjęć, żeby naładować Was rodyjskim słońcem.

Jak to się stało, że wybraliśmy Grecję?

Długo nie mieliśmy planów wakacyjnych. Trochę przewalało się pomysłów, żeby ze znajomymi jechać nad polskie morze. Na pewno jednak wiecie jak trudno jest zgrać terminy urlopów u 6 dorosłych osób, kiedy jeszcze na dodatek jest sezon weselno / imprezowy i każdy „ma coś”. Za każdym razem kiedy wyobrażałam sobie, że pojedziemy nad polskie morze, to bardziej czułam zniechęcenie niż radość. Brak gwarancji dobrej pogody, brudna i zimna woda…nie widziałam tego oczami wyobraźni. Trochę namawiania Pana Wyrodnego, długie godziny przeglądania ofert i wybraliśmy: Grecja.

Gdzie byliśmy?

Szczerze mówiąc byłam tak zdeterminowana, żeby jechać do Grecji, że było mi wszystko jedno gdzie dokładnie będziemy. Zawęziłam trochę naszą destynację do wysp greckich takich jak: Kreta, Rodos, Kos i Zakynthos, a dalej decydował stosunek ceny do jakości hotelu. Tak więc stanęło ostatecznie na wyspie Rodos, a miejscowości Faliraki. 

Faliraki
Faliraki z lotu ptaka

Jak potem doczytałam miejscowość Faliraki to taka „imprezownia” na Rodos, ale liczyliśmy na szczelne okna w hotelu. I dobrze, bo sam hotel nie był położony w głośnych rejonach Faliraki, tylko bardziej na obrzeżach, więc z ciszą nocną nie mieliśmy aż takich problemów. Faliraki jest za to świetną bazą wypadową, żeby pozwiedzać sobie wyspę. Z resztą, chyba każde miejsce na Rodos, to świetna baza wypadowa, bo cała wyspa ma 75 km długości i 36 km szerokości. W dwa dni da się ją zjeździć samochodem (co z resztą gorrąco polecam).

Ludzie na Rodos

Chyba nie zaskoczę, że ludzie na Rodos (i pewnie wszyscy Grecy) są mega, mega życzliwi. Nie trafiłam nigdzie na niemiłą ekspedientkę czy obsługę hotelową. Wszyscy uśmiechnięci, zawsze głośno mówili „Dzień dobry” (Kalimera). Mili są nawet jeśli mają do czynienia z rozrabiającymi dziećmi. Kiedy mój syn musiał natychmiast zjeść serek, który zobaczył w sklepie i zrobił przy tym wiele hałasu, to Pani zaproponowała nam, żeby sobie usiadł i dała mu łyżeczkę – pełne zrozumienie dla młodego człowieka. Mieliśmy więc taki wewnętrzny spokój, że nasze huraganowe dziecko nie przeszkadza innym. Na wakacjach byliśmy z moją siostrą, jej mężem i córeczką, która jest blondyneczką i ma jasną skórę. Nie było dnia, żeby nie była zaczepiona przez obsługę hotelu czy innego Greka (lub Greczynkę) na mieście. Niektórzy robili sobie z nią zdjęcia.

Roślinność

To co najbardziej uwielbiam w zagranicznych podróżach, to obserwowanie zupełnie innej roślinności. Zawsze przywożę mnóstwo zdjęć kwiatów i innych roślin, bo są po prostu piękne. Oleandry rosnące przy każdej drodze, kwitnące agawy, hibiskus wijący się jak pospolity chwast. Chłonęłam to całą sobą. Oprócz tej roślinności, to co rzuca się w oczy na Rodos, to brak zieleni, tereny górzyste spalone są raczej słońcem i tylko w podlewanych ogródkach ta zieleń naprawdę się wybija. Podobno na Rodos jest 300 dni słonecznych w roku, więc w ogóle nie dziwi mnie to, że jest bardziej suche niż zielone. Co nie znaczy, że nie jest piękne.

Czerwony hibiskus
Hibiskus w kolorze czerwonym
Biały hibiskus
Hibiskus w kolorze białym
Agawa
Tak kwitnie agawa
Kto wie co to za kwiat niech napisze w komentarzu!
Figi
Figi
Ania z zielonego wzgórza i pelargonia jako wielki krzew w ogródku 🙂
Nie wiem co to za drzewo, ale było ciekawe. Jeśli ktoś wie, to też w komentarzu proszę.

Co zobaczyliśmy?

