Gdy wcześniej leciała gdzieś muzyka, to była Mu ona obojętna. Ale od jakiegoś miesiąca mój Syn stał się bardzo wyczulony na muzykę i dźwięki. Wystarczy, że usłyszy kawałek piosenki, ktoś coś zaśpiewa, jakaś zabawka zagra, to już mu „dupka lata”. W kuchni mamy radio i Maluch co dzień wskazując paluszkiem domaga się jego włączenia. Gdy usłyszy pierwsze dźwięki – banan od ucha do ucha i znów zaczyna podrygiwanie.

Przeklinałam grające zabawki, ale teraz widzę ile przyjemności Maluchowi sprawiają grane przez nie piosenki. Inna sprawa, że piosenki grane przez kierownicę Fisher Price’a znam już na pamięć i czasem rzygam przy kolejnym „Kluczyk włącz, biegi wrzuć…”. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj będzie o dwóch fajnych książeczkach, które uwrażliwiają na dźwięki i muzykę. Każda inna, każda fajna, każdą mój syn uwielbia i trochę już je „wykochał” (czytaj: poniszczyły się lekko).

„Księga dźwięków” Soledad Bravi, wyd. Dwie siostry

Powyższe zdjęcie sugeruje, że jest to kolejna ze sztywnych kilkustronicowych książeczek dla dzieciaków. Nic bardziej mylnego, strony są poniekąd sztywne, ale książka jest dość gruba jak na książkę dla dzieci, ma kilkadziesiąt stron.

Ta mnogość stron bardzo mi się podoba, chociaż na samym początku Maluch nie był gotowy na aż tak długi czas spędzony z książką. Dzisiaj jest w stanie przetrwać dwie rundy po wszystkich stronach, co więcej sam się tego domaga.

„Księga dźwięków” to książka złożona z obrazków oraz podpisów jaki dźwięk wydaje dany obiekt. Znajdziemy w niej odgłosy zwierząt, przedmiotów, syreny policyjnej, dowiemy się też, że ślimak nic nie mówi, tylko porusza czułkami. Ilustracje są proste, ale dzięki temu skupiamy się na prostym przekazie: symbol obrazkowy i dźwięk.

Książka dostarcza bardzo fajnej zabawy zarówno dziecku, jak i czytającemu rodzicowi. Nieraz rodzic zmuszony jest do wydawania śmiesznych dźwięków np. udawania małpki, czy osiołka.

Jest jeden obrazek, a właściwie jego dźwięk, który mi się nie podoba: Szpinak robi bleee. No jak to? Nie chcę zakorzeniać w moim dziecku niechęci do tego warzywa, gdyż uważam, że jest pyszne (odpowiednio przyrządzone), dlatego czytając zawsze zmieniam to „bleee” na „mniam”.

Uważam, że pomysł na książkę jest fantastyczny i nadaje się już dla dzieci około 8 miesięcznych. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła jakichś słabych punktów. Chodzi o jakość wykonania książki. Mam świadomość, że książka o takiej ilości stron, gdyby była wykonana z grubszej tektury byłaby i droższa i cięższa, ale z założenia jest to książka dla najmłodszych! Nie wiem ile razy już lądowała z hukiem na podłodze (mimo, iż staram się ją jak najlepiej przed tym ustrzec), za każdym razem troszkę bardziej się psując.

Spójrzcie tylko na budowę okładki. Moim zdaniem, po jeszcze kilku upadkach rozwali się całkowicie. Na zdjęciu widać też, które strony się troszkę rozerwały – wyraźnie widać większą przerwę.

I tak uważam, że nasza książka zachowała się w całkiem niezłym stanie, bo słyszałam od koleżanek, będących w posiadaniu „Księgi dźwięków”, że im już się rozerwała na części pierwsze. Wielka szkoda!

Pod koniec jeszcze o cenie. Nasza „Księga dźwięków” jest prezentem od babci – bibliotekarza, ale na okładce widnieje cena 34,99 zł. Moim zdaniem cena całkiem w porządku, bo i stron dużo i fajna książka. Gdyby nie ta jakość…

 „Poznaję dźwięki! Muzyka klasyczna.”, wyd. Yoyo Books

Przyznaję, początkowo byłam nastawiona trochę sceptycznie do tej książeczki. Wyszukałyśmy ją z mamą (gdzie indziej znaną jako babcią Malucha – bibliotekarzem) w jakimś markecie. Było kilka z tej serii do wyboru, ale stwierdziłyśmy, że zrobimy eksperyment i weźmiemy „Muzykę klasyczną” (chociaż kusiły też „Instrumenty”).

Ta książeczka gra i na tym cały bajer polega. Na każdej stronie mamy obrazek ze zwierzątkami i podpis jakiego utworu muzyki klasycznej można posłuchać na tej stronie. Przyznam szczerze, że na początku obrazki mnie nie porwały, ale zaczęłam się im przyglądać i coraz bardziej mi się podobają.

Jedno z narysowanych zwierzątek gra na instrumencie, którego słuchamy. Na każdej stronie znajduje się też miejsce, które musimy przycisnąć, żeby muzyki posłuchać.

Po przyciśnięciu usłyszymy kilka taktów charakterystycznych dla danego utworu. W książce znajdziemy powszechnie znane utwory, ale i takie, których melodię średnio kojarzymy z autorem czy tytułem. Bardzo się cieszę, bo dzięki tej książeczce sama się czegoś nauczyłam.

A teraz pokażę Wam jak to brzmi. Przepraszam za jakość dźwięku, powinien być najważniejszy, ale niestety nie wyszło. Pod koniec nagrania słychać zachwyt mojego syna nad słyszanymi dźwiękami.

https://www.youtube.com/watch?v=h_zWVlrQVQc

W książeczce na darmo szukać autora czy ilustratora, niestety nie zamieszczono takich informacji. Ceny sugerowanej też nie ma, ale w sklepach internetowych widzę, że wahają się od 21 do 35 zł. Sama nie pamiętam ile książeczka kosztowała w markecie.

Dużym plusem jest możliwość wymiany baterii. Dzięki czemu książka nie jest „jednorazowa”, chociaż trzeba uważać na głośniczek. Po kilkukrotnym upadku przy jednym z utworów zaczyna trzeszczeć.

Myślę, że warto w dziecku wyrabiać wrażliwość na dźwięki i muzykę. Książeczki tego typu są w tym dla rodziców doskonałą pomocą. Z resztą dzieci można uwrażliwiać na różne sposoby: można razem tańczyć, można śpiewać dziecku, można chodzić na zajęcia umuzykalniające (byliśmy 4 razy, o tym jak wyglądają, czy warto i czemu już nie chodzimy jeszcze napiszę).

Czekam na Wasze opinie o książeczkach, na polecanki jakichś innych książeczek, doświadczenia z umuzykalnianiem – piszcie!

  • „Księga dźwięków” przez bardzo długi czas była Bąblowym numerem jeden – i w przypadku szpinaku też zamieniałam „bleee” na „mniam” 😉

    Tej drugiej książeczki wprawdzie nie mamy, ale za to inną tego samego wydawnictwa – u nas grają pojedyncze instrumenty, zamiast całych fragmentów znanych utworów.