Nadszedł czas na kolejną opowieść z cyklu „Odczaruj poród”. Tym razem, wraz z autorką, zwrócimy Waszą uwagę na świadome przeżywanie porodu, kładziemy nacisk na wiedzę i nie ufanie ślepo jednemu lekarzowi, tylko szukanie odpowiedzi na nurtujące nas problemy. No i przeczytacie też, że warto nie spinać się, tylko przyjmować to co nam poród przyniesie.

Autorką poniższej opowieści jest Sylwia, która, oprócz bycia mamą jest też blogerką. Pewnie to właśnie dlatego, jako pierwsza zdecydowała się pokazać szereg zdjęć z tego dnia. Postać Sylwii przybliżymy Wam zaraz po jej historii porodowej. A teraz już zostawiam Was z Sylwią i jednym z najważniejszych dni w jej życiu.


Ostudzone przygotowania

Ciąża nie była dla nas zaskoczeniem, ale wyczekiwaną radością. Mimo wszystko wraz z dwoma kreskami na teście ciążowym pojawiło się mnóstwo pytań, godziny zdobywania wiedzy o porodzie, o tym jak wyglądają brzuchate dolegliwości i wiele innych ( z poszukiwaniem ginekologa na czele). Na początku naszej drogi napotkaliśmy jednak na irytującą ścianę „Ma pani za małą miednicę – to widać”. I pomimo, że wiedziałam, że mój zewnętrzny wygląd nie ma nic do rzeczy jeśli chodzi o sam poród, w uszach brzęczały mi te słowa. Najgorsze było to, że mój ginekolog prowadzący ciążę właśnie takie zdanie sam prezentował… A że była to moja pierwsza ciąża, zbierałam się 7 miesięcy żeby się temu wszystkiemu przeciwstawić. I obydwoje z mężem nie żałujemy, że spróbowaliśmy.

Pierwsze kroki „walki z systemem”

Po prawie siedmiu miesiącach wysłuchiwania od różnych osób o tym czego w ciąży nie powinnam robić, do czego nie jestem już zdolna i dlaczego profilaktycznie powinnam leżeć pomimo żadnych medycznych wskazań, postanowiłam powiedzieć temu stop. Jedyną osobą, która wspierała mnie w tym w 100% był mój mąż. Pozostała część rodziny obawiała się trochę, że podchodzimy do sprawy zbyt brawurowo – my jednak wiedzieliśmy, że zdrowy rozsądek zamiast profilaktycznego strachu to nie brawura.

Jako pierwsze na tapetę wzięliśmy wyniki badań, które zaczęliśmy konsultować z innymi lekarzami. Okazało się, że nie każdy widzi w nich „wyrok śmierci”, a opinie były tak różne (jak dzień i noc), że tym bardziej postanowiliśmy zaufać instynktowi. Instynkt natomiast podpowiadał nam, że pomimo, że mój ginekolog prowadzący ciążę nakazał mi już teraz zapisać się na planowane cesarskie cięcie ze wskazań związanych z moją budową ciała, to my stwierdziliśmy, że nasze dziecko będzie miało szansę przyjść na świat drogami natury… Ale nie za wszelką cenę.

Nie chcieliśmy samodzielnie kwestionować opinii jedynego dotąd prowadzącego moją ciążę lekarza… Więc wyszukałam w internecie informacje o najróżniejszych specjalistach przeprowadzających fachowe kwalifikacje do porodu siłami natury. Szukaliśmy szpitali przyjaznych takiemu rozwiązaniu ciąży oraz lekarzy dla których taki poród to jedyne dobre wyjście. Udało się. W 7 i 8 miesiącu ciąży zasięgnęliśmy opinii kilku położnych i odbyłam kwalifikację w 2 różnych szpitalach. Nikt nawet nie wspomniał o cesarskim cięciu. Wszyscy twierdzili, że próba porodu siłami natury jest jak najbardziej możliwa – a w razie jakichkolwiek komplikacji zapewnili nas o możliwości przeprowadzenia cesarskiego cięcia – jak w każdym innym przypadku. Nikt nie traktował mnie jak „ciężki przypadek” – od tego momentu byłam „normalnym przypadkiem”.

