Jeśli chodzi o rozszerzanie diety Malucha, to na poważnie wkręciłam się w metodę BLW (Baby Lead Weaning – odstawienie od piersi sterowane przez dziecko). Pisałam Wam już o początkach BLW i o tym jak wygląda ta metoda po 2 miesiącach stosowania. W tym czasie dość rygorystycznie stosowałam się do jej założeń, jednak w czasie świąt Bożego Narodzenia i w czasie poświątecznym miałam poważne chwile zwątpienia. Czasami po prostu wygodniej było podać coś Maluchowi na łyżeczce lub bezpośrednio do buziaka. Miałam też wrażenie, że Maluch za mało zjada i za często chce pierś. Uprzedzając: wiem, to był błąd, powinnam w tej kwestii zaufać dziecku, bo zaraz to się zmieniło i Maluch zaczął jeść jak stary chłop. No, może trochę mu do tego brakuje, ale pojemny to on jest.

Nie zmienia to jednak faktu, że miałam spore wyrzuty sumienia, że nie stosuję się ściśle do reguł BLW, co więcej, miałam tez pretensje do Pana Wyrodnego, że robimy wszystko chaotycznie i dlatego młode nie je tak jak powinno, a już dawno powinno rodowym srebrem z chińskiej porcelany zjadać i popijać z kryształowego kielicha. Ha, pójdę jeszcze dalej: czułam się winna wobec Was, że tak krzyczałam, że to BLW takie super, a teraz mi nie wychodzi. Dlatego temat BLW w kontekście wpisu na blogu leżał przez chwilę odłogiem. A potem przeczytałam kojący wpis dietetyka, Pani Małgorzaty Jackowskiej (koniecznie poczytajcie bloga, bo ma świetne teksty), dotyczący BLW i tego jak podawać zupę. Ale nie ta zupa była najważniejsza, najważniejsze było ostatnie zdanie:

Nakarmienie dziecka nie jest zabronione i nie spowoduje że ‘wypadniecie z kręgu wyznawców blw’.”

I wiecie co? Złapałam trochę luzu, obmyłam się z wcześniej wspomnianych win, porzuciłam wyrzuty sumienia. Okazało się, że Maluch wcale nie jest „do tyłu” z nauką jedzenia. Jak już wspomniałam, obecnie je jak chłop, często podaję Mu łyżeczkę do ręki i sobie sam do buziaka wkłada jedzenie, a ostatnio poszliśmy o krok dalej: Maluch trzyma łyżeczkę sam cały czas, a ja mu tak steruję rączką, żeby sobie nabrał z talerza jedzenia, a do buzi trafia sam. Jestem z niego dumna, bo naprawdę zrobił duże postępy. Nawet pomimo faktu podawania mu pokarmów łyżeczką przez pewien czas.

Ten przydługi wstęp traktuję jako swoją spowiedź dla Was i wskazówkę, że czasami nie warto się spinać, bo i tak jakoś się zawsze układa. A teraz, zgodnie z tytułem chciałabym Wam podpowiedzieć czego potrzebujecie, żeby skutecznie zacząć swoją przygodę z BLW. Większość z opisanych rzeczy pokazywałam już na początku istnienia bloga we wpisie o Zakupach BLW, jednak wtedy opisałam tylko swoje pierwsze wrażenie. Dzisiaj, po półrocznym stosowaniu BLW powiem Wam co u nas się sprawdziło, co okazało się tylko gadżetem, a co było zbędne.

Radosna twórczość matki (wyszedł mój infantylizm).

Absolutne „must have” od samego początku:

 1. Krzesełko do karmienia

Sprzęt najdroższy ze wszystkich (chociaż IKEA udowadnia, że niekoniecznie), ale w moim odczuciu niezbędny przy metodzie BLW i chyba w ogóle przy karmieniu dziecka. Jest wygodne dla rodzica, bo dziecko siedzi odpowiednio wysoko i ma zabezpieczenia przed ewentualnym wypadnięciem. Dodatkowo ma tacę, na której można podać jedzenie dla malucha. Krzesełko można zawsze przystawić do stołu i posiłki mogą odbywać się w rodzinnym gronie. Jeśli chcecie wiedzieć, które z krzesełek skradło moje serce, to zapraszam do wpisu porównującego krzesełko IKEA Antilop i Agnieszka II firmy Klupś oraz do recenzji krzesełka Timba firmy Safety 1 st.

