W dzisiejszym wpisie chciałam się z Wami podzielić tym, jak to karmienie piersią od początku bardzo mnie zaskoczyło, a jego początki wspominam gorzej niż poród. Nie da się? Poczytajcie 🙂 (uprzedzam, opowieść będzie długa).

Karmienie_01

Wiele łez wylałam zanim razem z Malcem doszliśmy do wprawy w karmieniu się piersią. Całe szczęście, że w końcowej fazie ciąży przeczytałam cały blog hafija.pl

Pierwsze przystawienie odbyło się około godziny po porodzie. Piersi delikatne, niezahartowane. Troszkę bolało, ale myślałam, że tak powinno być. Maluch ssał i ssał, czy efektywnie, teraz nie jestem w stanie powiedzieć. W końcu został odłączony, a mnie został czerwony ślad. Bolący. Maluch urodził się rano, dostał jeść i zasnął na długie godziny. Myślałam sobie, że jak zgłodnieje, to się obudzi, więc nie martwiłam się. Poza tym liczyłam na pomoc w szpitalu, bo ja przecież z karmieniem piersią nie byłam jeszcze za pan brat. Wieczorem położna pyta czy karmiłam, a usłyszawszy, że tylko rano, kazała obudzić Malucha i przystawić.

Moje przystawianie nie wyszło, Maluch darł się wniebogłosy, więc od razu poszłam do położnych po pomoc. Przyszła, próbowałyśmy chyba ze 40 minut, mały nie załapał. Położna przyniosła więc sondę z glukozą, pokarmiła chwilkę i kazała za 3 h budzić malca i dalej próbować.

I tak zaczął się mój koszmar. Pilnowanie trzech godzin, a następnie próby przystawiania, z których każda wyglądała następująco: płacz, płacz, płacz, 40 minut prób przystawiania, maluch ssie dwa razy i od nowa płacz, płacz, płacz. Nie wiem ile już razy biegałam do położnych. Powiem Wam szczerze –  było mi trochę przed Nimi wstyd, że nie umiem nakarmić swojego dziecka (a nie powinno! Teraz już wiem!). Każda z położnych była pomocna, nie powiem. Każda pokazała mi jakiś nowy sposób na to żeby Maluch zechciał się wysilić i ssać. W międzyczasie z moich delikatnych brodawek zrobiła się istna rzeźnia. Każde przystawienie bolało jak skurczybyk. Dodajcie do siebie wrzeszczącego noworodka, który nie umie się przystawić oraz niemożebny ból brodawek…wyobrażacie sobie co czułam? Stres i niechęć do karmienia. I tak co 3 godziny cały dzień i noc. Jakby tego było mało, sala poporodowa była dwuosobowa. I moja „koleżanka” z sali miała dziecko, które przystawiało się w 2 sekundy, jadło jak szalone i co chwila domagało się jeść. Cóż za kontrast przy mojej marduce… Na dodatek z dziewczyną z sali  zamieniłyśmy chyba 2 słowa. W ogóle nie chciała rozmawiać.

Pamiętam jedną sytuację, w której  poprosiłam położną o pomoc, miała coś do zrobienia, więc powiedziała, że przyjdzie za 5 minut. A ja przez te 5 minut złapałam ogromnego doła, zaczęłam płakać razem z synem i położna weszła do dali jak taka zapłakana i zasmarkana właśnie byłam. A to była położna, która mi się taka „ostra” wydawała. Jakoś w końcu przystawiłyśmy syna i trochę pojadł.

Mały, jak każde dziecko po porodzie tracił na wadze (dla kontrastu, jego koleżanka z sali przybrała – ja załamana), na szczęście jednak pediatra stwierdziła, że spadek nie jest zbyt duży i hurra! dostaniemy wypis. To była dla mnie wspaniała wiadomość – nareszcie spokój domowego ogniska 🙂 Przy wypisie położna (ta „ostra”) powiedziała pocieszające dla mnie słowa „Pani wie, że Pani potrafi przystawić, Pani wie że Maluch umie jeść, więc proszę się nie poddawać tylko przystawiać do skutku”. Niby nic, ot zwykłe słowa, ale one wtedy dały mi siły do walki.

