Bardzo się cieszę, że otrzymałam kolejną opowieść porodową do serii „Odczaruj poród”. Mamy już dwie opowieści, a to oznacza, że już powoli można zaczynać mówić o cyklu wpisów a nie o jednej sporadycznej notce. Przeczytajcie proszę. Na końcu pozwoliłam sobie na komentarz.

 Odczaruj_02_Nic_nie_bylo_wg_planu

Dobry poród?

Czy był dobry, nie wiem – chyba tak, chociaż kompletnie NIC nie przebiegło tak jak chciałam i niekoniecznie umiem spojrzeć na samą „akcję”, bez pamiętania o tym, co się działo przed.

Jak miało być?

Miało być 100% naturalnie – skurcze w domu jak najdłużej, w spokoju jakiś posiłek, może spacer i dopiero do szpitala, najlepiej do Domu Narodzin, a tam w spokojnej atmosferze spokojny poród, bez znieczulenia, bez żadnych interwencji medycznych. Do ostatniej chwili byłam bardzo aktywna. Oj, odgrażałam się, że jeśli to będzie wtorek lub piątek to z pierwszymi skurczami jeszcze na zumbę przyjdę!

Ale tak nie było.

A jak było?

9 tc – zmiana na jajniku, może utrudnić naturalny poród. Więc już pierwszy zgrzyt, ale będziemy czekać i obserwować. Niemniej – lepiej nie liczyć na Dom Narodzin. Ostatecznie poród SN był w 100% możliwy, na szczęście!

24 tc – cukrzyca! No niby nie tragedia, zdarza się, ale o Domu Narodzin mogę zapomnieć. Cóż, urodzę na zwykłej porodówce, trudno.

37 tc – dieta nie wystarcza, konieczna insulina na noc. I w tym momencie wszystkie oczekiwania dotyczące porodu znikły. Albo urodzę sama najpóźniej tydzień przed terminem, albo widzimy się na patologii ciąży i kończymy ten interes.

Oczywiście robiłam wszystko, żeby mój lokator wyskoczył wcześniej, ale nie zamierzał. 1maja wieczorem pojawiłam się na oddziale patologii ciąży. Szczegółów pobytu oszczędzę, dość napisać, że próby wywołania porodu były mało przyjemne a frustracja wywołana pobytem w szpitalu nie pomagała, chociaż na podejście lekarzy, położnych i studentek nie mogę powiedzieć niemal ani jednego złego słowa! Cały pobyt wszyscy mili, uprzejmi, wyrozumiali, chociaż nieraz nie ułatwiałam im pracy.

6 maja po raz drugi podpięto mi kroplówkę z oksytocyną, mającą wywołać skurcze i poród. Byłam już coraz bardziej zmęczona, jednak postanowiłam spróbować się zrelaksować. Czekałam na koleżankę, która zaoferowała się, że posiedzi ze mną póki mój mąż nie skończy pracy i do mnie nie dołączy. Dodam, że podawanie takiej kroplówki trwa 6 godzin, w trakcie których zalecane jest poruszanie się, więc jakieś towarzystwo do chodzenia po korytarzach jest bardzo potrzebne! Zatem czekałam leżąc pod obowiązkowym na początku indukcji zapisem ktg, położono mnie całkowicie płasko więc nie mogłam nawet czytać książki ani bawić się telefonem. Dla zabicia czasu włączyłam w słuchawkach muzykę, podśpiewywałam, wybijałam sobie rytm itp. Widziałam, że zapisują się jakieś skurcze, ale to chyba normalne przy kroplówce…W końcu przyszła jedna z pań studentek by mnie odłączyć i pozwolić chodzić. W tym momencie poczułam, jak coś ze mnie leci. Tak szybko jak mi stojak z kroplówką pozwolił pobiegłam do toalety. Lało się coraz więcej, więc pani studentka poleciała po położną. Test pokazał, że odeszły mi wody i poszłam do gabinetu na badanie. Zadzwoniłam po męża by uciekał z pracy i przyjeżdżał, bo się zaczęło!