Krzes_08
Krzesełko Agnieszka III Safari firmy Klupś

 2. Kubeczek raz! (Albo cztery razy…)

Jak myślę teraz o posiłkach Malucha, to po prostu nie wyobrażam sobie ich bez jednego konkretnego kubeczka. Beż tego małego kawałka plastiku, który w czasie zastygania ktoś kopnął. Innymi słowy: DOIDY to u nas hit i rewelacja. Lekki, kolorowy, ale przede wszystkim mega wygodny dla Malucha. Dużym plusem jest łatwe zmywanie, przez co łatwiej o utrzymanie higieny (a w dziubkach niekapków to nie chcę myśleć co się dzieje). Mamy kubeczek 360, u dziadków był jakiś z dziubkiem (twardym), próbowaliśmy też ze zwykłych szklanek, ale nic nie przebiło Doidy. Tak bardzo jest dla nas wygodny, że Maluch jest posiadaczem czterech (tak, czterech) sztuk tych kubeczków. Jeden w domu, dwa u jednych i drugich dziadków, ostatni u mojej cioci, u której jesteśmy co tydzień raz w tygodniu. Generalnie: tam gdzie często bywamy Maluch ma swój kubek, bo zdarzało się, że zapominałam nasz ze sobą zabrać. Na zdjęciu są tylko trzy. Oprócz nich mamy jeszcze niebieski perłowy. Moim ulubieńcem jest zielony (agrestowy) z brokatem. Maluchowi chyba wszystko jedno.

Trzy z czterech Maluchowych kubeczków Doidy

 3. Śliniak

Trzecia rzecz bez której to się nie uda. Znaczy, uda się, ale nie ręczę za to ile wody zużyje Wam pralka, żeby wyprać te wszystkie pamiątki po obiadach na ubrankach Waszych pociech. Kilka „modeli” śliniaków już przetestowaliśmy z Malcem i chyba nie znaleźliśmy tego jedynego, idealnego. Po pół roku rozszerzania diety Maluch wreszcie dorósł do śliniaków z rękawami, bo wcześniej był do nich za mały (jak się okazuje, te też są różne i też trzeba dobrze wybrać). Jaki wybrać śliniak? Od razu odpuścicie sobie wszystkie piękne materiałowe, bo te po pierwszym użyciu wrzucicie do pralki (ja proponuję do kosza). Mają być łatwo ścieralne, więc sztuczne tworzywo to atut. Fajne są takie, które mają kieszonkę na dole – ona na serio wyłapuje sporo spadających kawałków i ewentualną wyciekającą wodę. Warto też zwrócić uwagę na rozmiar śliniaka. Małe są za małe, ale i te duże mogą być przeszkodą. Mojemu synowi za długie śliniaki zaczepiają się o blat, w efekcie podnoszą się do góry tuż przy brodzie i zamiast chronić przed zalaniem stają się rynienką i woda spływa na szyję a z szyi na ubranko. No i jeszcze sposób zakładania i wiązania. Wiązane – wiadomo, wiąże się dłużej, ale mamy możliwość regulacji. Te na rzepy, praktyczne, szybkie, ale stały rozmiar nie raz sprawił, że pod szyją brak ochrony. Mam też jeden taki zakładany jak kamizelka, myślałam, że będzie hitem, ale chyba Maluch go nie lubi. Osobna grupa to śliniaki z rękawami, które dopiero przetestujemy, ale już mam jedną uwagę. Sprawdźcie czy mają ściągacze przy mankietach. Mamy taki jeden, który ich nie ma i jestem pewna, że Maluch nabierze jedzenia w rękawy. Z dużą nadzieją patrzę na te Ikeowe, które niedawno kupiłam.

