Dzisiaj będzie o biegu, którego nie mogłam się doczekać, bo miał być zupełnie inny niż wszystkie, w których dotychczas brałam udział. Miało być nowe miejsce, fajne zdjęcia, ekstra medal i satysfakcja. I niby wszystko to było, ale sam bieg nieźle mi dał w kość. Ale nie ma tego złego: doświadczyłam czegoś nowego i trochę wyciągnęłam wniosków.

Zacznijmy od tego, że Skywayrun, to cykl biegów organizowanych na różnych lotniskach. Biegi odbywały się na lotnisku w Rzeszowie i we Wrocławiu, a edycja wojskowa, czyli Military odbywa się w Mińsku Mazowieckim, a właściwie pod Mińskiem na terenie 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego. Musicie przyznać, że brzmi super – dla mnie brzmiało. Dodatkowo nasłuchałam się od ludzi, który brali udział w tym biegu, że wszystko jest tak fajnie zorganizowane, że biegnie się po pasie startowym lotniska, a atrakcją w czasie biegu są stojące samoloty, z którymi niektórzy biegacze robili sobie selfiaki (w trakcie biegu). Zapragnęłam i ja wziąć udział.

Początkowo bieg Skywayrun Military #3 miał odbyć się któregoś wrześniowego weekendu, ale z jakichś niewyjaśnionych przyczyn organizatorzy przenieśli ten bieg na październik. Z jednej strony odpowiadało mi to, ponieważ na wrzesień miałam zaplanowanych kilka biegów, z drugiej strony, chyba trochę za późno się to odbyło, bo gdy dobiegali ostatni biegacze na dworze zrobiło się już ciemno. Ale o tym zaraz 🙂 Skywayrun, to tak naprawdę dwa biegi: jeden na 5, a drugi na 10 kilometrów. My wybrałyśmy, jak zawsze ambitnie – dyszkę.

Bagaż podręczny, czyli pakiet startowy

Pakiet kosztował około 70 złotych i składał się tylko w koszulki i numeru startowego. Przeszukałam czeluści swojego telefonu, ale nie zrobiłam zdjęcia samemu pakietowi. Jedyne co mogę napisać, to to, że muszę lepiej czytać co piszą o koszulkach. Bo projektu koszulki był przepiękny (zobaczycie na zdjęciach w dalszej części wpisu). Koszulka była biała, techniczna, z cudownym rysunkiem samolotu wojskowego w chmurach. Nie doczytałam za to, ze koszulki nie są podzielone na damskie i męskie, tylko są unisex. Wzięłam rozmiar L. Taaa…. można powiedzieć, ze biegłam w sukience 🙂 Po biegu (i upraniu of kors!) koszulkę przejął Pan Wyrodny – rozmiar akurat na niego.

Najpiękniejszy numer startowy.

Sam numer startowy był przepiękny, na czarnym tle z taką jakby mapą radarową Europy. W kwestii projektów koszulek i numerów organizatorzy naprawdę się postarali.

W drodze na lotnisko

To nie był pierwszy raz, kiedy jechaliśmy do Mińska Mazowieckiego. Mamy tam rodzinę, więc co najmniej raz w roku pokonujemy tę trasę. Nie wiem co w niej jest, ale ona zawsze mnie usypia. Popadam w taki letarg. Zapewne chodzi o czas, w jakim się jedzie, bo wychodzi nam optymistycznie 1,5 godziny a pesymistycznie 2 godziny. Tym razem wyszło 2 godziny (jechaliśmy jeszcze za Mińsk), a pogoda również nie rozpieszczała: szaro, buro, ponuro, mgły i słoty. Wiecie – taka pogoda, jest wymarzoną pogodą na bieganie, ale jakoś nie nastrajała mnie pozytywnie. Wręcz przeciwnie, odczuwałam jakiś lęk. Dobrze, że jechaliśmy z Panem Wyrodnym, Maluchem i z moim kochanym Zajączkiem, to trochę weselej mi było.

Oczekując na lot… znaczy bieg

Po tych męczących dwóch godzinach w końcu udało się dotrzeć do 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Janowie pod Mińskiem Mazowieckim.

Dotarli!

Jako, że jest to lotnisko wojskowe, to na wjeździe sprawdzali nasze dokumenty i oświadczenia osób towarzyszących. Poszło to bardzo szybko i sprawnie, a Pan (chyba żołnierz) nas kontrolujący był bardzo sympatyczny. Zaparkowaliśmy na terenie Bazy Lotnictwa, ale było tyle samochodów, że musieliśmy spory kawałek kawałek przejść do biura zawodów. Samo biuro było zorganizowane w hangarze.