W międzyczasie zaczęłam się pakować, by przenieść się na blok porodowy, bo za jakąś godzinę miała się zwolnić dla mnie sala. Mąż po godzinie przyjechał, pomógł mi spakować rzeczy i tak chodziliśmy po korytarzu a skurcze się nasilały. Kiedy były już co 4 minuty znowu położono mnie pod zapis ktg. I to niestety było bardzo nieprzyjemne – ze względu na cukrzycę mogłam pić wodę lub sok jabłkowy rozcieńczony i kiedy leżałam czułam, że robi mi się niedobrze, zimno, słabo i zasypiam. Bałam się o poziom glikemii, ale pomiar pokazał prawidłowy wynik. Położna mówiła, że tak to może być podczas leżenia. Zapis się przedłużał, bo położnym nie podobało się tętno dziecka, ale w końcu mnie odpięły i mogłam chodzić. Natychmiast wstąpiły we mnie nowe siły! Chodziliśmy po korytarzu mierząc skurcze i rozmawiając, bo tak mi było najlepiej. Skurcze dochodziły już do dwóch minut i bolały coraz bardziej, ale na salę trzeba było poczekać, bo podobno co chwila na izbie przyjęć pojawiał się ktoś, kto urodzi dużo szybciej niż ja. Jedna z położnych chciała nauczyć męża masażu, który dodatkowo by mi ulżył, ale jakikolwiek dotyk mnie drażnił, więc odpuściliśmy. Ogólnie ból znosiłam bardzo dobrze – w czasie skurczu kręciłam biodrami jak do salsy i głęboko oddychałam, później już  „wokalizowałam”. Położne i studentki były bardzo zaskoczone, bo do tej pory nawet płukanie wenflonu było okupione strasznym marudzeniem i narzekaniem, a wymiana pojękiwaniem że boli. Najbardziej szokowało je to, że pomiędzy skurczami zupełnie normalnie z nimi rozmawiałam, jak zaczynał się skurcz mówiłam „momencik proszę”, radziłam sobie z bólem a później wracałam do rozmowy.

Wreszcie skurcze zaczęły się robić męczące, więc postanowiłam wejść pod prysznic. To pomogło, ale nie postałam długo bo w końcu zawołali mnie na blok porodowy. Już w windzie mówiłam, że chcę z powrotem do wody a w ogóle to znieczulenie najszybciej, jak się da. Skurcze, jak to przy indukcji, były już bardzo mocne, poród postępował bardzo szybko, ale droga do końca była jeszcze daleka. Wiedziałam, że jestem coraz bardziej zmęczona i jeśli to potrwa jeszcze kilka godzin to już nie będę miała siły przeć i poród może skończyć się w najlepszym razie boleśnie i bardzo nieprzyjemnie, w najgorszym razie cesarskim cięciem, a tego bardzo chciałam uniknąć. Na sali podłączono mnie znowu pod ktg i zaczęłam zasypiać między skurczami. Na lewym boku były do zniesienia, ale i tak tylko czekałam aż mnie odłączą, w międzyczasie dostałam kroplówkę z elektrolitami, bo w końcu była już 18 a ja ostatnie co jadłam to śniadanie ok. 8, przed podaniem oxytocyny! Skurcze co prawda nie chciały się zapisywać, ale położna zgodziła się, że słyszy, że są regularne.

Po 20 minutach mnie odpięła, zbadała i posadziła na piłkę, a ja powiedziałam, że skoro rozwarcie już pozwala to poproszę znieczulenie. Dostałam do podpisania formularz, który między skurczami mąż mi przeczytał. Kazałam mu podpisać za mnie pod nieobecność położnej i za moment anestezjolodzy u mnie byli. Nie poruszenie się podczas podawania nie było łatwe, ale dałam radę i za chwilę poczułam przyjemne zimno biegnące wzdłuż pleców. Kazano mi położyć się na plecach, znowu podłączono ktg, żeby zobaczyć czy dziecko dobrze zareagowało i pytano o odczucia. Po chwili skurcze czułam, ale już nie bolały. Ulga niesamowita! Mówiłam nawet, że w zasadzie to mogłabym się trochę przespać, ale teraz mi tak dobrze, że nie chcę. W międzyczasie zmienił się dyżur i przyszła druga położna, pani Monika Byczek razem ze studentką. Zbadały mnie i okazało się, że w ciągu niespełna 30 minut rozwarcie zwiększyło się z 3 na 8 cm! Wiedziałam, że niedługo już będzie po wszystkim i spytałam, czy wyrobimy się w 1,5 godziny żeby znieczulenie działało jeszcze do ewentualnego szycia. Panie stwierdziły, że niezła perfekcjonistka ze mnie – muszę mieć wszystko dokładnie zaplanowane!