Po powrocie do domu okazało się, że wcale nie taki spokój domowego ogniska, bo zaczęły się pielgrzymki odwiedzin. O ile była to moja mama czy siostra, to nawet cyckiem przy przystawianiu mogłam poświecić, jeśli to był ktoś inny, to wychodziłam na karmienie do innego pomieszczenia, gdzie często spędzałam nawet godzinkę, standardowo 40 minut przystawiania, 10 minut jedzenia. Nie muszę wspominać, że w staniku dwie wielkie, krwawiące rany. Co się zagoiło, to przy karmieniu znów się rozdrapywało. Koszmar. Z przystawianiem szło trochę lepiej, ale bardzo bolał mnie kręgosłup. Jak już udało się, ze mały załapał jak jeść, to bałam się poruszyć, żeby przypadkiem nie odłączył się. Dosłownie wisiałam nad nim pochylona, a kręgosłup płakał. Ale z czasem zaczęło być coraz lepiej, a i rany powoli zaczynały się goić.

I właśnie w tym pięknym momencie zachciało mi się przystawić malucha inaczej niż zwykle – spod pachy. I to było okropny błąd, zostałam bardzo mocno pogryziona, rany się odnowiły. Wiem, ze to było niemądre, ale unikałam karmienia tą bolącą piersią jak ognia. Dodatkowo, zamiast siedzieć i wietrzyć rany musiałam spędzić cały dzień w staniku, bo mieliśmy gościa aż do północy(!!!). Następnego dnia obudziłam się rano z gorączką, ogniem w jednej piersi i brakiem ochoty żeby wstać z łóżka. To była sobota. Podejrzewałam już co mi jest – zapalenie piersi, ale głupia myślałam, że samo przejdzie. Niedzielę przeczekałam, męża wysłałam po kapustę, pierś kazali rozmasować z olejkiem, czego efektem było zejście skóry i otwarte rany (tak, aż tak straszne to było). Robiłam okłady z kapusty uprzednio stłuczonej tłuczkiem do mięsa i zamrożonej. Pomagało tylko na chwilkę. W poniedziałek wybrałam się więc do lekarza. Dostałam antybiotyk, bo zapalenie było znaczne, no i była gorączka.

A co z maluchem w tym czasie? Chyba nie muszę mówić, że był głodny jak wilk. Ze zdrowej piersi się nie najadał, z chorej w ogóle nie chciał ssać. Tak, przyznaję się, poszła w ruch mieszanka z butli. Płakałam jak mu ją podawałam.

Pierś zaczęła się na szczęście goić, ale problem z przystawieniem do chorej niestety pozostał. W odruchu rozpaczy zaczęłam przeglądać strony internetowe i zadzwoniłam po doradcę laktacyjnego.

I to był strzał w dziesiątkę. Pani jest również położną w szpitalu, w którym rodziłam. Przyjechała wieczorem do naszego domu. Obejrzała pierś, obejrzała Malucha (pępek,), obcięła mu paznokcie. Pokazałam jej jak przystawiam syna do piersi. Oceniła, że robię to dobrze, tylko mały nie chce zjadać, bo czuje, że ta pierś jest jakaś inna. Próbowałyśmy przystawić go na różne sposoby. W końcu kazała mi się położyć na plechach, malucha położyć sobie na brzuchu i tak podać pierś. I zapałał! Płakałam chyba wtedy z radości. Nikt nie mówił, że tak też można. Dzisiaj już wiem, że przystawiać można dokładnie tak jak się chce, a nie tylko tak jak mówią książki (4 pozycje opisują).

Od tej pory było już tylko lepiej. Dzisiaj mamy 5 miesięcy i karmimy się tylko piersią. Maluch załapuje w 3 sekundy sam. A karmiłam już chyba wszędzie, bo i u fryzjera i u kosmetyczki, na ławce w parku, w sklepie, w centrum handlowym.

Czerpię z tego dużą radość, bo wiem, że daję Maluchowi to co najlepsze.

Karmienie_04

Podsumowując: jeśli masz problemy z karmieniem, nie zastanawiaj się, proś o pomoc. Nie słuchaj ludzi, którzy mówią, że mieszanka jest super i po co się męczyć. Ja  uważam, że jeśli się chce, to się będzie karmić piersią, i warto przebrnąć przez wszystkie trudne chwile. Dla swojego dziecka. A po informacje czemu warto, i co takiego cudownego jest w naszym mleku odsyłam do Hafiji.