Stały w nim dwa samoloty (zdaje się, że MIG-i), które można było oglądać, ale tylko z zewnątrz. W hangarze można było również odebrać pakiety startowe, przebrać się w biegowe ciuchy i zostawić depozyty.

Pomarzyć o podium zawsze można 😉

Organizatorzy zadbali o rozgrzewkę przed biegiem, która znów wydawała mi się bardzo mało biegowa, bo była raczej fitnessowa. Nie przykładałyśmy się do niej za specjalnie, bo wiedziałyśmy, że przedobrzenie na rozgrzewce może źle się skończyć na samym biegu. Za to z lekką dozą niepokoju patrzyłyśmy przez bramkę startu na pas lotniska, nad którym tajemniczo unosiła się mgła. Przez cały czas oczekiwania towarzyszyło mi uczucie strachu, sama nie wiem przed czym. W czasie rozgrzewki spotkałam również kolegę z pracy, który powiedział, że w zeszłym roku było super i że jest to trasa doskonała do bicia rekordów życiowych.

Mgła….

No to lecimy

W końcu nadszedł czas i grupa biegaczy na dychę wystartowała. Byłam bardzo ciekawa jakie fajne samoloty zobaczymy na trasie biegu. Na samym początku przywitał nas napis „Sprawdź ogumienie”, który trochę mnie rozweselił. Okazało się, że na terenie lotniska nie będziemy robić żadnego kółeczka, tylko biegaliśmy w tę i z powrotem, w dodatku dwa razy tę samą trasę. Muszę Wam powiedzieć, że starałam się dotrzymać, chociaż a początku kroku mojemu zajączkowi, ale nie byłam w stanie tego zrobić. Nie miałam kompletnie sił i jeszcze przed piątym kilometrem i przed punktem nawodnienia kazałam jej się ode mnie odłączyć. Sama biegłam dzielnie, ale już nie tak zabójczym tempem, tylko swoim własnym. Jak na mnie szybkim.  Na trasie biegu nie spotkaliśmy zbyt wielu samolotów. Był jakiś jeden mały wojskowy i drugi rządowy, zdaje się, tupolew. Nie było więc zbyt wielu punktów, które odwracały by moje myśli od tego, że się męczę.

Autor zdjęcia: Paweł Pietruczanis

Paradoksalnie natomiast fajna była mgła, bo nadawała aurę tajemniczości, a włączone niebieskie światełka wzdłuż trasy biegu były super! A wracając do mnie… pod sam koniec, kiedy już prawie widziałam metę poczułam, że jeśli tylko przyspieszę, to będę miała mroczki przed oczami i nie wiadomo czy nie zemdleję. Zamiast więc finiszować w pięknym stylu, to zwolniłam na maksa, tak tylko, żeby udało się dobiec do mety, do Zajączka, do swoich, którzy w razie „w” pomogą.

Lądowanie

Udało się dobiec, udało się odebrać medal i wodę, udało się znaleźć Zajączka i moich chłopaków. Udało się też nie zemdleć, ale przez kilka minut nie mogłam się wyprostować, bo czułam, że wtedy odpłynę. Jeszcze nigdy, na żadnym biegu i po żadnym wysiłku nie czułam się tak słabo. Nie byłabym sobą, gdybym nie przemyślała sobie całej sytuacji – dlaczego tak się stało.

Tu widać jak bardzo mnie bieg sponiewierał. Tu już się uśmiecham, ale kilka chwil wcześniej było kiepsko.

No i wiem. Między ostatnim posiłkiem, a biegiem minęło zbyt dużo czasu. Ostatni raz jadłam w domu i to jakąś bułkę słodką nie za dużą, a przecież jeszcze jechaliśmy do Mińska i czekaliśmy na bieg trochę czasu. Dzięki temu doświadczeniu wiem, że posiłek przed bieganiem trzeba dobrze przemyśleć. Zjedzenie czegoś zbyt późno może skończyć się zgagą lub wymiotami, ale zjedzenie za wcześnie sprawia, że nie mamy sił. Tak więc wyniosłam z tego cenną lekcję.

Wylądowałam!

Wyniki

Okazało się, że według oficjalnego pomiaru czasu przebiegłam tę dyszkę w czasie 00:57:43. Co oznaczałoby wynik o parę sekund lepszy niż moja życiówka na 10 kilometrów. Ja jednak ani tego nie czułam, ani Endomondo nie pokazało mi rekordu. W dodatku trasa nie była atestowana i wynosiła trochę mniej  niż 10 kilometrów, dlatego nie uznaję tego jako mój rekord życiowy.

Przepiękny medal!

