W dniu, w którym zakładałam ten blog pomyślałam sobie, że będę go pisać tylko dla siebie. Jako pamiętnik matki, a później jako fajne wspomnienia dla syna. I tak było przez pewien czas. Później założyłam fanpejdż na Facebooku, nie zapraszałam na niego wszystkich, tylko tych, co wydawało mi się, że mogliby być zainteresowani tematyką dziecięcą. Nie było ich wielu (z resztą część nie przyjęła zaproszenia). Poza tym nie ujawniłam się, swojego imienia, ani swojego zdjęcia, było bardzo anonimowo. Później koleżanka, która wydawała mi się nie zainteresowana tematyką parentingową napisała „Wyrodna Matko, rozkręcasz ten fanpejdż czy nie?”. Dała mi kopa i zaprosiłam większość znajomych i tak dzisiaj dobiłam do około 200 fanów. Tak, wiem, to nie jest dużo.

Ale cofnę się jeszcze chwilkę w czasie. Któregoś pięknego październikowego lub listopadowego dnia dostałam wiadomość, że może chciałabym wysłać swoje zgłoszenie na spotkanie „Blogi mają moc”. Ucieszyłam się, że ktoś podpatrzył co robię, i postanowił mnie zaprosić na takie spotkanie. Co prawda miało się odbyć dopiero w styczniu, ale już wtedy powiedziałam sobie, że spróbuję, może coś fajnego z tego wyniknie. I wynikło, bo spotkanie było super fajne (opis III Grodziskiego spotkania blogerów zamieściłam na blogu), a mnie zachciało się więcej. W szybkim czasie zapisałam się na szkolenie dla blogerów Performance Content, a zaraz potem na warsztaty kulinarno fotograficzne.

W międzyczasie jeden z moich wpisów został polecony na stronie głównej Onetu (był to wpis o kupowaniu w secondhandach), a potem popełniłam wielokrotnie udostępniany na Facebooku wpis dotyczący porodu.

Statystyki podskoczyły, zapał do pisania i wiara w siebie również. Pojawiły się też wyobrażenia, co to będę mogła jeszcze w kierunku rozwoju bloga zrobić, kogo poznać, na jakie spotkanie pojechać. Oczami wyobraźni już widziałam siebie prowadzącą mega profesjonalnego bloga, którego statystyki nieustannie będą rosły.

Obecnie przed moim oczami rysuje się wizja powrotu do pracy i przygotowań do kilku ważnych wydarzeń (w tym urodziny Malucha, organizacja wieczoru panieńskiego, trzy wesela) i trochę wszystko przycichło, statystyki się uspokoiły. Jednocześnie mam coraz więcej przemyśleń o tym, że blogowanie jest fajne, ale niesie ze sobą też pułapki.

Pułapka czasu

Wiecie, blogi parentingowe zazwyczaj traktują o tym jak być lepszym rodzicem. Znajdują się tam zazwyczaj porady poparte osobistymi doświadczeniami, różne testy produktów, recenzje, opinie. Innymi słowy: jeśli potrzebujesz jakiejś podpowiedzi w byciu rodzicem, to szukaj na blogach, tam zazwyczaj czeka rzetelna wiedza i odpowiedzi na większość pytań. A teraz pytanie? Jak oni to robią? Kiedy blogerzy, którzy dużo piszą i dbają codziennie o swój fanpejdż znajdują czas, żeby pobyć z dzieckiem. Kiedy są tym rodzicami, od których bierze się pomysły na spędzenie z dzieckiem wolnego czasu? Kiedy testują, kiedy czytają z dzieckiem książeczki, kiedy się z nim bawią?

Pewnie nie doszłam jeszcze do takiej wprawy, ale kiedy mam napisać wpis na bloga, to głośno oznajmiam Panu Wyrodnemu, że dzisiaj będę publikować wpis, więc ma:

  1. nie blokować mi kompa,
  2. zająć się jojczącym maluchem
  3. zająć się różnymi wynikłymi sytuacjami

Bo mi publikowanie posta nie zajmuje 30 minut. Lubię pisać, i kiedy mam dobry temat, to idzie samo, palce stukają o klawiaturę i tekst powstaje szybko. Ale sam suchy tekst to nie wszystko. Trzeba zrobić lub znaleźć odpowiednie zdjęcia (wyznaję zasadę, że do tekstu zawsze powinno być jakieś zdjęcie, lub dwa, przyjemniej jest zawiesić oko na czymś innym niż czarne literki), te zrobione obrobić w programie (ja przycinam, poprawiam kontrast, jasność lub nasycenie, dodaję logo), następnie wrzucić je na serwer i wstawić w tekst w odpowiednich miejscach, wybrać lub wyedytować zdjęcie na ikonę wpisu. Później przychodzi czas na wybór słów kluczowych, podlinkowanie odpowiednich hiperłącz do innych wpisów i do innych stron, sprawdzenie jak dany wpis będzie wyglądał w wyszukiwarkach, wreszcie przeczytanie trzy razy tekstu w poszukiwaniu niespójności i literówek (chociaż haniebnie często mi się one zdarzają). To jest, brzydko mówiąc, kupa roboty i kupa czasu. Czasu, który mogłabym spędzić na zabawie z Maluchem. Pewnie, mogę dbać o bloga kiedy dziecko śpi, ale wtedy wpis powstawałby przez kilka dni, bo godzina snu to ogromna łaskawość ze strony Malucha. Mogłabym też robić to nocą, bo sen jest dla słabych, ale wybaczcie: jestem słaba.

Kochani Wielcy Blogerzy, powiedzcie mi: jak Wy to robicie?

