Pamiętacie mój niedawny wpis dotyczący wiedzy o porodzie? Zachęcałam Was do opisania swoich historii porodowych i przesłania ich do mnie. Trochę nie wierzyłam, że dostanę jakiś odzew od Was (w końcu jeszcze nie uzbierałam tysięcy czytelników). Ale pewnego dnia otrzymałam maila o intrygującym tytule „Dostałem wyzwanie”. I co się okazało? To mężczyzna, jako pierwszy odważył się, żeby opisać poród swojej żony, w którym uczestniczył. Z euforii, że moja prośba do kogoś dotarła i zadziałała, prawie skakałam pod sufit. Przeczytałam, stwierdziłam, że to był dobry poród i postanowiłam rozpocząć nową serię wpisów na blogu pod tytułem „Odczaruj poród”.

Mam nadzieję, że zechcecie pójść w ślady autora pierwszego tekstu i też opowiecie mi o swoim dobrym porodzie. Dotrwajcie do końca, bo pod tekstem wyjaśniamy wraz z autorem kilka wątpliwości.

W każdym razie zostawiam Was z opowieścią, a Tobie, Marecki wielkie dzięki i brawa za odwagę.

Poród widziany oczami ojca

Zanim zdecydowałem się napisać o moich spostrzeżeniach dotyczących samego porodu, przeczytałem w internecie kilkanaście opisów, streszczeń a nawet sprawozdań. Trzeba przyznać, że jest tego sporo i praktycznie każdy tekst opisujący przebieg porodu, rożni się od innych. Prawda jest taka, że każdy poród jest inny, a wpływ na taki stan rzeczy ma wiele czynników: zarówno doświadczenie personelu medycznego, poprzez naturalne uwarunkowania ciężarnej, po czynniki medyczne w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Jedno, co łączy ze sobą wszystkie przeczytane przeze mnie artykuły, to płeć osoby piszącej. Nietrudno się domyśleć, że to kobieta opisywała poród, więc i jej spostrzeżenia były inne od tych, o których ja mam zamiar teraz wspomnieć. Może w specjalistycznej prasie znalazłbym opis zamieszczony przez faceta – lekarza, ale opis po prostu ojca? Póki co, nie znalazłem takiego, choć przyznać trzeba, że bardzo się starałem.

Jeśli chodzi o sam przebieg porodu, przy którym byłem od samego początku, to najbardziej zszokował mnie sposób rodzenia i nie chodzi mi tutaj o wszechobecną krew. Przede wszystkim chodzi o nagość rodzącej i całkowity brak znajomości z osobą przyjmującą poród. Gdy wszedłem na sale porodową, zobaczyłem ładne kolory ścian, jakże inne od tych, które zazwyczaj można zobaczyć w szpitalach. Sala porodowa nie była pomalowana po prostu biała farbą, lecz w różnych odcieniach żółci, brzoskwini, pomarańczu i fioletu. O ile pamiętam, sala nazywała się „lawendowa”. W szpitalu każda sala porodowa pomalowana była na inne, ciepłe kolory i od tej właśnie kolorystyki była też nazwana. Super sprawa! Dzięki temu kobieta rodząca ma poczucie domowej atmosfery, przynajmniej tak mi się wydaje. Ja nie czułem się jak w szpitalu. Może bardziej, jak w jakimś hotelu. Kolorystyka jako pierwsza rzuciła mi się w oczy i bardzo pozytywnie zaskoczyła. Spodziewałem się raczej typowej, dla naszych polskich szpitali, bieli. To co zaskoczyło mnie negatywnie, to leżąca na specjalnym łóżku moja żona z wyciągniętymi do góry nogami i jakaś obca baba zaglądające jej w krocze! Ja bym tak chyba nie potrafił. Zdaję sobie sprawę, że mimo iż żyjemy w XXI wieku taki sposób rodzenia jest najlepszy i znany od tysięcy lat. Ba! Bardzo nagłaśniana jest teraz akcja „Rodzić po Ludzku”, co się oczywiście chwali, jednak co innego teoretyzować na ten temat, a co innego zobaczyć na własne oczy. Jedno z najbardziej intymnych miejsc ciała pokazywane jest ze szczegółami i w dużym przybliżeniu osobie całkowicie obcej. Mało tego, że jest pokazywane, to jeszcze dotykane! Dla mnie, jako mężczyzny, jest to kompletna abstrakcja! Do tego wielki halogen skierowany w to jedno konkretne, wiadome miejsce. Prawie jak w kinie. Szoku doznałem, gdy dowiedziałem się, że ta obca kobieta nie jest nawet lekarzem, a tylko położną*. W życiu naoglądałem się już wiele filmów i scen porodowych. Do tej pory zawsze wydawało mi się, że poród przyjmuje lekarz, a nie położna. Może jestem w błędzie, ale zdawało mi się, że położna jest tylko pomocnikiem lekarza, a tutaj było zupełnie odwrotnie*. Położna prawie cały czas była przy żonie, instruowała ją, znosiła jej jęki, krzyki i wyzwiska, wykazała się anielską, cierpliwością gdy żona kompletnie nie raczyła współpracować. W sumie tej kobiecie należy się jakiś dodatek za stresująca pracę, bo jeśli takich pań jak moja żona na porodówkach jest więcej, to współczuje wszystkich tym, którzy na porodówkach pracują.