Podsumowanie lotu

Kiedy myślę o Skywayrun Military po upływie 2,5 tygodnia, to mam mieszane uczucia. Sam pomysł na bieg po pasie startowym i sam fakt, że było to lotnisko wojskowe to bardzo duże plusy – takiego biegu nikt inny nie organizuje. Do tego cuuudna koszulka (moja wina, że wzięłam za duży rozmiar) i unikalny medal z samolotem zawieszony na sznurku zamiast na tasiemce – strzał w dziesiątkę. Mam jednak jakieś wrażenie, że tegoroczna edycja nie odbyła się z taką pompą jak ta z zeszłego roku. W zeszłym podobno były samoloty, do których można było wsiąść i pozwiedzać (co byłoby genialną atrakcją dla Malucha), a w tym roku  tylko dwa samoloty w hangarze odgrodzone taśmą i dwa inne przy trasie biegu. Dodatkowo, o czym miałam Wam napisać, przełożenie biegu na koniec października i zaplanowanie startu „dychy” na godzinę 16:30 to nie był do końca trafiony pomysł. My z Zajączkiem dobiegłyśmy kiedy dopiero zaczynało się ściemniać, ale ostatni biegacze wpadali na metę jak już było ciemno, a na terenie 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego nie było zbyt wiele oświetlenia. Wielka szkoda, że trasa nie miałam równych 10 kilometrów i nie była atestowana, bo padło by pewnie wiele oficjalnych życiówek. 

Jeżeli ktoś by mnie zapytał czy warto wziąć udział w takim biegu powiedziałabym, że tak, absolutnie warto.Ale jeżeli spytacie mnie czy pobiegnę po pasie startowym za rok, to odpowiem, że nie. Mińsk Mazowiecki to jednak trochę zbyt daleko, żebym czuła się komfortowo i niezmęczona przed biegiem. A Wy co myślicie o takim biegu?

  • wow ! mi nie pozostaje napisać nic innego jak PODZIWIAM !!! brawo!!!!

    • To naprawdę żaden wyczyn 😉 Bieganie, wbrew pozorom nie jest takie straszne.

  • Podziwiam biegaczy! I gratuluję każdego przebytego kilometra!

    • Dziękuję! Ja też podziwiam prawdziwych biegaczy 🙂 Bo ja to totalna amatorka.

  • Podziwiam, bo moja życiówka to tylko 23 minuty i 3 km. I nic więcej.

  • Ach Gabrysia, trochę Ci zazdroszczę tych emocji, bo wciąż je pamiętam ze swoich doświadczeń z bieganiem. Nie udaje mi się wrócić do biegania, chociażby w wersji slow, bo swój czas muszę teraz poświęcać na inne rzeczy. Bieganie, choć nie należy do moich ulubionych, wciąż jednak jest na liście, bo pamiętam to uczucie zmęczenia i satysfakcji po każdym treningu. Fajne to było.

    • Tak, zdecydowanie emocje są najważniejsze. Ja mam niepokój przed startem, przeklinanie w głowie po co mi to było w trakcie biegu, no i wspomniana przez ciebie satysfakcja i euforia po skończonym biegu. I duma, że dałam radę 🙂
      Ale Ola, jak tak sobie o Tobie myślę, to Ty wcale nie potrzebujesz biegania, bo jesteś tak mega aktywna, że patrzę na Ciebie z podziwem!

      • Ale to bieganie w tym kontekście, o którym pisałam wyżej nawet by mi się przydało, tyle, że rzeczywiście mój czas zabierają teraz inne treningi. Zresztą niebawem ujawnię je na blogu 😉

        • Jak zawsze jestem ciekawa, bo robisz tyle niesamowicie ciekawych rzeczy!

          • Jak miło <3
            Tym razem chyba trochę niektórych zaskoczę. Jeszcze chyba w listopadzie albo na początku grudnia 😉

          • Hm… jeśli zaskoczysz, to musiałabyś zrobić coś nietypowego dla siebie… Szachy? 😀

          • Szachy już były 😉 To coś sportowego z czym walczę od kwietnia. I tak, jest to dla mnie nietypowe.

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    Szalona ! 🙂 Widzę, ze nie ustajesz 🙂 Jestem pełna podziwu – zwłaszcza że pogoda kapryśna i listopadowa, a wcale Wam to nie przeszkadza 🙂

    • Bo to wbrew pozorom jest najlepsza pogoda na bieganie! Wyjść z domu się nie chce, to fakt, ale kiedy biegasz lekko ubrana i jest Ci tak przyjemnie cieplutko, kiedy inni opatuleni w kurtki kulą się z zimna, to jakoś lepiej się czujesz 🙂 Ja naprawdę lubię biegać jesienią i zimą 🙂