Zniecierpliwienie

Dziewiąty miesiąc mojej ciąży… No był to czas oczekiwania możliwie jak najszybszego rozwiązania – zaplanowałam sobie, że bobas urodzi się w 38 tygodniu – donoszony ale nie grubiutki, żeby łatwiej było go wydostać… Niestety bobas tak nie zaplanował! Nie pomogło skakanie na piłce i inne czary. W tym żebym na 4 dni przed porodem trafiła do szpitala pomogła jednak kolka nerkowa i ponad 38 stopni gorączki 😉 A tu dalej nic i nic i nic…

Coś poszło nie tak

Szpital na cztery dni przed wyznaczonym terminem porodu to coś czego każdy chce uniknąć. Ja jednak oczywiście dokładnie wtedy musiałam tej paskudnej gorączki dostać (na co po przyjęciu na oddział usłyszałam, że wyjdę już z dzieckiem…). No i tak sobie kicałam po schodach na Krakowskim Oddziale Patologii Ciąży w Szpitalu im. Żeromskiego, i dokładnie o 23:30 na pół godziny przed dniem wyznaczonego terminu porodu rozpoczęły się skurcze! Sprawdzenie rozwarcia przez położną – przerażenie w jej oczach (najwyraźniej kryzys siódmego centymetra mnie nie dopadł, bo na porodówkę szłam już prawie z dziewięciocentymetrowym). Telefon do męża, że może już wpadać, jeśli ma ochotę na ten nasz rodzinny porodzik i lecimy z tym koksem… Później okazało się, ze miałam ogromne szczęście, że na oddziale już wcześniej byłam, ponieważ wiele ciężarnych tej nocy odesłano dalej! Z tego co pamiętam porodów było około 15 jednej nocy!

Wizyta na porodówce

Na porodówkę trafiłam jeszcze przed północą. Sala po prostu super – piłki, łóżko, wanna, drabinki, i miejsce dla nowego bobasa (bo szpital był przyjazny porodom rodzinnym).

Położna miła, jednak nie bardzo uczestnicząca. Ja za to pacjent idealny – nie krzyczę, nie wołam, wiem co robić – kręcę się na piłce (zajęcia w szkole rodzenia nie poszły w las!). Na pytania położnej „Podać znieczulenie?” Odpowiadam „Nie no, nie trzeba, nie jest tak źle”. No i nie było. Skurcze do kitu – bolą – ale jak przestają boleć, to nawet można usiąść i pogadać, pośmiać się, zadzwonić do mamy. Czekamy na pełne rozwarcie i dajemy czadu…

Pełne rozwarcie jest, mijają godziny a ja ze zmęczenia między skurczami zasypiam. Wody się sączą. Przychodzi jeden lekarz i mówi, że główka wysoko, drugi potwierdza i zapada decyzja, że poród naturalny raczej się nie wydarzy, bo dziecko jest niefortunnie ułożone. Po 9 godzinach wspaniałego porodu siłami natury poczułam ulgę i zgodziłam się na cięcie – nie miałam już sił, szczególnie że przed porodem nie miałam czasu na sen (zaczął się późnym wieczorem). Nikt nas nie zmuszał do podjęcia tej decyzji, ale dziś czujemy z mężem niedosyt wsparcia ze strony personelu medycznego (dlatego teraz przygotowujemy się do porodu siłami natury po cesarce – walczymy do ostatnich sił).