Oczywiście rozumiem, że przy porodzie zawsze był, jest i prawdopodobnie długo jeszcze będzie ból, ale śmiem twierdzić, że ból porodowy jest jednak mniejszy niż ból złamanego kręgosłupa, którego miałem nieprzyjemność doświadczyć. Nawet jeśli jestem w błędzie, to jak rozumiem i całkowicie usprawiedliwiam krzyki, to kompletnie nie kapuję, dlaczego kobiety wyzywają swoich chłopów od najgorszych? Przecież poród jest następstwem albo wspólnej, zaplanowanej decyzji i zgody zarówno jednej jak i drugiej strony, albo też efektem miłości dwojga osób, które ewentualną ciążę biorą przecież pod uwagę. Niech mi jakaś kobieta wytłumaczy po co te wyzwiska. Będę bardzo wdzięczny za wszelkie wyjaśnienia! Przyznam, że słysząc te wszystkie epitety, facet czuje się cholernie niekomfortowo, tym bardziej, że wypowiadane są w obecności osób trzecich, a to już podchodzi pod bezczeszczenie męskiej godności. Trudno jest wspierać kobietę w takiej sytuacji. Z jednej strony normalny facet wie, że musi to robić, ale z drugiej strony gdzieś tam głęboko w głowie jest myśl, by walnąć babę w łeb, by się albo uspokoiła, albo po prostu go nie obrażała!

Byłem też zdziwiony, że lekarz zaglądał do mojej żony właściwie tylko na wezwanie położnej, by skonsultować dalsze kroki lub ewentualne podanie jakieś prochy*. Wierzcie lub nie, ale moja żona rodziła kompletnie bez żadnego znieczulenia, żadnego „głupiego jasia”, po prostu „na żywca”. Nie dostała nic, ponieważ jak twierdzili ludzie, w tej kwestii mądrzejsi ode mnie, dlatego, że akcja porodowa zaczęła się nagle, niespodziewanie i postępowała bardzo szybko. Podobno nie było już czasu na podanie leków. Nie wiem, nie wnikam, ważne, że młody jest zdrowy! Moja żona to kobieta pyskata, twarda i nieustępliwa, taka prawdzie wyzwolona kobieta więc kompletny brak współpracy z położną można było przewidzieć i w sumie ten fakt zupełnie mnie nie zaskoczył. Jedynie zachowanie lekarza, moim zdaniem, było „średnie”, bo zamiast siedzieć przy rodzącej, ten krążył gdzieś po korytarzu. Z tego co słyszałem „obsługiwał” kilka porodów na raz. Do tej pory nie wiem, czy w tym dniu na porodówce był tylko jeden lekarz? W sumie był to sylwester, więc może coś w tym jest, jednak nie wydaje mi się, aby to było normalne, a już na pewno bardzo „niefajne”.

