Co jakiś czas chwalę się Wam, że biegam. A biegam sobie bardzo amatorsko. Zbieramy się z kumpelami wieczorem, przywdziewamy buty biegowe (z Lidla) i getry biegowe (z Lidla), odpalamy Endomondo i lecimy. Godzinkę lub trochę ponad godzinkę. Swoim tempem, bez spiny, bez wyścigów.

Trening, jak wiadomo czyni mistrza, więc i moje rezultaty coraz lepsze się stają. Coraz więcej jestem w stanie przebiec. Dlatego zapragnęłam startu w jakimś fajnym biegu. Takim, wiecie, z koszulkami i medalami na mecie. No to sobie znalazłyśmy z koleżanką: bardzo proszę, Bieg SGH. Chciałam się z Wami podzielić swoimi wrażeniami.

Czemu wzięłam udział?

Do wzięcia udziału akurat w tym biegu przyczyniło się kilka czynników:

  1. Dystans – krótki: 5 km. Na początek nie chciałam porywać się na większe dystanse (chociaż regularnie dobijam z bieganiem do 10 km), żeby nie było wstydu, że nie dałam rady.
  2. Koszulka. W skład pakietu startowego wchodziła piękna, czerwona koszulka New Balance. Tak, takie gifty są bardzo kuszące.
  3. Medal. Po przebiegnięciu każdy uczestnik otrzymuje medal. Najlepsze nagroda ever!
  4. Szczytny cel. Pakiet startowy kosztował 50 zł, ale cały dochód z biegu przeznaczony był na Fundację Spełnionych Marzeń. Czad – biegam i pomagam jednocześnie.
  5. Namowa koleżanki. Ona brała już udział w dwóch biegach, pokazywała zdjęcia i medale. Było mi raźniej na starcie, bo ona już wiedziała czego można się spodziewać.

Pakiet startowy odebrałyśmy dwa dni wcześniej. Oprócz mnóstwa ulotek była w nim wyżej wspomniana koszulka, numer startowy (piękny miałam: 0108) i chip mierzący czas do zawiązania w sznurówki.

Tuż przed biegiem

Bieg odbywał się w niedzielę, start o godzinie 10, więc musieliśmy zerwać się wcześnie rano, żeby zdążyć wyszykować siebie, Malucha i jeszcze dotrzeć na miejsce. Nie wiedziałam co najlepiej zjeść na śniadanie przed biegiem, ale wybrałam croissanty, za to nie piłam kawy tylko herbatę, a potem już wodę. Udało się sprawnie wyszykować, dotrzeć do Warszawy, znaleźć miejsce parkingowe i stawić się na starcie.

Dzień był cudownie ciepły, słoneczny, prawie wakacyjny. Zupełna nowość po sobotnim wieczornym deszczu. Mimo, iż było pięknie, to trochę się ta pogoda na nas zemściła, ale o tym za chwilę.

Wszystko zaczęło się od oficjalnej, wspólnej rozgrzewki przed biegiem. I już od tego momentu wyszedł ze mnie kompletny brak profesjonalizmu. Biegając sobie wieczorami po prostu wychodziłam z domu i zaczynałam biec, nigdy nie robiłam żadnych specjalnych ćwiczeń przed. A tego dnia zrobiłam. Rozgrzewka była typowo fitnessowa, mam wrażenie, że nie do końca dobra przed bieganiem (ale co ja się tam znam). Po skończonej rozgrzewce kazali nam przejść na linię startu, a ja właśnie w tym momencie poczułam wszystkie nieużywane ostatnio mięśnie ud. „No pięknie” – pomyślałam – „Jak ja teraz pobiegnę?” Ruszać się mogłam, więc mimo wszystko byłam dobrej myśli.

Start

No i nadszedł ten czas. Stoimy na środku ulicy w tłumie ludzi w czerwonych koszulkach. Kawałek przed nami linia startu, która była również metą. Stoimy, a na nas operuje nie przysłonięte żadną chmurką, kwietniowe, cieplutkie słońce. Grzeje i razi w oczy. Myślimy sobie „Fajnie, pięknie będzie się biegać”. Końcowe odliczenie i ruszyliśmy. Czerwony tłum zaczął się przelewać ulicami Warszawy.

