Zabraliśmy wózek na spacer, tak, żeby się przewietrzył. Dzisiaj wpis o tym jak dzięki mojemu mężowi chusty nie leżą w domu jako ozdoba.

01

Z okazji niedzieli i z okazji braku innych planów wyszliśmy z mężem i Maluchem na spacer. Wózek, wiadomo, dla dziecka wzięliśmy, nawet z zawartością dziecka w środku. Ale zawartość, po dziesięciu spokojnych minutach zaczyna nam w wózku jęczeć. Nie płakać, jęczeć. Ja już gotowa byłam wracać do domu i zacząć narzekać, jak to inne wszystkie grzeczne dzieci w wózkach ładnie siedzą i leżą, a z naszym wyjść się na chwilę nie da. Mąż mój (mistrz!) stwierdził, że On skoczy na górę po chustę, może się uda. Czekając aż skoczy nakarmiłam Malucha Marudę. Mąż przyniósł chustę, zamotaliśmy ją na Nim i dawaj dziecia do środka. I co? I była cisza.

Poniżej zdjęcie poglądowe jak to się wózek na spacer wyprowadza:

Najpierw wybraliśmy trasę blisko domu, w razie jakby zaczął nam znowu Maluch jęczeć. Mamy w mieście fantastyczny, nowy park rodzinny. Pozwólcie, że Was trochę oprowadzę.

Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale to jest taka wieelka pajęczyna do wspinania się. Są też zjeżdżalnie.

Jestem mistrzynią w robieniu zdjęć, bo chciałam pochwalić się, że są takie wieloryby, ale musicie uwierzyć na słowo, że zdjęcie te wieloryby przedstawia. Mają nawet takie drewniane ogony.

Są takie kule zrobione z wikliny, coś na kształt igloo.

Jest miejsce dla rodziców, są stoliki do gry w szachy, miejsca do gry w boule (można boule wypożyczyć na miejscu).

Główną atrakcją jest jednak fontanna, po której można chodzić i się zamoczyć. Niestety, z racji suszy włączony ma tryb oszczędnościowy i nie wyszła okazale.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie poglądowe, coby wózkowi nie było smutno, że samotny.

Zachęceni spokojnym spacerem ruszyliśmy dalej w drogę, aż Dzieć się nam pospał. Odczekaliśmy chwilkę, wymotaliśmy chłopaków i młodszego wsadziliśmy do wózka. Pospacerowaliśmy jeszcze z 1,5 godziny, i nawet udało nam się wstąpić do marketu po pieczywo na poniedziałek. Czaaad!.

A teraz o tym jak to się stało, że mamy w domu chusty. Otóż, dzięki temu, że będąc w ciąży przemierzałam czeluście internetu natrafiałam na różne świetne rzeczy dla dzieci. Chusty zachwyciły mnie dzięki lekturze drugiego bloga Pauliny (domowa.tv), tej od słynnego bloga kulinarnego kotlet.tv. Spodobało mi się, że dzieci są praktycznie ciągle przytulane. Na zdjęciach widać, że to lubią (chociaż Paulina nie pokazuje twarzy dzieciaków), ale widać też, że rodzicom sprawia to ogromną frajdę. No i świetnie wygląda! A same chusty są przepiękne. Początkowo nie wiedząc co i jak zakupiłam nową chustę w kolorach męskich (no bo sobie pomyślałam – skoro to chłopak będzie, to tak trzeba). Niby fajnie, ale chemii nie było…ale potem trafiłam na grupę sprzedażową na fejsbuku. Poczytałam, że dziewczyny noszą chłopców i w tęczach i w różu – totalny odlot. Swoją sprzedałam, a kupiłam długą, tkaną, Hoppediz Montreal, w kolorach niebieskich, granatowych, trochę jeansowych. I była love.

Wybaczcie wyjściowe buty, zdjęcie robione w warunkach domowych.

Potem dowiedziałam się o plusach chust kółkowych (m.in szybciej się je mota) i dawaj – poszukiwania zaczęłam. Chciałam coś megasłitaśnego. Wpadła mi w ręce piękna tęcza (Agat Littlefrog). Przyszła pocztą, ale okazała się trochę za krótka, żebym mogła komfortowo nosić, a co dopiero mąż (a piękna była).

Mimo miłości ogromnej sprzedałam chustę i znalazłam nową, dłuższą, też piękną. Lazurowe echo Littlefrog, to ta co na zdjęciach ma na sobie mój mąż.

I gdyby nie On, to pewnie bym w ogóle dziecka nie nosiła, bo to On częściej chce się zamotać. W ogóle, im Maluch jest starszy, tym mniej boję się go zamotać, sztywniejszy jest i w ogóle. Jeszcze inną sprawą jest, że jak ja noszę Syna, to on od razu szuka u mnie piersi i chce jeść, a u męża zawsze się uspokaja.

A na koniec wyjaśnienie: NIE jestem specjalistą od wiązania/motania/noszenia chust. Jestem świadoma, że nie do końca dobrze motam i na pewno widać to na zdjęciu. Jak się trochę wzbogacimy, to planuję wizytę doradcy chustowego, żeby powiedział co źle i nauczył „wrzucać” na plecy. Ale, jeśli czytasz ten wpis i jakimś cudem znasz się na chustach zostaw ślad, powiedz co jest nie tak, daj jakąś dobrą radę. A po profesjonalnie opisane chusty odsyłam do bloga domowa.tv. Dziękuję za uwagę.

  • Też byłam chustową maniaczką. Pierwszą chustę (podobną do tej tęczowej) typu Lulu wygrałam, ale jakoś nie pokochałyśmy się i sprzedałam. Następną kupiłam tkaną … i się zakochałam. Uczyłam się wiązać jak mały spał na lalce 🙂 wg instrukcji dodanej przez producenta i szukałam na you tubie jak inne dziewczyny pokazują … im częściej nosiłam tym łatwiej było wiązać.