Skurcze parte pojawiły się niedługo później i niestety, za tą część porodu jestem najbardziej zła na siebie. Doskonale wiedziałam, czego panie ode mnie oczekują i którymi mięśniami mam pracować, ale nie byłam w stanie wyłączyć innych mięśni i bardzo walczyłam z ciałem skupiając się nie na tym, co trzeba. 3 razy panie zmieniały mi pozycje, ale ta, w której było mi najlepiej, dawała najmniejsze efekty. W końcu miałam wrażenie, że chyba nigdy nie urodzę, że mam już dość, ale wiedziałam, że wyjścia nie mam – muszę się jeszcze trochę wysilić. W pewnym momencie poczułam uszczypnięcie i spytałam, czy to nacięcie. Pani znowu była zaskoczona, że jednocześnie jęcząc, że nie dam rady, tak bardzo chcę panować nad tym, co się dzieje dookoła! W pewnym momencie złapała moją rękę i położyła na główce dziecka. Wiem, że wielu kobietom daje to mnóstwo siły, ale mi nie pomogło – wystraszyłam się i zamiast przeć to wypuściłam powietrze. Wiedziałam, że teraz to już naprawdę moment i…zaczęłam krzyczeć ze strachu czując, jak mały wychodzi coraz bardziej. Nie miałam pojęcia, że potrafię wydawać z siebie takie dźwięki! Podziwiam mojego męża, że wtedy nie uciekł z sali, a on twardo przytrzymywał mi głowę, tak jak kazała położna.

Za moment otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą…coś! Białe, śliskie, dziwne…dziecko tuż po urodzeniu! Za chwilę go wytarli, owinęli w ogrzane przez tatę pieluchy i położyli na mnie. Był bardzo spokojny, aż przerażona pytałam, czy wszystko z nim w porządku, czy w ogóle oddycha. Oddychał, leciutko miauknął a potem już tylko sobie leżał. Ja dostałam jeszcze odrobinę oxytocyny, żeby pozbyć się łożyska a później zostałam zszyta. Nacięcie było maleńkie, usłyszałam, że takie nacięcie to nie nacięcie wręcz, sama nie pękłam wcale i że gdybym tak strasznie nie walczyła to nawet i tego nacięcia by nie było. Podobno miałam tyle siły, że gdybym od razu ją odpowiednio skierowała to mały wyskoczyłby w 2-3 skurczach, a tak męczyłam się ok. 50 minut. Niemniej usłyszałam, że poszło mi bardzo dobrze i odpowiedziałam, że ja za to podziwiam świętą cierpliwość do takich pacjentek.

Po 2 godzinach kociaka wzięli na chwilę do badania, ubrali, a właściwie tata ubierał, a mi pani studentka pomogła wziąć prysznic i przyniosła obiad, odłożony jeszcze z patologii. Później niestety mąż musiał się już zbierać, było dobrze po północy. Ze względu na brak miejsc na oddziale zostałam w posprzątanej sali porodowej, a za chwilę przywieziono jeszcze jedną panią, która urodziła godzinę po mnie. Z wrażenia całą noc nie spałam, wzięłam kociaka do siebie, bo w „mydelniczce” pomiaukiwał i tak sobie na niego patrzyłam do rana, zastanawiając się jak to teraz z nim będzie. Ale jakoś jest – raz łatwiej raz trudniej, ale nie tracimy z mężem zimnej krwi i staramy się jak najlepiej radzić ze wszystkim, co nas potrafi zaskoczyć i coraz trudniej sobie wyobrazić, że kiedyś tego kociaka z nami nie było!