Ogromnego szoku doznałem, gdy zapadła decyzja, by naciąć krocze, bo żona za żadne skarby nie mogła własnymi siłami urodzić młodego. Cieszyłem się, że będzie to tylko nacięcie a nie cesarka. Spodziewałem się jakiegoś znieczulenia podanego żonie, a okazało się, że położna cięła „przy parciu”**. Widok ciętej skóry bez znieczulenia i przy pełnej przytomności osoby ciętej do tej pory wywołuje u mnie ciarki na plecach. Położna robiła to tak, jakby miała przed sobą kartkę papieru. Nie czułem tego, ale i tak nie mogę pozbyć się wrażenia towarzyszącym odczuciom. Zaskakująca była ilość krwi, która sączyła się ze świeżo obrabianej nożyczkami rany. Tej krwi było mało, a myślałem, że skoro skóra jest cięta to i krew będzie sikała jak na filmach akcji. Sama rana też nie należała do widoków przyjemnych. Nie dlatego, że boję się widoku krwi, lecz dlatego, że kilkucentymetrowe nacięcie skóry raczej nikomu nie kojarzy się dobrze. Od razu miałem czarne myśli, czy to jest normalne, czy naturalne, czy nie będzie żadnych powikłań i czy to się jakoś zrośnie? Nadmienię tylko, że lekarza przy samym cięciu również nie było. Lekarz wyraził tylko zgodę na cięcie i od razu gdzieś poszedł*.

Ostatnim szokiem był dla mnie moment narodzin. Młody dosłownie wyskoczył z wiadomego miejsca, które chwilę wcześniej zostało nacięte. Położna go nie wyjęła ani nie przejęła. On najzwyczajniej w świecie wyskoczył a położna złapała go w locie. Nie ma w tym zdaniu ani odrobiny przesady. Byłem przy tym i widziałem. Młody wyskoczył! A com jeśli położna by go nie złapała?!? Aż się boje myśleć! Gdy było już wiadomo, że dziecko już za chwilę, za moment, wyjdzie to położna ustawiła obok krocza jakieś folie, ręczniki papierowe czy coś w tym rodzaju. Przypuszczam, że było to potrzebne, ale w sumie nie wiem po jaką cholerę? Przecież żona od pasa w dół i tak była cała brudna od krwi i płynów owodniowych. Nie przypuszczam, że te folie były potrzebne, by nie zabrudzić tego fajnego łóżka. Prawie od samego początku akcji porodowej żona leżała na nim całkowicie nago, więc nawet powyżej krocza było ono zaświnione potem czy śliną, gdy ta darła się, jakby ją ze skóry obdzierali. Porównanie chyba idealnie pasuje do sytuacji, ból pewnie też, choć cieszę się, że facet nie musi tego znosić.

