Zadziwiające jest jak opisy tego samego momentu w życiu mogą się od siebie tak bardzo różnić. Dowodzą to opowieści, które publikuję w ramach cyklu „Odczaruj poród”. Osobiście uwielbiam czytać historie o dobrych porodach, bo każda z nich opisuje ten przełomowy moment w życiu kobiety w piękny sposób. Jak byłam w ciąży w ten sposób „oswajałam się” z wizją porodu. Niejednokrotnie wzruszyłam się do łez.

Dzisiaj polecam Wam jedną z takich pięknych opowieści. Jest to opowieść nietypowa chociażby przez to, że autorka tekstu rodziła razem z mamą. Z resztą, poczytajcie o tym sami.

Moja wymarzona i wyczekana ciąża, była zupełnie nie taka, jak sobie wyśniłam. Kilka problemów rodzinnych, anemia i stan zagrożenia przedwczesnym porodem… Zawsze wyobrażałam sobie, że jako przyszła mama będę aktywna, ale wszystkie moje plany legły w gruzach. Z jednej strony, czułam się rewelacyjnie – z małym brzuszkiem, bez właściwie żadnych standardowych objawów ciąży, miałam wrażenie, że mogę wszystko. Ale każda wizyta u ginekologa wprawiała mnie w stan rozpaczy, że poród rozpocznie się za szybko. Więc musiałam leżeć i odpoczywać, co przy ogólnie dobrym samopoczuciu było istną męką… I choć ten wyjątkowy czas wspominam z lekkim ukłuciem żalu, że mogło to wszystko odbyć się inaczej, tak na wspomnienie porodu – uśmiecham się pod nosem!

********

Był dokładnie trzeci dzień nowego roku. Zimowa aura za oknem, mąż wyjechał dzień wcześniej do pracy, jakieś 500 km ode mnie i naszego Bąbla, który sobie jeszcze wygodnie siedział w brzuchu. Do terminu porodu zostały przynajmniej trzy tygodnie, więc poziom stresu dosłownie zerowy. Od Sylwestra czułam na sercu tak wielką ulgę, bo wiedziałam, że teraz cokolwiek się stanie,  nasze dziecko będzie już bezpieczne! Po tylu miesiącach nerwowego czekania – udało się! W związku z towarzyszącymi mi od kilku miesięcy skurczami oraz skróconą szyjką macicy, miałam założony pessar1), co tylko pomagało ukoić moje nerwy jeszcze bardziej. Ten dzień był istnym szaleństwem i do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć… Wysprzątałam całe mieszkanie, ugotowałam smaczny obiad, przeczytałam książkę i obejrzałam świąteczny odcinek Sherlocka oraz znalazłam czas na długą, relaksującą kąpiel.

Ktoś zapyta – dlaczego pamiętam ten dzień tak dokładnie? Bo to był ostatni dzień ery „nie-bycia mamą”!

Gdy położyłam się spać, było już dawno po północy. Zasnęłam z podziwem dla siebie, że tyle rzeczy zrobiłam jednego dnia! Śniłam o Sherlocku, który rozwiązywał kolejną zagadkę morderstwa i gdy już miało się okazać, kto jest mordercą, poczułam bolesny skurcz… Obudziłam się o 3 w nocy i wiedziałam, że to właśnie dziś zostanę mamą. Spojrzałam na zegarek, a po 10 minutach pojawił się kolejny skurcz. Pomyślałam, że mam jeszcze czas. Ze spokojem wstałam, przyszykowałam się i zjadłam śniadanie. Zadzwoniłam do męża i  mojej mamy. Z racji pracy mojego małżonka, liczyliśmy się z faktem, że nie będzie go przy porodzie. Choć wcześniej był nonszalancki w tym temacie, podczas rozmowy czułam, jak bardzo się denerwuje, a będąc tak daleko nic nie może zrobić.