Poniżej fotograficzny przegląd naszych śliniaków, ich plusy i minusy.

Śliniak z IKEI. Używamy go najczęściej, ale jest na rzep i pod szyją jest za luźny. Dodatkowo nie ma kieszonki.
Śliniak Canpol Babies. Wiązany, ma kieszonkę, ale trochę się Maluchowi na dole zahacza i balt i tworzy się rynienka na szyję.
Z tym śliniakiem wiązałam duże nadzieje, ale chyba Maluch go nie lubi. Ciągle chce go zdjąć. Kupiony gdzieś na wyjeździe w sklepie Kik
Kupiony w Auchan. Długo był za duży. Nie ma ściągaczy przy rękawach.
Brak ściągacza przy rękawie.
Śliniak z IKEI. Wiążę z nim duże nadzieje. Alaantkowe na zdjęciach pokazują właśnie te śliniaki.
Ściągacze! 😉

 

 

Przydatne, ale niekoniecznie od samego początku.

 4. Łyżeczki (i ewentualne widelczyki)

O łyżeczkach pośrednio było w moim przydługim wpisie. Niby z założenia dziecko je rączkami, więc nie są niezbędne. W dodatku nawet małe metalowe łyżeczki nadają się do dokarmiania, więc w tej kwestii luz – mieć specjalnych łyżeczek nie trzeba. Miło jednak, kiedy dziecko ma swoją własność. Są jednak te wygodne i te zupełnie nietrafione. Są też takie, które nadają się do dokarmiania, a zupełnie nie do samodzielnego jedzenia przez dziecko. A są i takie, których nie rozumiem (tak, trafiłam na taką jedną).

1. Auchan 2. Childhome 3. Rossmann

Moim absolutnym hitem łyżeczkowym (i widelczykowym) jest Childhome oznaczone na zdjęciu numerem 2. Kupiłam na chybił trafił w zestawie z miseczką. Miseczka nie powaliła mnie na kolana (czytajcie akapit poniżej), ale sztućce absolutnie tak. Wygodne do trzymania przez małe rączki, uroczy design. Do tego dobra pojemność, nie są zbyt płaskie (takie to zupy nie nabiorą), ale i nie za głębokie (z tych ciężko dziecku ściągnąć jedzenie). Mój osobisty number one.

Łyżeczka Childhome

Kompletnym nieporozumieniem jest dla mnie łyżeczka i widelczyk oznaczone numerem 1. Najtańszy produkt w Auchan (chyba mnie pokarało, za to że byłam skąpa). Jest za głęboka, ma zbyt szpiczasty koniec, jest niewygodna. Maluch kompletnie sobie z nią nie radzi. Nie kupujcie.

Łyżeczka z Auchan. Za głęboka i za szpiczasta. Tania.

W domu mam jeszcze łyżeczki przeznaczone do karmienia przez rodzica, bo mają długą rączkę i obły kształt. Te oznaczone numerem 3 kupione były w Rossmannie. One przy BLW ujdą w tłoku, ale nie są rewelacją. Często się zdarza, że Maluch wyrwie mi łyżkę z dłoni i sam próbuje wepchać do buzi. Długa rączka sprawia, że jest to bardzo niewygodne.

Łyżeczka z Rossmanna. Wygodna do karmienia, niewygodna do samodzielnego jedzenia.

Podsumowując: kupując łyżeczkę starajcie się wybrać te najbardziej podobne do Childhome 🙂