Podsumowując – gdyby poród wyglądał tak jak opisałam od odejścia wód, mogłabym powiedzieć, że był dobry a nawet bardzo dobry. Trwał łącznie 8 godzin, a od podania znieczulenia po 2 godzinach było już po wszystkim. Jednak zmęczenie szpitalem i całym tym „pastwieniem się” nade mną powoduje, że nie do końca jestem zadowolona – wiem, że bolał bardziej i nie miał takiej atmosfery, jaką sobie na to wydarzenie wymarzyłam.

Emilia

—————————————————————————-

Po przeczytaniu tej opowieści naszła mnie myśl, że może to co wypisywałam w poście o tym jak przygotować się do porodu, to same bzdury. Poczułam trochę pokory, bo przecież nie doświadczyłam innych scenariuszy porodu. Na jakiej podstawie mogę się wymądrzać i radzić co robić przed porodem? Gdy uczestniczyłam w kręgu opowieści porodowych prowadząca powiedziała takie zdanie (parafrazuję): „Trzeba o porodzie myśleć pozytywnie, ale należy też nastawić się na to, że WSZYSTKO może się zmienić. Czasami niedobrze jest nastawić się tylko na jeden możliwy scenariusz.” I może dlatego autorka powyższego tekstu ma wątpliwości czy miała dobry poród oraz, jak wspomniała „jest na siebie zła” za zachowanie w którejś z faz porodu. Osobiście uważam, że NIEPOTRZEBNIE! Poród to przeżycie „graniczne” – nigdy nie wiesz jak zachowasz się Ty, jak zachowa się Twoje ciało w takiej ważnej chwili! Nie przygotujesz się do tego, to Cię zaskoczy, choćbyś nie wiem ile o porodach czytała lub widziała. Wg mnie to był dobry poród z poszanowaniem godności, ze świetnym (tak wnioskuję z opisu) podejściem personelu do rodzącej.

Autorce gratuluję ślicznego dzieciaczka! I bardzo dziękuję, bo jest jedną z pierwszych i stałych czytelniczek, a te są na wagę złota. Trzymajcie się mocno! Gorąco pozdrawiam.

 


UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się ze światem swoim dobrym porodem w ramach akcji Odczaruj poród, to koniecznie napiszcie do mnie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie porodowe.

Mój mail: kontakt@wyrodna.com

Podziel się dobrym porodem!

Zapraszam do poczytania innych wpisów z serii Odczaruj Poród.

  • Zgadzam się z Twoim komentarzem. Całkowicie. To był dobry poród. No i sama opowieść też jest świetna.
    Pozdrawiam!

    Ps. A takie spotkanie typu „krąg opowieści porodowych”, to jest tylko dla kobiet? Zgaduję, że tak…

    • wyrodna-matka

      Zgadzam się, świetna opowieść.
      Krąg opowieści z samego założenia jest kobiecy. Ma za zadanie skupić tylko kobiety, żeby nie było problemów z opowiadaniem o różnych, nieraz intymnych szczegółach porodów. Żeby kobiety się nie wstydziły. Bo tylko kobieta jest w stanie w pełni zrozumieć jak to jest. Ja wiem, że faceci próbują, ale nie da się tego opisać, to trzeba odczuć na własnej skórze.
      Chociaż jestem pewna, że są jakieś takie spotkania otwarte na panów – trzeba poszukać 🙂 Albo samemu zorganizować 😀

  • ~Emilia

    Spotkania dla Panów są organizowane przez Salon Kobiet, były chyba już dwa takie 🙂

    Tak jeszcze w ramach komentarza mogę tylko dodać, że ogólnie pozytywne nastawienie do porodu mimo wszystko bardzo pomogło, z gabinetu po badaniu i stwierdzeniu, że faktycznie rodzę wychodziłam z ogromnym uśmiechem że to JUŻ, że wreszcie się doczekałam 🙂
    A z tym parciem – no już taka jestem, że chcę nad wszystkim panować, wszystko kontrolować i górę wzięło moje „ego”, że jak to – przecież byłam taka aktywna, tyle ćwiczyłam, tak dobrze umiałam skupić się na pracy odpowiednich mięśni a teraz okazuje się, że nie umiem ;)Ale następnym razem będę wiedziała 😛

Close