Przed godziną 7 rano dotarła do mnie moja mama. Wypiłyśmy kawę i zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcie. Skurcze były coraz częstsze i zaczynały mnie delikatnie wyginać, więc wiedziałyśmy, że teraz to już czas jechać do szpitala. Poranek był bardzo mroźny, a drogi samochodem nawet nie bardzo pamiętam. Skurcze były już częste, mniej więcej co cztery minuty. Potem była izba przyjęć, zamieszanie, bo to poniedziałkowy poranek. Milion pytań położnych, badania i wizyta u lekarza wraz z pozbyciem się kołnierza, a wszędzie pełno ludzi i ja zginająca się coraz bardziej w pół z bólu. Z ulgą przyjęłam podróż na porodówkę, ale trafiłam tam dopiero o 10! Ten cały chaos znacznie osłabił postęp porodu…

Położono mnie na łóżku z podpiętym KTG, zostałam w sali na chwilę całkiem sama. Za oknem panowała prawdziwie zimowa aura, natomiast za ścianą słyszałam krzyki innej rodzącej. Cóż, nie brzmiało to zachęcająco – muszę przyznać. I to był ten moment, gdy zaczął pojawiać się w moim sercu kiełkujący strach… I właśnie wtedy spojrzałam na ten mój mały brzuch i powiedziałam sobie głośno „dam radę”! Następne godziny spędziłam w towarzystwie mojej mamy, a czasem do sali zaglądała położna i sprawdzała czy wszystko w porządku. I tak rzeczywiście było. Bo choć z każdą minutą, ból rósł, to ja się mu po prostu poddałam. Początkowo, słuchałam swojej ukochanej muzyki i w niej znajdowałam ukojenie. Później przyszedł moment, że było ciężko skupić się nawet na niej, więc zaczęłam wspominać piękne momenty w moim życiu. Pierwszy galop na koniu, wiosenne promienie słońca na skórze czy uczucie ciepłego, nadmorskiego piasku pod stopami. Po prostu leżałam, a moja wyobraźnia pomagała przezwyciężyć strach i ciało. Z jednej strony czas zatrzymał się w miejscu, a z drugiej minuty mijały jak szalone. Nie myślałam o tym co mnie czeka, tylko byłam tu i teraz. Wsłuchałam się w moje ciało, przestałam rozmawiać. Moja mama była ze mną i jej obecność mi po prostu wystarczyła. Aż nadeszła chwila, gdy ból zaczął nade mną zwyciężać… Poczułam lekkie uczucie paniki. Spojrzałam na zegar, było po godzinie 13. Zadrżałam, że leżę tu dopiero trzy godziny i pomyślałam, że to pewnie dopiero początek… I gdy to ziarenko strachu zaczęło kiełkować, przyszła położna i po krótkim badaniu stwierdziła, że rodzimy!

A ja zrobiłam wielkie oczy. Powstało małe zamieszanie, przyszedł lekarz, kolejne położne. Cóż, szkoda, że standardem w naszych szpitalach jest tak duża ilość osób przy porodzie, ale z drugiej strony czułam się całkowicie bezpiecznie. Wytłumaczyli mi dokładnie co mam robić. I to były te cenne sekundy, w których słuchałam ich porad i poddałam się temu całkowicie. To było tak, jakby moje ciało oderwało się od mojej głowy, a z drugiej strony współpracowało ze sobą, jak nigdy wcześniej! O ile do dziś pamiętam ból i skurcze przygotowujące do porodu, tak za Chiny nie potrafię sobie przypomnieć jakiejkolwiek dramaturgii podczas samego parcia. Pamiętam tylko, że wymagało to ode mnie dużego wysiłku i po każdym porodowym skurczu byłam bardzo zmęczona. Jakkolwiek, po dziesięciu minutach, czyli przy trzecim skurczu – Bąbel był już na świecie! Dziesięć minut…. Byłam tak zszokowana szybkim przebiegiem całej akcji, że gdy położono mojego synka na brzuchu – totalnie nie wiedziałam co zrobić. Był taki malutki…