Zwiedzanie sali operacyjnej

Akurat przyszedł czas na zmianę położnych. Opiekę nade mną objęła najcieplejsza osobą jaką spotkałam w życiu. Taktowała mnie jak małego kotka, mówiła do mnie delikatnie i dodawała otuchy. Podała konieczne przed operacja kroplówki, jeszcze raz sprawdzono, czy mała jednak nie ma zamiaru wyjść i zabrano na salę operacyjną. A tam kolejne zaskoczenie – widzę tylko cudze oczy, ale żadnej twarzy – wszyscy schowani za maskami ☺

Potraktowali mnie jak… rodzącą nową mamę

Nigdy nie zapomnę oczu anestezjolog – były piękne – a że jej słowa dodawały mi otuchy, tym bardziej te wielkie oczyska zapadły mi w pamięć. Podając mi znieczulenie poprosiła żebym się nie ruszała. Z przodu pomagała mi w tym położna. Kiedy igła trafiła w rdzeń kręgowy z całej siły bezwiednie kopnęłam tę położną w udo. Zaczęłam się śmiać i przepraszać, że nikt mnie nie uprzedził, ze to może się stać. Nie wyglądała na zaskoczoną.

I wtedy burza ucichła… Skurcze, które wtedy występowały co półtorej minuty zaczęły cichnąć i szybciutko zniknęły. Ja z pomocą lekarzy położyłam się na stole i wiedziałam, że już za chwilę zobaczę moją córeczkę. Cały czas myślałam o moim mężu, który czekał na nas dosłownie 3 metry od stołu operacyjnego za drzwiami sali operacyjnej.

Poczułam kilka pociągnięć, z ciekawości pytałam co się dzieje i wtedy siup! Jakby ktoś puścił mnie z kolejka górską w dół i brzuch pusty! Wiktoria zaczęła krzyczeć – natychmiast pokazano mi ją nad kotarą i szybciutko zabrano do oceny stanu zdrowia, żeby możliwie jak najprędzej mi ją jeszcze na chwilę oddać. Usłyszałam „10”. Poczułam kilka pociągnięć na co położna poinformowała mnie, że lekarze wszystko teraz pięknie porządkują i zaszywają. W tym czasie przynieśli mi Wikę i przystawili mi ją do mojego policzka… Była (i jest) cudowna… Z wrażenia zapomniałam, ze mam wolną rękę, którą mogłam ją pogłaskać, więc lekarz mi o tym przypomniał. Płakałam ze szczęścia. Maleństwo trafiło do taty, który poszedł z pielęgniarką neonatologiczną dokonać pierwszych czynności higienicznych. Ja zostałam nie mogąc się doczekać kolejnego spotkania. Po wyjechaniu z sali Józek już na mnie czekał pod drzwiami i mówił, że wszystko z nią w porządku i za kilka minut będzie już z nami.

Nasz maluch zawsze z nami

Zmęczenie jakie mnie dopadło po tym wszystkim pozwoliło na chwilę skupienia do momentu kiedy przywieźli nam naszą różowiutką Wikę. Jej skóra pod palcami była cieplutka, ale dało się wyczuć, że jej malutkie ciałko po raz pierwszy walczy o komfortową temperaturkę dla siebie.

Po operacji nie wolno mi było się podnosić, więc do pokoju wpadły nagle 3 położne, które wspólnymi siłami nakarmiły moje dziecko moją piersią. Ten moment wspominam z rozbawieniem, bo jedna z nich przytrzymywała pierś, druga nakładała na nią głowę niemowlęcia, a trzecia gilgotała je po policzkach żeby zechciało ssać. UDAŁO SIĘ! Jednak w kupie siła! Po tej akcji, po prostu odpadłam. Musiałam się przespać… Choć chwileczkę… Po półtorej godziny byłam już jak nowa i czekałam tylko, aż pozwolą mi wstać i pomogą zacząć wracać do zdrowia po operacji!

Moja siła tkwi w naszej trójce – rekonwalescencja z uśmiechem na twarzy

Nie dałam się tej cesarce. Jasne że rozcięty na pół brzuch boli, ale moje podejście do samego bólu dawało mi znieczulającego kopa. Położne pomogły wstać, mąż pomógł wziąć prysznic i od tej pory wiedziałam, że dam radę. Mogłam liczyć na wsparcie i nie bałam się o nie prosić. Poród nie zakończył się „naturalnie”, ale zakończył się przyjściem na świat zdrowego dziecka i mam tego pełną akceptację. Dla nas najważniejsze było to, że wszyscy we trójkę spróbowaliśmy! Jak rodzina prawdziwych wojowników! Dlatego było idealnie.