Na Rodos byliśmy równo tydzień. Osobiście uważam, że to trochę za mało, żeby zobaczyć całą wyspę. Poza tym byliśmy z dwulatkiem, dla którego zwiedzanie atrakcją nie jest, więc musieliśmy dobrze wyważyć proporcje.

Jeśli macie prawo jazdy, to zamiast kupować płatne wycieczki opłaca się wynająć samochód. My wynajmowaliśmy w naszym hotelu i cena wynajmu na cały dzień to 30 euro. Samochód trzeba zwrócić z dokładnie taki samym stanem paliwa, z jakim się go wypożyczyło przy czym… po oddaniu kluczyków nikt nie sprawdził stanu samochodu – ach ten grecki luz 🙂

W jeden dzień zrobiliśmy wycieczkę objazdową przez całe południowo – wschodnie wybrzeże wyspy.

Białe miasteczko Lindos.

Pierwszym przystankiem było miasto Lindos. Lindos jest malowniczo położonym miasteczkiem z czasów antycznych. Zanim jeszcze wjedzie się na parking (na którym ciężko znaleźć miejsce – warto przyjechać wcześniej rano, ale jest całkowicie bezpłatny) warto zatrzymać się na chwile na wzgórzu, z którego jest najpiękniejszy widok na panoramę miasta. Samo Lindos składa się z wąskich uliczek wypełnionych po brzegi sklepikami i knajpeczkami, z białych domków oraz z akropolu, który znajduje się na wzgórzu. Spacer wąskimi uliczkami z wózkiem jest dość męczący, ale nie niemożliwy. Na sam akropol wózka nie zabraliśmy, bo zaczęło się robić stromo. Bo w ogóle na akropol  można wjechać na górę na… osiołku. Nie skorzystaliśmy, bo było nam szkoda tych zwierzątek. Dotarliśmy na własnych nogach – nie było tam ani aż tak daleko ani aż tak męcząco. Ale jak już dotarliśmy na górę i zobaczyliśmy, że wstęp na akropol kosztuje 12 euro za osobę, to stwierdziliśmy, że to dla nas za drogo (za dwie osoby – 24 euro, czyli ponad 100 zł, a my jednak budżetowy wyjazd mieliśmy), zrobiliśmy parę fotek widoku i zeszliśmy na dół. Z akropolu podobno jest piękny widok na zatokę w kształcie serduszka… trochę liczyłam na takie ujęcie, ale rozsądek zwyciężył.

Tak fajnie wybrukowane są uliczki (potem w Rodos widzieliśmy takie same)
Dosłownie białe miasteczko.
Widok spod akropolu
Kolejny widok.

Czapki z głów wiatr zrywa na Prassonisi

Kolejnym przystankiem był półwysep Prassonisi. Jest to raj dla wind- i kite- surfingowców, bo nieustannie wieje tam silny wiatr. Półwysep ten znajduje się na samym południu wyspy. My byliśmy jeszcze przed sezonem wysokim, więc podobno na zdjęciach jest mało tych latawców. W lipcu i sierpniu jest ich zatrzęsienie. Ciekawostką jest, że do Prassonisi jedzie się dość długo i krajobraz robi się coraz bardziej niezamieszkały (przy drogach często widać pasące się kozy). Sama końcówka, to w ogóle jakiś hardkor, bo budynków nie ma, morza nie widać, a wzgórza poorane są jakimiś dziwnymi fragmentami dróg gruntowych, ni to kopalnia odkrywkowa ni plac budowy. Taki niepokojący krajobraz. Na szczęście wynagradza to widok, jaki ukazuje się nam u celu podróży. Wąski fragment plaży, z obu stron otoczony morzem i mnóstwo latawców. To musi robić wrażenie. No i ten wiatr. Dosłownie zrywało czapki z głów. Na Prassonisi zatrzymaliśmy się również na obiad i był pyszny.

Prassonisi
Trochę widać to, że morze jest z obu stron:)
Wiatr porywa mi kapelusz a w tle kitesurefrzy.
Pani wstaje na desce ;)))

Rodos – średniowieczne stare miasto

Ostatnim przystankiem na naszej mapie było miasto Rodos, czyli taka „stolica” wyspy. Przejechaliśmy więc całą wyspę od południa (Prassonisi) na samą północ. Byliśmy już zmęczeni po całym dniu, robił się wieczór, więc przeszliśmy się uliczkami, posiedzieliśmy chwilę na ławce i wróciliśmy do hotelu. Rodos odwiedziliśmy ponownie Wyrodną rodzinką dwa dni później autobusem (bilet z Faliraki do Rodos to koszt 2,40 euro za osobę, przy czym dzieci mają za darmo), żeby naprawdę poczuć klimat tego miasta. Już dziś wiem, że warto. Oprócz starego miasta koniecznie trzeba przejść się deptakiem wzdłuż portu Mandraki. U jego wejścia znajdują się dwie kolumny jedna z symbolem wyspy – jeleniem, a druga z łanią – usytuowane po dwóch stronach wejścia. Jest tam również zlokalizowany fort Św. Mikołaja.