Podczas biegu

To jednak nie jest to samo co luźne wieczorne wybieganie. Biegniesz w tłumie. Każdy ma inne możliwości i inne tempo biegu. Ludzie Cie wyprzedzają, a Ty mimo, że nie chcesz, to podświadomie zaczynasz ich gonić, przez co narzucasz sobie zbyt szybkie tempo i męczysz się podwójnie. Ciężko było wytłumaczyć sobie, żeby olać to co dzieje się wkoło i biegnąć po swojemu. Dodatkowo z nieba lał się żar. Był jeden, krótki kawałek cienia na trasie, a poza nim tylko słońce, słońce, słońce… Na co dzień biegamy wieczorami, więc albo słońce już zachodzi, albo w ogóle jest ciemno, nie byłyśmy przyzwyczajone do takiej temperatury.

W połowie całej trasy dostałyśmy drobne wsparcie. Biegł z nami gość przebrany za jakiegoś cętkowanego kota (geparda?) i pytał kto chce cukierka. Chciałyśmy obie z koleżanką. Ona swojego (słusznie zresztą) przyniosła na metę. Ja – z racji tego, że jestem łakomczuch – zjadłam. Moja pokrętna logika podpowiedziała mi, że cukier = energia. I faktycznie tak było. Przez 5 minut ssania cukierka. Potem cukier = pragnienie! Wody na trasie nie dawali (5 km to krótki dystans), ja też ze swoją nie biegłam. I tak spragniona, gorąca i czerwona od słońca, przeklinając w duchu tego cukierka dobiegłam w końcu do mety.

Meta

Na mecie czekali na nas: syn, mąż, siostra i szwagier, który nagrał filmik jak przekraczamy linię mety. Pierwsze do czego się dorwałam to  była butelka wody. Chwilę zajęło mi jej znalezienie i w efekcie zapomniałam wyłączyć Endomondo (a zawsze o tym pamiętam!). Oficjalne wyniki z chipów przyszły dopiero w poniedziałek i okazało się, że te 5 km przebiegłam w czasie: 00:32:10,55 co nie jest rewelacyjnym czasem. Piąteczki pokonywałam już w czasie niższym niż 30 minut. Ale to było przed ciążą, także wiecie, czuję się usprawiedliwiona.

Po biegu

Po biegu odebrałyśmy swoje cudne medale. Były też jabłka, pieczywko Wasa i woda (! dopiero tu ją dali!). A później był chill i relaks w ogrodach rektorskich SGH. Zajęliśmy leżaczk i chłonęliśmy powietrze i słoneczko. Było leniwie, ale bardzo, bardzo przyjemnie. Po biegu można było skorzystać z darmowego bufetu, w którym dawali pyszną grochówkę lub żurek, kawę i herbatę. Piknik pod gołym niebem. W dodatku wygodnie, bo w sportowych koszulkach i legginsach. Bardzo pozytywnie spędziliśmy ten dzień.

Gorzej było w nocy, bo z gorąca i wrażeń nie mogłam zasnąć, a rano obudziłam się z MEGAzakwasami na udach.

Wnioski do zapamiętania na przyszłość

Moje wnioski po pierwszym starcie, (jeden powinien narzucić się Wam już sam):

  • Należy rozgrzewać się przed każdym biegiem (chociaż podobno są źródła, które mówią, że niekoniecznie).
  • Jak jest słońce to ubieramy krótsze legginsy (ja miałam 3/4).
  • Nie jeść nic słodkiego na trasie (albo mieć wodę).
  • Wyłączyć się z tego co dzieje się wokół. Biegnąć tak jakbym biegła sama.

To było bardzo fajne doświadczenie, które, pomimo minusów nie zniechęciło mnie to kolejnych startów. Wręcz przeciwnie, mam ochotę na jeszcze, żeby sprawdzić czy potrafię sobie poradzić z realizacją moich wniosków.