Wiecie? Jestem mieszczuchem. Takim totalnym. Uwielbiam Warszawę, uwielbiam być częścią tłumu ludzi co dzień dojeżdżających do pracy. Podoba mi się to, że sklepy, instytucje, kultura, edukacja są w stolicy na wyciągnięcie ręki. Lubię też korporacyjną atmosferę, ten „luz” i możliwości jakie ze sobą niesie praca w dużej firmie. Przez całe życie, myśląc o przyszłości widziałam siebie mieszkającą w Warszawie. Wieś w ogóle mnie nie interesowała, kojarzyła się zawsze z brzydkim zapachem, odchodami zwierząt i ciężką harówką. Żadna z moich babć nie mieszkała na wsi, żadnej bliższej rodziny na wsi nie mieliśmy.

A potem przyszło nagłe zderzenie z rzeczywistością: BAM! zakochałam się w chłopaku ze wsi! Wyobraźcie sobie bitwę myśli w mojej głowie: z jednej strony rozsądek, który mówi, że „Gdzie Ty na wieś?!” z drugiej strony serce mówiące „A może nie taki diabeł straszny? Jeśli to jest TO love, to będziesz potem żałować”. No i poszłam za głosem serca. Nie żałuję. Nawet się cieszę. Co prawda nie mieszkamy na wsi, ale moje małe miasteczko jest, myślę, pięknym kompromisem pomiędzy moimi wielkomiejskimi zapędami, a spokojem wsi, który by chciał mój mąż. Naszła mnie ostatnio taka myśl, że mój syn ma szczęście, że jednych dziadków ma miastowych, a drugich na wsi. Może nie wyrośnie na takiego mieszczucha  jak ja? Dziś o tym jak cudowna jest wieś dla mojego syna.

Dziecko na wsi

Drobna retrospekcja

Jak przez mgłę pamiętam, że jak byłam dzieckiem, to moja babcia miała znajomą, która miała małe gospodarstwo. Pamiętam, że suchy chleb zbierało się w domu po to, żeby tam go zanieść dla kurek. Pamiętam te kury właśnie, pamiętam, że były małe, śliczne kotki, pamiętam, że kupowaliśmy tam jajka. Pamiętam też, że był to bardzo fajnie spędzony czas dla mnie, jako dziecka. Dlaczego o tym zapomniałam na tak długi czas? Pochłonęło mnie to „Warszawskie życie”.

Na szczęście przypomniało mi się to, kiedy zaczęłam obserwować zachowanie mojego syna kiedy przyjeżdżamy w odwiedziny do dziadków. Gdyby nie trzeba było pilnować go, żeby nie zrobił sobie krzywdy, to można by było tylko siedzieć i obserwować jak bardzo przebywanie na wsi go cieszy.

Oddychać innym powietrzem.

Zacznijmy od tego, że na wsi jest zupełnie inne powietrze. Powietrze pełne pyłków, powietrze pachnące sianem. Na to zdanie pewnie wszyscy alergicy kręcą nosem. My mamy to szczęście, że Maluch nie jest na nic uczulony. Tym bardziej uważam za korzystne wystawianie go na wdychanie tego wszystkiego, co uczula, może w ten sposób się uodporni i żadna alergia w przyszłości go nie dopadnie. To taka moja własna dorobiona teoria z kategorii „nie znam się to się wypowiem”.

Jak wygląda krowa?

Punkt drugi: zwierzęta. Czy wiecie, że duże grono dzieci „miastowych” nie widziało nigdy prawdziwej krowy i nie wie skąd bierze się mleko? Maluch nie będzie jednym z tych dzieci. Pobyt na wsi, to świetna okazja do tego, żeby zobaczyć, dotknąć, pogłaskać różne zwierzęta.

Mój synek uwielbia koty. Piszczy na ich widok. Wie też gdzie dziadkowie trzymają karmię dla nich i sam ją bierze z opakowania i podaje kotkom. Uwielbiam na to patrzeć. Trzeba tylko mu to ograniczać, bo koty niedługo będą szersze niż dłuższe.

Pieski są równie ciekawym tematem, jednak do nich Maluch podchodzi z większą rezerwą. Niby fajnie, uśmiech na twarzy kiedy piesek szczeka, ale podchodzi do niego tylko wtedy, kiedy jest mama w pobliżu i w razie co obroni. Ostatnio bliskie spotkanie z radosnym pieskiem skończyło się płaczem, bo szczeniaczek w swej radości skoczył na Malucha i łapką dotknął jego twarzy. Myślałam, że do pieska więcej nie podejdzie, ale płacz trwał 2 minuty, a potem Maluch znów zaczął interesować się czworonogiem.