 5. Miseczka

Obowiązku jej kupowania na samym początku nie ma. Pierwsze nasze próby BLW odbyły się na kolorowej tacy, potem na miseczce z przyssawką. Kolorowa taca była superciekawa, lepsza niż samo jedzenie, a miseczka z przyssawką od wszystkiego się „odssywała” i też lądowała poza blatem. Po prawdzie nadal nie stawiam przed maluchem niczego w miseczce. Czasami gdy chcę go dokarmić łyżeczką nakładam jedzenie do jego własnej, kolorowej miseczki i z niej karmię, ale to bardziej żeby skontrolować ilość zjedzonego posiłku. Jak już Maluch zaspokoi pierwszy głód następuje moment zainteresowania wszystkim w koło i miseczka też zaczyna być bardziej zabawką niż naczyniem. Teraz już jej nie zrzuca, ale bardziej grzebie w niej rączkami, coś przenosi sobie na blacik, coś z blacika do miseczki. Nadal jednak boję się, że w pewnym momencie cała jej zawartość wyląduje na podłodze. Może za bardzo chciałabym utrzymać czystość, może przy BLW nie ma to sensu, ale nie mogę się pogodzić z całą zupą na podłodze i już. Co do samych modeli miseczek, to mamy w domu sztuki dwie i też żadna z nich nie jest hitem. Wielkie nadzieje pokładałam w miseczce Childhome z przyssawką, ale ta nie chciała się przyssać na dłużej do żadnej powierzchni. Na początku niby fajnie się trzymała, ale wystarczyło odwrócić się na 5 minut i już latała w powietrzu.

Miseczka na przyssawkę Childhome. Średnia.

Druga miseczka, to żyrafa z serii ZOO firmy Skip Hop. Miseczka jest bardzo ładna i to jej główny atut. Jest też dobrze dociążona, więc nie wysypuje się z niej łatwo. Mimo wszystko, taką funkcję jaką opisałam powyżej, może pełnić każda miseczka w domu.

Miseczka Skip Hop z żyrafką.

Po pół roku BLW nadal zbędne

6. Talerzyk

Mamy w domu jeden talerzyk, też z firmy Skip Hop i też z żyrafką. I na tym że jest, kończy się jego rola w naszym domu. Tak samo jak miseczka jest ładny, dobrze dociążony. Całkiem spory, z przegródką. Nie mam odwagi na nim dawać Maluchowi jedzenia. Dużo lepiej w tej roli odnajduje się blacik przy krzesełku do jedzenia. Tak więc talerzyk uważam za rzecz na razie zbędą. Na pewno później, jak Maluch będzie bardziej świadomy, to będzie z niego jadł, w końcu to jest jego własność. Na razie leży i czeka na lepsze czasy.

Talerzyk Skip Hop z żyrafką. Nadal nie używamy.

Jak już dobrnęliście do tego ostatniego akapitu to skrótowo podpowiem Wam: jeśli zaczynacie przygodę z BLW koniecznie musicie mieć:

  • Krzesełko do karmienia
  • Śliniak
  • Kubeczek

A później przydaje się:

  • Łyżeczka (ewentualnie widelczyk)
  • Miseczka

Długo nieprzydatne:

  • Talerzyk

Mam nadzieję, że trochę pomogłam.

  • Mój Mały ma półtora roku i od początku jest na BLW. Zupę je sam zwykłą łyżeczką do herbaty bez rozlewania. Trochę mu później wycieka z buzi 🙂 Sam się rwie do jedzenia, zawsze jest ciekawy co mamy na talerzu, ale czasem też odmawia posiłku albo prosi, żeby go nakarmić. Nie trzymałam się sztywno reguł, a to co mnie zachwyca, to to, że nie kupiłam ani jednego słoiczka, a on sam wie co może zjeść. Próbuje chętnie wszystkiego. Je od początku to co my, chociaż jeszcze ssie pierś, także w ciągu dnia. Jak pomyślę co przechodziłam ze starszym, któremu od 4-go miesiąca próbowałam wciskać marchewkę ze słoiczka (zalecenie pediatry), to mnie ciarki przechodzą. No i nie używaliśmy nigdy śliniaka 😉 Wszystko poszło jakoś tak naturalnie, tak jak powinno być. A BLW to tylko dorobiona, chwytliwa teoria i zbiór reguł, których nie trzeba się sztywno trzymać. Trzeba podążać za dzieckiem – tak jak przy chodzeniu czy mówieniu. Trochę się powymądrzałam, ale co tam 😉

Close