Na starym mieście znajdziecie mnóstwo sklepików i kawiarni. W jednej z nich znajdują się papugi, z którymi turyści mogą zrobić sobie zdjęcie – zupełnie za free, nie trzeba być nawet klientem restauracji. Kiedy podeszłam z Maluchem, żeby zobaczył papugi, to Pan ochoczo zaczął mi je dać do potrzymania na rękach, na głowie, na torebce. Sam wziął mój aparat i robił mi zdjęcia. Nie obraził się ani nie złorzeczył kiedy powiedzieliśmy, że nie jesteśmy głodni (nie byliśmy) i nie weszliśmy do restauracji (jak wspominałam – taka grecka, niewymuszona uprzejmość).

Co jeszcze bym zobaczyła?

Na tych trzech lokalizacjach właściwie kończy się nasze zwiedzanie Rodos. Innego dnia wspięliśmy się na wzniesienie, żeby obejrzeć panoramę Faliraki. Jednego wieczora przeszliśmy się na 10 minut, żeby zobaczyć zatokę Anthonego Quinna, gdzie kręcono film Działa Navarony. A tak na co dzień to braliśmy pod uwagę preferencje dzieci czyli szliśmy na plażę lub siedzieliśmy przy basenie (gdzie nie nudziliśmy się, bo była fajnie zorganizowana animacja dla dorosłych i dzieci). Z tego siedzenia przy basenie też jestem zadowolona, ponieważ był to czas, w którym nasz Maluch mógł sobie poszaleć w wodzie, czy w specjalnie przeznaczonym dla dzieci domku zabaw. To był czas dla niego, ten kompromis, na który musieliśmy pójść decydując się na wakacje z dzieckiem.

Zatoka Anthonego Quinna

 

Na Rodos muszę wrócić, ponieważ nie wdziałam jeszcze południowo – zachodniego wybrzeża wyspy, nie popłynęliśmy na wyspę Symi (która jest podobno jeszcze piękniejsza niż Lindos), nie odwiedziliśmy aquaparku w Faliraki (który jest aquaparkiem z prawdziwego zdarzenia). Może po kredycie, może na emeryturze, nie wiem kiedy, ale wiem, że wrócę.

Co jedliśmy?

Pojechaliśmy na opcję all inclusive. Wiem, że to niemodne, że wiele osób w ogóle z tego nie korzysta i będzie na mnie „psioczyć”, jednak jadąc z dwójką małych dzieci chcieliśmy mieć gwarancję dostępności posiłków wtedy kiedy akurat dzieci nam zgłodnieją. Udało nam się jednak zjeść kilka lokalnych rzeczy. Popatrzcie na zdjęcia.

Ciekawostki

Mam dla Was dwie ciekawostki z Rodos.

  •  Na całej wyspie jest bardzo dużo kotów. Gdzie nie spojrzysz, to jakiś się niedaleko będzie kręcił. Niestety, z tego co zauważyłam były to koty dzikie, wychudzone i z zadrapaniami i okaleczeniami. Szczerze mówiąc bardziej się ich bałam niż podziwiałam. Chociaż widziałam, ze rodyjczycy próbują z tych kotów zrobić atrakcję i pokazują je na pocztówkach i innych pamiątkach.

  • Na wyspie Rodos znajduje się wioska i plaża o nazwie Stegna. Jadąc do Lindos przejeżdżaliśmy przez nią i w drodze powrotnej mieliśmy zatrzymać się przy znaku drogowym, ale przegapiliśmy go niestety :/

No i to już koniec moich wspomnień z wakacji. Z jednej strony wróciłam naładowana słońcem i pięknymi widokami, z drugiej strony czuję niedosyt i poczucie, że mogliśmy jeszcze więcej wcisnąć w ten tygodniowy wyjazd. A jeśli pytacie czy na Rodos warto pojechać, to od razu mówię, że tak, absolutnie. I że z dzieckiem też da się coś zobaczyć.