Nie rozumiem, dlaczego powstało takie twierdzenie, że mężczyźni nie chcą być przy porodach. Nie rozumiem, dlaczego facet mdleje przy porodzie i nie rozumiem, dlaczego gro ludzi twierdzi, że facet przy porodzie to tylko dodatkowy problem. Uważam, że sam poród to bułka z masłem. Byłem jednak przyzwyczajony, przez filmy oglądane w telewizji, do troszkę innego scenariusza, który rozgrywa się w czasie porodu. Myślałem, że na sali będzie bez przerwy co najmniej jeden lekarz i kilka położnych. Myślałem, że dziecko zostanie delikatnie wyjęte z łona, a rodząca otrzyma jakieś medykamenty, by mniej bolało. Byłem przekonany, że nogi i krocze będzie okryte jakimiś prześcieradłami zapobiegającymi ewentualnemu zakażeniu czy po prostu lepszemu komfortowi rodzącej. To wszystko przez filmy, bo takie są w nich sceny. Nie żałuję, że byłem przy porodzie. Wręcz przeciwnie! Jestem szczęśliwy z tego faktu. Te kilka godzin zapamiętam na całe życie! Nie chwaląc się, ale jestem z siebie dumny, że mogłem wspierać żonę i że dałem radę. Patrząc na mój przykład, jakoś nie chce mi się wierzyć, że mężczyzna jest taki słaby i delikatny, jeśli chodzi o poród. Póki co, jest to dla mnie wymysł kobiet, którym nie dane było rodzić przy swoim facecie. Nie napiszę, że chciałbym takie widoki oglądać codziennie, ale nie widzę problemu w towarzyszeniu żonie przy ewentualnym kolejnym porodzie, choć prawdę mówiąc, mam już dwójkę dzieci i tyle w zupełności wystarczy!

A teraz komentarz mój i autora:

*

Wyrodna Matka: W tekście pojawiło się dużo stwierdzeń, że lekarza było za mało, że wszystko położna. Informuję Was, że to jest normalne, od tego właśnie położne są. To one prowadzą poród, wykonują nacięcie itd. Mam wrażenie, że w wyobraźni przeciętnego Kowalskiego (i przeciętnej Kowalskiej) położne są niedoceniane i traktowane jak zwykłe pielęgniarki, a to błąd! Np. przy moim porodzie nie było ani jednego lekarza, za to dwie położne.

Marecki: Przy pierwszym moim dziecku nie zdążyłem dojechać na sam poród. Korki i te sprawy. Do tej pory byłem przekonany, że na sali jest mnóstwo osób w tym lekarz 🙂 Wiedzę czerpałem z filmów, bo tak to wszystko na filmach pokazują.

**

Wyrodna Matka: Jeśli chodzi o nacięcie krocza, to też robi to położna jeśli są ku temu wskazania. (Ważne! Kobieta musi wyrazić zgodę na ten zabieg! Nikt nie może za nią zdecydować). Z tego co wiem, to standardowo wykonuje się go bez znieczulenia i w czasie trwania skurczu, bo i tak nie odczuwa się tego bólu.

Marecki: Nacięcie to standard to już wiem, ale patrząc jak to się robi, to do tej pory ciarki po plecach przechodzą. Nie pisałem tego złośliwie czy coś 🙂 Takie po prostu odniosłem wrażenie, że nie było tak, jak być powinno. Teraz już wiem, że byłem w błędzie jednak pewna nutka niesmaku została. Wiadomo, że nie chciałem aby moja żona cierpiała, albo raczej żeby bolało możliwie jak najmniej no i żeby miała najlepszą opiekę a nie tylko położną. (-> patrz punkt wyżej)


A na sam koniec: niespodzianka! Tekst ten nie ukazał się po raz pierwszy w internetach! Tak, autor sam prowadzi bloga. Myślę, że spodoba Wam się on (ten blog), gdyż prowadzony jest z perspektywy ojca. Warto czasem skonfrontować rzeczywistość widzianą trochę inaczej. Serdecznie zapraszam więc Was do lektury bloga: Na przewijaku, a w szczególności do Opisu porodu oczami ojca.

Marecki – wielki szacun dla Ciebie!


UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się ze światem swoim dobrym porodem w ramach akcji Odczaruj poród, to koniecznie napiszcie do mnie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie porodowe.

Mój mail: kontakt@wyrodna.com

Podziel się dobrym porodem!

 

  • Poród opisany przez ojca? To taka rzadkość, że nie można znaleźć?