********

Był czwarty dzień nowego roku, bardzo mroźny i zimowy, a jeszcze przed wschodem słońca na niebie pojawiła się spadająca gwiazda. Teraz już wiem, że tej nocy rozświetlały niebo kwadrantydy czyli meteory, które pojawiają się co roku na pograniczu gwiazdozbiorów Wolarza, Herkulesa i Smoka. Moja mama widziała je przed wchodem słońca, jadąc do swojej rodzącej córki. Czyż można wymarzyć sobie piękniejszy zwiastun narodzin własnego syna? Te poranne godziny, w oczekiwaniu na poród były pełne spokoju i wyciszenia. Nie było strachu, krzyku i nerwów, które znałam z filmowych porodów. Cóż, przyznaję – poród był bolesny, ale powiem szczerze, bardziej się dziś boję wizyty u dentysty bez znieczulenia… Miałam szczęście, bo nie było powikłań, dużego strachu. Czułam się bezpieczna, mogłam liczyć na pomoc personelu, a zarazem nie narzucał się swoją obecnością. Jestem pewna, że obecność mojej mamy pozwoliła mi na spokojny przebieg porodu. Wspierała mnie swoim spokojem i rozumiała tak, jak tylko matka jest w stanie zrozumieć inną matkę. Prawdopodobnie, gdyby tego dnia był ze mną mój mąż, denerwowałabym się o wiele bardziej… Wiem, że dziś to bardzo popularne rodzić wraz ze swoim życiowym partnerem, ale poród to taka piękna, kobieca sprawa! Jednak uwierzcie, nie ma to znaczenia, kto nam towarzyszy tego dnia, o ile kochająca nas osoba otoczy nas ciepłym słowem i wyrozumiałością, bez nachalności i narzucania swojej pomocy. Bo to kobieta rodzącą musi stoczyć pewnego rodzaju walkę z własnym ciałem. To niekończącą się opowieść każdej rodzącej, jednocześnie taka sama, a zarazem tak inna dla każdej z nas. Wierzę, że nie licząc spraw zdrowotnych, na które nie mamy wpływu – dużą zasługą pozytywnego przebiegu porodu jest nasze pozytywne nastawienie! Ja w to wierzyłam i cóż… udało się!

Kiedy minęły kolejne godziny po porodzie i nastała noc, pomimo wielkiego zmęczenia nie mogłam zmrużyć oka. Patrzyłam na moje dziecko i do dziś nie jestem w stanie opisać słowami tych emocji, które wtedy czułam. To było coś w rodzaju mieszaniny kiełkującej, ale jednocześnie wielkiej miłości, niepewności, czającego się strachu, nutki radości i ogromu szczęścia. Wciąż i wciąż chodziło mi po głowie pytanie: „Czy sobie poradzę?”. A później mijały kolejne godziny, dni, tygodnie, aż w końcu miesiące zmieniły się w rok. Dziś jestem mamą 15-miesięcznego chłopca, który jest naszym chodzącym promykiem słońca. Wspominam poród z nieskrywaną dumą – tamtego dnia dałam radę i właściwie teraz nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych!

Marta

www.marhericrafts.pl

1) Pessar to specjalny silikonowy krążek, którego założenie może zaproponować lekarz przy niewydolności szyjki macicy, której efektem może być poród przedwczesny. Pessar kołnierzowy, bo tak ten krążek się nazywa, zakłada się na szyjkę macicy, co ma zahamować jej skracanie się i zapobiec porodowi przedwczesnemu.


Na koniec chciałabym przybliżyć Wam postać autorki powyższej opowieści. Chociaż nie, Marta przedstawi Wam się sama:

Nazywam się Marta i całkiem zwyczajna ze mnie dziewczyna. Jestem niepoprawną marzycielką, materiałowym inżynierem, wyrozumiałą żoną i szczęśliwą mamą. Prowadzę blog Marheri Crafts (www.marhericrafts.pl), pełnego opowieści z brzoskwiniowego domu: o codzienności mieszkańców i odkrywaniu uroków macierzyństwa. To również  miejsce pełne pomysłów i inspiracji na proste oraz praktyczne urządzanie wnętrz oraz wiedza o domowym majsterkowaniu.

Polecam Wam odwiedzenie bloga Marty i popatrzenia na te wszystkie cudowności, które tworzy z tak wielką pasją. Sama mam zapędy artystyczne, więc z wielką przyjemnością czytam posty Marheri Crafts.

UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się ze światem swoim dobrym porodem w ramach akcji Odczaruj poród, to koniecznie napiszcie do mnie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie porodowe.

Mój mail: kontakt@wyrodna.com

Podziel się dobrym porodem!