Piękny poród – akceptacja i radość z przeżycia dwóch porodów „jeden po drugim”

Miałam dwa porody. A mój mąż ma żonę, która rodziła podwójnie i przy tym zafundowała mu podwójny stresik. I co? I chłop jeszcze tego samego dnia powiedział mi, że kolejne dziecko też próbujemy rodzić siłami natury. A ja na to: OK. W końcu nie możemy się tak łatwo poddać!

Spotkałam wiele kobiet, które cesarskie cięcie traktują jak porażkę. Spotkałam też wiele takich, dla których ta operacja to jedyna opcja i nigdy nie zgodzą się na poród siłami natury. Moim życiem nie rządzi jednak strach, ani myśl o porażce. Kieruję się tym co najlepsze i najbezpieczniejsze dla mnie i dla mojej rodziny. Miałam to ogromne szczęście, że zajęli się mną wspaniali specjaliści, którym ufałam. Nie ufałam im jednak ślepo – przed porodem zrobiliśmy wiele, żeby się do tego dnia przygotować. Dzięki temu wiedzieliśmy co nas czeka, jak to będzie wyglądać i jak może się skończyć. Wiedza była naszą siłą. Dzięki temu WIEMY, że to co się wydarzyło na sali porodowej, było dla nas najlepsze i nie baliśmy się pytać o swoje.

Każdemu życzę, by wiedział co się z nim dzieje na sali porodowej. Świadomy poród to poród godny – bo wiedząc jak – zawsze możemy o swoje prawa i godność zawalczyć.

Sylwia


Jeśli mogę dorzucić od siebie kilka słów, to muszę Wam napisać, że początkowy „werdykt” lekarza, że zbyt wąskie biodra są przeszkodą do naturalnego porodu niezmiernie mnie zdenerwował. Natomiast byłam „dumna” z autorki, że na własną rękę zaczęła dociekać, dowiadywać się, zdobywać wiedzę i konsultowała to z innymi specjalistami. W tym momencie chciałam jej przybić wirtualną piątkę. I praktycznie od tego właśnie momentu przybijałabym jej piątki przy każdym kolejnym wydarzeniu opisanym w powyższej historii. Brawa dla Ciebie Sylwio!

Tradycją już się staje, że jeżeli opowieść o porodzie jest autorstwa blogerki, to przedstawia się ona nam sama. Tym razem nie będzie wyjątku, poznajcie Sylwię, autorkę bloga Matki Upadki:

Jestem Sylwia. Jestem streetworkerką i wychowawcą. Jestem pedagogiem resocjalizacji. Jestem żoną i mamą (jak na razie) dwójki dzieci (jedno w drodze!). Jestem miłośniczką gier planszowych i komputerowych. Jestem beznadziejna w ortografii języka polskiego. Jestem chórzystką gospel. Lubię coś robić (leniuchowanie to nuda), lubię być wśród ludzi, lubię pisać, lubię patrzeć jak mój niemowlak się śmieje, lubię podróżować, lubię swoją pracę. Kocham swojego męża, dzieciaki, swoją nietuzinkową rodzinkę i powroty do domu.
Piszę o dobrym przeżywaniu ciąży, o świadomym jej przeżywaniu, o życiu w rodzinie i byciu razem. Staram się przy tym dodawać wsparcia przyszłym i obecnym rodzicom.
Mamy z Sylwią wiele wspólnego 🙂 Począwszy od tego, że obie śpiewamy w chórze (ja, co prawda nie gospel, ale też się liczy), a skończywszy na tym, że mamy takie same poglądy na świadome przeżywanie porodu. I – niesamowite – też kocham swoją rodzinę 😉 Koniecznie pędźcie na bloga Matki Upadki oraz na fanpage Facebookowy.

UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się ze światem swoim dobrym porodem w ramach akcji Odczaruj poród, to koniecznie napiszcie do mnie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie porodowe.

Mój mail: kontakt@wyrodna.com

Podziel się dobrym porodem!