  • ~Emilia

    Ja też już niejeden opis porodu oczami ojca widziałam, choćby tu:
    http://ejtomy.pl/wielkie-piekno-czyli-o-wspolnych-bolach-rodzenia/
    Mam nadzieję, że ten spam zostanie mi wybaczony 🙂
    Doceniam otwartość autora opublikowanego opisu, ale nie mogę się powstrzymać od jednego pytania – jakim cudem autor wparował do porodu żony kompletnie nieprzygotowany, z wiedzą tylko z filmów? A jakaś szkoła rodzenia, rozmowa z żoną o tym, co jak i dlaczego się w trakcie porodu odbywa, w końcu to drugie dziecko? Patrząc na mojego męża zgłębiającego wiedzę o porodzie i całej fizjologii ciąży, porodu i połogu a także o aspektach psychologicznych tego wydarzenia (to nieszczęsne wyzywanie faceta na porodówce…) ciężko mi sobie wyobrazić,że można decydować się być przy porodzie w zasadzie bez przygotowania…

    • wyrodna-matka

      Też trochę miałam takie wrażenie (wybacz Marecki). W dzisiejszych czasach szkolą rodzenia to wg. mnie obowiązek, chociaż wiem, że są osoby, które nie widzą potrzeby… i potem wiedza z filmów.

    • Emilia, to nie jest spam, to po prostu jest odnośnik. Fajnie się czyta takie opisy. Oby jak najwięcej tak szczęśliwych porodów.

  • ~Marecki

    No cóż drogie panie. Ja wiem, że Wy myślicie, że facet musi być z żoną w szkole rodzenia, ale w życiu czasami bywa tak, że facet musi pracować i nie ma możliwości by chodzić do szkoły rodzenia. Niestety, nie miałem możliwości by być za każdym razem na wykładach, choć szkołę dla żony znalazłem. Za każdym razem pytałem się jej o czym rozmawiali na spotkaniach, ale trudno w ten sposób dowiedzieć się wszystkiego. Takie rozmowy są bardzo ogólnikowe. Nie uważam, że byłem nieprzygotowany. Dużo czytałem na temat porodu, ale przy samym porodzie, jakby nie było w sytuacji stresowej człowiek pamięta tylko to, co dobrze zna, a więc w tym wypadku sceny z filmów. Ja wiem, że Wy kobiety myślicie, że na temat porodu wiecie wszystko najlepiej. Teraz będę dla Was jakimś nieukiem, ale prawda jest taka, że byłem przy porodzie, była to nasza wspólna decyzja, wspierałem żonę jak mogłem, za co, już po wszystkim, mi podziękowała. Położna również chwaliła za obecność, samo zachowanie, obycie oraz pomoc. Wiedzę musi mieć położna i lekarz a mąż po prostu ma być, wspierać cierpiącą żonę swoją obecnością, przynajmniej my tak uważamy…

  • Marecki! Nie tylko panie, bo ja też odniosłem wrażenie, że trochę musiałeś wyglądać jak Filip na tej porodówce 😉
    Druga sprawa, to że nie mogłeś znaleźć porodów opisanych przez ojców 😀 Musiałeś kiepsko szukać 😉 😀
    Ale…
    Chyba przyznacie, drogie panie, że mimo całej tej „zaskoczonej postawy” Mareckiego, zdał ten egzamin na piątkę? Taki po prostu jest Marecki. Taki ma charakter, tak opisał to, co przeżył i chwała mu za to. Ech… gdyby tak wszyscy ojcowie…

    Pozdrawiam.

    • wyrodna-matka

      Oczywiście, że zdał na 5 🙂

  • ~Emilia

    No że zdał to nie ma wątpliwości 😉 Najważniejsze, że żona zadowolona 🙂

  • ~Alice

    Nie chciałabym, żeby mój mąż takimi słowami opisał wspólny poród. Już chyba wolałabym rodzić sama. Miało wyjść zabawnie ale czuję niesmak po tej relacji.

    Na szczęście mam ten komfort, że mąż był ze mną w szkole rodzenia i na badaniach u lekarza prowadzącego ciążę. Nie będzie więc zaskoczony, choćby tym, że badanie nie odbywa się przez spojrzenie głęboko w oczy 😉