  • Co kobieta to inna historia 🙂 Fajnie jeśli słuchamy tych z odczarowujących poród. Gdy strach jest olbrzymi to chętniej szukamy historii. A że większość opowiada tylko trudne przeżycia to tworzy się negatywny obraz porodów w polskich szpitalach.

    • Ja mam taką teorię, że jak coś idzie źle, to ludzie chętniej się tym dzielą (tak jest np. z niezadowolonymi klientami w sklepie czy w restauracji, i tak samo z porodem), a jak jest super, to nie mają potrzeby o tym pisać. I potem co widzimy w mediach: dramaty, horrory, masakry jakieś 😉 Ja chcę to odwrócić. Przecież historie porodowe potrafią być taaakie piękne!

  • Piękna historia, i tak ładnie opowiedziana 🙂 Ja też swój poród wspominam dobrze, choć nie był najłatwiejszy. Jakbyś miała lukę w harmonogramie to daj znać 🙂

    • Kochana, w harmonogramie na razie nie mam zaplanowanych żadnych wpisów z tej serii (czytaj: na razie nikt więcej się nie zgłosił). Zapraszam więc serdecznie do podzielenia się z nami swoją historią (kontakt@wyrodna.com)

  • Mój poród wspominam całkiem ok, miałam świetną położną i lekarza prowadzącego

    • Może skusisz się na opisanie swojego porodu? Zapraszam serdecznie 🙂

  • niezwyklapodroz.pl
    • Marzę! o domowym porodzie. Ale mąż większy panikarz 🙂

      • niezwyklapodroz.pl

        Mój się przekonał po obejżeniu filmu „porodowy biznes” a potem już po rozmowie z położnymi :).

  • aleks

    Lubię historie porodowe, co jedna to inna 🙂

  • Tylko pozazdrościć szczęśliwym matkom:) cudowne historie.

  • Ewa Dratwińska

    Piękna, wzruszająca historia. Każdy poród jest inny, ale każdy niesie ze sobą coś cudownego- małego człowieczka, który dla swojej mamy jest całym światem 🙂

    • Tak, dokładnie, dlatego ten moment (porodu) zapamiętuje każda mama. Wszystko się wtedy zmienia.

  • Lubię czytać takie historie, zawsze wtedy wspominam swoje dwa porody. Niby takie podobne ale zupełnie różne

    • Coś jest w tym, że jak już mamy to za sobą, to lubimy czytać opowieści o dobrych porodach. A jak jeszcze to przed nami to trochę się boimy 🙂

      • Drugie radziłam w Szwajcarii więc byłam przerażona, że się nie dogadam i coś pójdzie nie tak. Ciążę i poród wspominam bardzo dobrze 🙂

  • Miło się czyta o pięknych porodach, ja niestety mojego tak nie wspominam. I dlatego w ogóle się z nikim nie dzielę tym przeżyciem. Tylko z mężem, który był tego świadkiem. Obydwoje niechętnie do tego wspomnienia wracamy… Zazdroszczę Wam kobiety, ale czystym sercem 🙂 ech… no cóż… ile ludzi tyle historii. Pozdrawiam ciepło. Oby więcej takich właśnie wspomnień i historii!!!

    • Bardzo mi smutno, że źle wspominasz swój poród 🙁

      • No mi też. Musiałam się pogodzić z tym, że nigdy nie zasiądę w gronie kobiet opowiadających o magii porodu. Przykro mi, ale… Było jak bylo i tego nie zmienię. Ale za to teraz mam cudownego dwuletniego dzioba i to jest dla mnie najważniejsze 🙂 pozdrawiam

        • To po prostu kolejne, niełatwe życiowe doświadczenie. Ważne, że pozostawiło po sobie coś (kogoś!) dobrego 🙂

  • Każdy przeżywa to inaczej…Nie ma dwóch takich samych ciąż i porodów. I chyba dobrze…Coś, co dla jednej kobiety może być piękne, dla drugiej może być mega skomplikowane pod względem emocjonalnym

    • W ogóle wszystkie sprawy z ciążą/porodem/dzieckiem są mega skomplikowane emocjonalnie, a do tego dochodzą jeszcze szalejące w tym czasie hormony…