  • ~Emilia

    Po raz kolejny wpis o aktualnej tematyce przypomniany w dobrym momencie!
    Zawsze mi się wydawało, że nie będę „laktoterrorystką”, spróbuję karmić, ale jak się nie uda to trudno, a hafija, pomimo ogromnej wiedzy, strasznie mnie wkurzała. Ale kiedy pojawił się wybór – karmienie piersią „inaczej” albo mieszanka, przy mega wsparciu położnych ze szpitala i jeszcze większym od męża zaczęłam się bić o każdą kroplę. Jeszcze nie wyrabiam z produkcją i muszę dodawać sztuczne, ale z każdą kupowaną paczką mam nadzieję, że to już ostatnia! Teraz trudno mi zrozumieć kobiety, które mogą karmić, mają rozbujaną produkcję, ale wolą podać sztuczne bo „inaczej ciągle na mnie wisi, tak się nie da żyć!” albo „po mm w nocy śpi dłużej, ja potrzebuję się wyspać!”. Szkoda tylko, że rezygnują z dawania dziecku tego, co zdecydowanie jest dla niego najlepsze.

    • wyrodna-matka

      Ja myślę, że to wszystko wynika z niewiedzy (o tym co dobrego jest w kp), nieświadomości (tego, co się dziecku „zabiera”) oraz życia w świecie, gdzie nikt nic o kp nie wie.
      Z kolei „laktoterroryzm” wynika właśnie z wiedzy, świadomości i życia w świecie, w którym nikt tej wiedzy i świadomości nie ma. Wtedy chce się jak najgłośniej powiedzieć tą prawdę, a wtedy przez innych odbierane jest to jako terroryzm.
      Ja się przyznaję – jestem „laktaterrosystką”, ale bardziej wewnętrzną. Staram się stopować z komentarzami, gdy widzę, że nie wygram. Gdy słyszę, że ktoś żyje w błędnym przekonaniu i już sobie pod to wszystko ułożył w głowie, to ja swoimi „prawdami” bardziej się ośmieszę niż pomogę. Odpuszczam więc. Często koleżankom w ciąży po prostu dyskretnie polecam Hafiję – może będzie im się chciało samym tą wiedzę posiąść…

      I to chyba jest główny problem nikt nie uczy kobiet o karmieniu piersią.

      Bardzo, bardzo mocno wierzę w to, że uda się Wam w końcu kupić ostatnią paczkę mm, trzymam za to kciuki. Jeśli natomiast się nie uda, to bez wyrzutów sumienia karmić dziecko mm w poczuciu, że zrobiło się WSZYSTKO co można w tym kierunku.

  • ~Emilia

    Ja się tylko zastanawiam gdzie są szkoły rodzenia i położne…My mieliśmy szczęście, bo ze szkoły rodzenia wynieśliśmy solidną wiedzę i numer telefonu, pod który można zadzwonić o każdej porze i z którego w kryzysie skorzystaliśmy, a w szpitalu położne bardzo nas na kpi nakręcały, co bardziej szokujące – PRZEPROSIŁY, że muszą podać sztuczne, ale dziecko musi jeść a nakręcenie produkcji laktatorem potrwa, jednocześnie razem z nami cieszyły się z każdego mililitra.
    Za to tydzień później, w innym, ale również mającym bardzo dobre opinie szpitalu (z pierwszej trójki w Warszawie), koleżanka nie dostała absolutnie żadnej pomocy poza radami „pani przystawia, bo dziecko głodne” albo „jak pani nie umie to proszę dać sztuczne”. Karmi z sukcesem tylko dzięki wezwanej do domu położnej laktacyjnej.

    • wyrodna-matka

      W Polsce bardzo kuleje ta wiedza laktacyjna. Ja też doszkalałam się przez przypadek. Gdybym nie trafiła na Hafiję, i na konferencję MamaPyta, jak byłam jeszcze w ciąży, to zupełnie inaczej potoczyłaby się moja droga mleczna.
      WIEDZA zmienia wszystko.
      Dobrze, że powoli wychodzimy z tych błędnych przekonań co do kp. Jest coraz większa świadomość – niestety ciągle za mała.

Close