Kury i krowy są fajne na chwilę, można popatrzeć, ale Młode nie zajmuje sobie nimi dłużej umysłu, chociaż jak krowy muczą to on razem z nimi. Może potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby przeżyć bliższe z nimi spotkania.

Męska sprawa: maszyny

Niby jeszcze za mały na to, żeby rozumieć. Ale jak wujek posadzi w ciągniku, to buzia się uśmiecha. A jak jeszcze zatrąbi, to radość wypisana na całej gębie. Coś w tym jednak jest, że mężczyzn od najmłodszych lat ciągnie do męskich rzeczy. Jestem pewna, że w przyszłości będzie umiał nazwać każdą, z enigmatycznie wyglądających dla mnie maszyn, będzie wiedział do czego służy, a dźwięk traktora będzie rozpoznawał z daleka.

Uprzedzając pytania: nie, tak nie wyglądają maszyny u dziadków Malucha.

Brudne dziecko = szczęśliwe dziecko

U dziadków można się ubrudzić. Nikt nie lata za Maluchem z chusteczkami, nie wyciera, nie zabrania. Kamyczki są fascynujące, wodą można się chlapać i pół dnia, na ubrania nie trzeba zwracać uwagi. Generalna zasada: brudzimy się! Na szczęście nie jestem przesadną pedantką i przymykam oko na wzór na świeżo upranej  bluzeczce znikający pod kolejną plamą. Czarne paznokcie też można wyszorować szczoteczką przy wieczornej kąpieli. Ważniejsze jest to, że Maluch chłonie tan czas spędzony na wsi całym sobą.

Na wsi wszystko smakuje inaczej

Moja teściowa jest mistrzynią kuchni. Najlepsze obiady, najpyszniejsze ciasta – to zawsze jest jej dzieło. Dodajmy do tego jajka od „szczęśliwych kur” oraz wyhodowane bez nawozów warzywa i mamy idealne, zdrowe jedzenie dla dziecka. Nie mamy problemu z apetytem Malucha, więc cieszę się, że dostaje to co najlepsze i najzdrowsze. Maluch poznaje tez nowe smaki potraw, których ja na co dzień nie gotuję.

Jak wygląda życie na wsi?

Przebywanie u dziadków (mam nadzieję) będzie też miało pozytywne konsekwencje na przyszłość. Maluch obserwuje inny styl życia niż ten w mieście. Widzi, że nie ma tego wiecznego pośpiechu, ale widzi też ile i jak pracują ludzie na wsi, widzi ilu rzeczy trzeba dopilnować i ile zaplanować. W przyszłości będzie więc świadomy tego, że życie na wsi, to nie tylko sielanka, to bardzo ciężka praca, którą trzeba docenić.

Kiedy widzę jak dużo radości sprawia mojemu dziecku pobyt u dziadków na wsi to serce mi rośnie. Nie sądziłam, że jest to tak ważne dla rozwoju Malucha. U teściów ciężko jest z Młodym po prostu usiąść przy stole i siedzieć. On już dobrze wie, że najlepsze atrakcje czekają na niego na zewnątrz. Co chwila przynosi nam swoje buty, każe je zakładać i pokazuje na drzwi, żeby z nim wyjść do tego świata pełnego przygód i ciekawych rzeczy. Co jest korzystne również dla nas – spędzamy na świeżym powietrzu kilka godzin, nie kisimy się w domu.

A jak jest z Waszymi dziećmi? Znają wieś? Lubią? Piszcie.

  • Hania Zawisza

    Uwielbiam wieś. Sama jako dziecko spędzałam czas poza miastem. I to moje najlepsze wspimnienia.

    • Ja właśnie żałuję, że takich wspomnień zbyt dużo nie mam. Tak sobie wyobrażam idealne dzieciństwo 😉

  • Mieszkamy na peryferiach miasta, choć sąsiedzi nie mają już gospodarstw, tęsknię troszkę za tymi swojskimi klimatami. Dziecko zdążyło poznać wiejskie życie na wycieczkach szkolnych do gospodarstwa agroturystycznego. To jest straszne, że maluchy nie wiedzą skąd się bierze mleko „no ze sklepu przecież!”. Chciałabym żyć na wsi, ale takiej blisko miasta 🙂

    • Ja chyba nie umiałabym żyć na prawdziwej wsi. owszem, lubię przyrodę i spokój, ale to w mieście prowadzę życie. Lubię mieć blisko sklep, chcę, żeby moje dziecko miało blisko do szkoły, czy do przychodni… jestem okropnym mieszczuchem 😉

  • Na punkcie maszyn mój Sarszak szaleje. Pokaż mu traktor, a już by na nim siedział 😀

Close