Wiem, że ostatnio trochę temat odczarowywania porodu na moim blogasie ucichł nieco, ale właśnie wrócił. W tym oto poście możecie znów przeczytać czyjeś wspomnienia z porodu. Dobrego porodu, pragnę zaznaczyć. Zapraszam serdecznie do lektury.

happiness

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, a raczej obudziłam się pewnej niedzieli i po prostu wiedziałam, że jestem w ciąży a test i późniejsze badania to potwierdziły nie był to dla mnie moment szalonej radości, podskoków i szczęścia.  Bardzo się wystraszyłam i byłam zła, że zamiast się cieszyć ja wpadłam w histeryczny płacz. Męża nie było w domu, więc od razu zadzwoniłam do mojej siostry, która oczywiście mnie uspokoiła, pocieszyła i wlała radość! Jestem młodsza i tak to się u nas ułożyło, że zawsze brałam z niej przykład. A że ona w miarę niedawno rodziła to była dla mnie skarbnicą wiedzy (jak zawsze z resztą). No i od tej pory miało być tak jak ona, szkoła rodzenia ta sama, pierwsze skurcze oczywiście tak samo w nocy, kąpiel, porządne śniadanie, Święta Zofia, Dom Narodzin. Plan idealny.

No i rzeczywiście szło jak z płatka, ciąża super, dzieciątko zdrowe, kwalifikacja do Domu Narodzin wzorowo, było dobrze, czułam się bezpiecznie, to co znamy mniej nas boli i zaskakuje. Pierwsze skurcze nad ranem, kąpiel, porządne śniadanie, skurcze co 5min., więc Święta Zofia i… „nie ma miejsca”,  HA! Przecież mamy kwalifikację do DN „trzy pokoje, trzy rodzące, nie ma miejsca”,  zaświadczenie ze szkoły rodzenia pod patronatem Zofii  „nie ma miejsca”, no to normalna sala ? „nie ma absolutnie miejsca, jest nawał porodów proszę Państwa”.

Badanie, KTG „ Rzeczywiście jest pani w porodzie,  ale nie ma mowy, nie przyjmiemy pani. To szybka decyzja,  szukamy miejsca w innym szpitalu, tak?”  powiedział lekarz i bardzo wymownie pokiwał głową. Ja na męża, mąż na mnie, ok. „No to gdzie pani jeszcze chciała rodzić?”, Karowa „nie ma miejsca”,  na Madalińskiego „nie ma miejsca”, Starynkiewicza , zgadniecie? „ nie ma miejsca”, lekarz obdzwonił wszystkie możliwe szpitale „no! W Instytucie Matki i Dziecka lekarz zdecydował, że Państwa przyjmą”. No to jedziemy. Oczywiście do zaparkowania „nie ma miejsca”.  Do bloku ginekologiczno-położniczego trzeba było trochę przejść, nie muszę chyba przypominać, że byłam w trakcie porodu. Dwa razy pytaliśmy o drogę do budynku, dooooobra, jakoś doszliśmy. Izba przyjęć a tam położne ze świetnie znanym  nam tekstem… „czy ten lekarz zwariował?!?! Przecież NIE MA MIEJSCA, proszę czekać w poczekalni” a tam: ciężarne, matki z dziećmi, starsze panie, młodsze panie, panowie i my, czyli ja już na etapie głośniejszego jęczenia przy skurczu  i mój mąż wkurzony, ale pięknie trzymający fason bo nic a nic nie dał po sobie poznać i bardzo mnie wspierał.

W końcu, badanie, KTG „jest pani w porodzie, proszę się przebrać” Finally! „ale na Sali porodowej jeszcze nie ma miejsca, więc proszę czekać na korytarzu” no to czekamy.

Jest! Jest miejsce! Szybko na salę porodową bo jeszcze ktoś nas uprzedzi, jest łóżko, są położne i cztery oprócz mnie kobiety rodzące „przepraszamy, ale dziś jest tyle porodów, ze korzystamy z sali zapasowej”.

I w sumie na tym się kończy moja opowieść bo na sali porodowej odłączyłam się totalnie od świata, po prostu zezwierzęciłam (jak to babka w szkole rodzenia nazwala) i sam poród był dobry, szybki i w miarę bezbolesny (skoro wytrzymałam tyle w poczekalni i na korytarzu znaczy, że nie bolało aż tak), bez znieczulenia (było za późno) parte 28 minut i moja córeczka była już na świecie.