Pułapka ciągłych spotkań

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po pierwszym spotkaniu chciałam kolejne, i kolejne, i kolejne… Dobrze się składało, bo mąż był na przymusowym urlopie, więc i do Warszawy mógł zawieść i Maluchem się w tym czasie zająć. I tak miałam duże wyrzuty sumienia, że chłopaki moje siedzą w samochodzie pół dnia, lub łażą po Warszawie podczas gdy ja dobrze się bawię albo szkolę.

Zdawało mi się, że takie blogerskie spotkania, to rzecz sporadyczna, raz od wielkiego dzwonu. Że blogerzy tak sobie siedzą w domkach, stukają w klawiaturę, raz się spotkają i rozejdą do domów i spokój na pół roku. No to się zdziwiłam, bo w oko co chwila zaczęły mi wpadać coraz to nowe spotkania, na których fajnie by było być. Gorzej, że jedno spotkanie w środku tygodnia, inne w Gdyni, inne w Poznaniu, jeszcze inne gdzieś na Śląsku… Kochani, wielcy Blogerzy: jak Wy to robicie, że jesteście na każdym? Jak to możliwe, że zostawiacie dzieci tak często, albo wozicie je ze sobą? Mnie to przeraża, bo mimo, że chciałabym, to nie mam takich możliwości.

Pułapka zbyt wielu recenzji

Jeśli chociaż trochę pamiętacie moją relację ze spotkania Blogi Mają Moc, to zapewne w oko Wam wpadła moc prezentów, które otrzymałyśmy od sponsorów. Nie ma co ukrywać, to obopólna korzyść: blogerzy otrzymują jakiś produkt, ale w zamian producent oczekuje pokazania tego produktu na blogu, jakiejś recenzji, opisu, wzmianki, linku. Ja zrecenzowałam już większość produktów, które miałam opisać (jedna mi została jeszcze do publikacji) i mimo, że produkty są świetne i miło się o nich pisało, to niejako jest to trochę narzucenie tematyki postów. A jeśli bloger jeździ na wszystkie spotkania z punktu powyższego, to produktów do pokazania i zrecenzowania ma bardzo dużo. Często pewnie z jakimś deadline’m, do którego recenzja ma się pojawić. I potem siedzi ten bloger i wpis za wpisem trzaska recenzje na przemian z opisami spotkań. Czytam często te recenzje i w wielu przypadkach mam wrażenie, że pisane są one na siłę. Mam też często wrażenie, że bloger nie przyłożył się do recenzji, zrobił „po łebkach” byle by było. W mojej opinii taka recenzja ani nie jest dobrą reklamą, ani nie jest chętnie czytana, ani nie wnosi nic nowego do zawartości bloga. Zwyczajnie słaby wpis z konieczności.

Pułapka nieustannego kontaktu z czytelnikami

Jeśli jesteś blogerem, to prawdopodobnie zaczynasz dzień od przejrzenia facebooka, zalajkowania i skomentowania aktywności innych. Zanim wypijesz kawę strzelisz jej fotkę i wrzucisz na insta. Piękna pogoda też wymaga uwiecznienia, chociażby w krótkiej informacji na facebooku. Jeśli jesteś w knajpie, to przed jedzeniem zrobisz parę fotek talerza, następnie wrzucisz ja na fejsa i oznaczysz gdzie byłeś. Każdy spacer, każde wyjście, nowa fryzura, manicure, zakupy czy kawałek adidasa jako dowód, że uprawiałeś jakiś sport – wszystkie te fakty z życia znajdują się na Twoim fanpage’u. Dzień też kończysz przejrzeniem najnowszych aktywności i świeżych wpisów na Twoich ulubionych blogach. Przerażające? Ale prawdziwe! Całe dnie przeżywamy z myślą o tym co opublikować. Niedługo nie będziemy mogli chodzić do łazienki bez uprzedniego zameldowania się w WC.

Wpadłam w tą pułapkę już dawno. Zanim zaistniał blog trochę mniej, bo nie chciałam zaśmiecać innym tablic, ale teraz nie mam powodu, żeby się hamować. Widzę często karcący wzrok Pana Wyrodnego, który widząc, że znów zrobię zdjęcie pyta się mnie „I gdzie to będziesz wrzucać?”. Po czym ja się obruszam i mówię, że przecież twarzy naszego dziecka nie publikuję i co on się w ogóle czepia… Jak Wy to robicie, o Wielcy blogerzy, że Wasi partnerzy tolerują, a nawet wspierają takie działania? Zdradźcie tajemnicę.

Wcale nie jest trudno wpaść w jedną, albo we wszystkie te pułapki. Prowadzenie bloga, to regularna praca, wymagająca mnóstwa czasu. Zastanawiam się czy chcę być takim blogerem na poważnie, takim co jeździ na wszystkie spotkania, takim, co pisze recenzje od ręki, takim, co to blogu poświęca życie… A potem przychodzi kolejna myśl, że niedługo kończę urlop macierzyński i rodzicielski i wrócę znów do pracy. To będzie (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam) przełomowy czas dla Wyrodnej Matki, który pokaże w którym kierunku powinna ona pójść. Boję się, że nie będę miała wystarczająco czasu dla Malucha, a co dopiero z czasem na pisanie, czy regularne kontakty z fanami poprzez media społecznościowe. O blogospotkaniach nawet nie myślę. To będzie właśnie ten czas, w którym zadecyduję czy przechodzę na własną domenę (jeśli będzie szło tak jak dotychczas lub lepiej), czy będę jakoś ciągnąć ten blog, w aktualnej postaci (z tymi wszystkimi denerwującym reklamami), czy może w ogóle zawieszę swoją działalność. Jestem pełna obaw. Tak, źle mi z tymi wątpliwościami.