Później mąż mi tylko napomknął, że rodziliśmy na dostawianym łóżku obok miejsca do mycia narzędzi, a na teren szpitala można było wjechać i to pod sam budynek, ale to już nie miało najmniejszego znaczenia bo byliśmy we trójkę, najszczęśliwsi na całym świecie i wszechświecie, nie ważne gdzie, ważne, że razem.

Następnego dnia przeszłam się z malutką po korytarzu i doszłam do „mojej” sali porodowej a tam żywej duszy nie spotkałyśmy, cisza i spokój, nikogo, żadnej rodzącej,  żadnej położnej, żadnego lekarza tylko cisza.

Cóż, nie było tak samo- nigdy nie jest. Mam kolegę, który był kiedyś znany z powiedzonka „ tak samo tylko trochę inaczej” i tak właśnie było.


Uważam, że ta opowieść jest bardzo cenna pośród wszystkich innych opowieści. Opisuje ona bowiem to, czego kobiety bardzo się boją: że zostaną odesłane ze szpitala, w którym chcą rodzić. Okazuje się, że nawet w takim przypadku, udaje się zachować zimną krew (pomimo zamroczenia w czasie skurczy). Po raz kolejny też, okazuje się, że mąż/partner jest niesamowitą podporą w tym ważnym i trudnym wydarzeniu. A wy co myślicie?

Nadal zachęcam wszystkich z Was, do dzielenia się ze mną swoimi dobrymi opowieściami porodowymi. Burzmy tą opinię, że to Sodoma, Gomora i koniec świata.

Wszystkie inne opowieści z serii „Odczaruj poród” znajdziecie tutaj.

UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się ze światem swoim dobrym porodem w ramach akcji Odczaruj poród, to koniecznie napiszcie do mnie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie porodowe.

Mój mail: kontakt@wyrodna.com

Podziel się dobrym porodem!

  • Emilia

    Historia faktycznie jak z koszmaru każdej rodzącej, na szczęście z happyendem 🙂
    Ja najbardziej się bałam, że jeśli nie uda mi się rodzić w wybranym szpitalu to w innym nie będzie już takiego poszanowania „natury” porodu – czyli trafię na położne z poprzedniej epoki i usłyszę „nie jęczeć, zostawić siły bo się zmęczy, chodzić? Fanaberia! Parcie w innej pozycji? Fanaberia! KTG i leżeć!”. Wspaniale, że autorce, chociaż w „spartańskich” warunkach udało się urodzić po swojemu 🙂

    • No niestety różne są podejścia w różnych szpitalach. Też tego najbardziej się bałam 🙂

  • Jako mąż, który towarzyszył swej Żonie, powiem, że warto! Chociaż nie do końca było tak, jak chcieliśmy, dzisiaj wiem, że byłbym z nią znowu. 🙂

    • Ja uważam, że każdy facet powinien to przeżyć. Myślę, że wtedy buduje się niesamowita więź 🙂 No i facet jest w stanie lepiej zrozumieć co faktycznie przeżywa kobieta w czasie porodu

      • Ze mną też był mąż przy obu porodach i tak naprawdę nie wyobrażam sobie być tam sama, bez niego. To on dał mi największe oparcie, największe poczucie bezpieczeństwa i wiedziałam, że zrobi wszystko, abym miała jak najlepszą opiekę 🙂

      • Znam takich, którym by to naprawdę zaszkodziło. Jak również spotkałem kobiety, które nie chciały towarzystwa męża.

      • Ale jak nie chce, uszanujmy to! Znam pary, którym wspólny poród nie pomógł, wręcz przeciwnie – zaszkodził.

  • Straszna ta historia, ale warto przejść wszystko dla maleństwa, chciałabym żeby były tylko dobre historie.

    • No według mnie to był właśnie dobry poród. Historia pokazuje, że kobieta potrafi nie załamać się w tej trudnej sytuacji. Że mimo tego da sobie radę i tak 🙂 Ta historia pokazuje, że cokolwiek się dzieje, to nadal poród może być pozytywnym przeżyciem.

  • Ja bardzo się bałam, że spotka mnie coś podobnego. Mialam upatrzony szpital, na którym bardzo mi zależało i drugi gorszy rezerwowy. Na szczęście były miejsca. Dzień później ich zabrakło ? u mnie 15 min parcia i Kakaludek był już z nami ❤

    • Ja też trafiłam na dzień, w którym dużo było rodzących, ale też udało się znaleźć dla nas miejsce. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby odesłali nas gdzieś indziej…

Close