Odnoszę wrażenie, że przez lata, była to rzecz, którą robiło wiele rodzin, ale się do tego nie przyznawało. To przecież wstyd, to nieakceptowalne, trzymajmy ten fakt w tajemnicy, bo jeszcze się wyda jaka z nas patologia… Nawet moi rodzice twierdzili, że za wszelką cenę nie można do tego przyzwyczajać. Stres, wyrzuty sumienia, kłamstwa wśród znajomych… a drugiej strony poczucie, że może to nie takie złe, że dziecko spokojniejsze jakieś, a i my przez to spokojniejsi i wyspani.

Cieszę się, że obecnie, w dobie odkrywania rodzicielstwa bliskości (a właściwie nazwania tak postawy bliskiej dziecku) coraz więcej osób przyznaje, że TO robi. Że śpi razem w dzieckiem w jednym łóżku. I że przynosi to tylko pozytywne efekty. Kochani, dzisiaj głosem nie eksperta, ale zwykłego szaraczka praktykującego tę czynność opowiem Wam o tym jak to się stało, że współśpimy i co nam to daje.

Jak do tego mogło dojść!?

Ano stało się. Nie planowałam tego, nie czytałam o tym, nie robiłam researchu. To stało się samo, jako naturalna konsekwencja moich innych wyborów.

Mogę Wam tylko napisać, że zanim urodził się nasz syn, ba nawet jak już się urodził (tak gdzieś przez pierwszy miesiąc) byłam przeciwna spaniu razem z dzieckiem. Siedziały we mnie te opinie społeczeństwa: że jeszcze, nie daj Boże, się przyzwyczai, że nie będziemy już nigdy przenigdy spać tylko we dwoje (wyobrażacie sobie gimnazjalistę śpiącego z rodzicami?), że zaburzy to nasze relacje w małżeństwie (te intymne w szczególności), że to zło wcielone.

Przez pierwszy miesiąc życia naszego syna, nie dość, że męczyłam się z problemami z karmieniem piersią, to jeszcze dodatkowo narzuciłam sobie kolejną karę – odkładanie Malucha za każdym razem po nocnym karmieniu piersią. Przeróżne miałam na ten czas pomysły. Zapalałam lampeczkę, przystawiałam wózek głęboki obok naszego łóżka, żeby nie musieć biegać te dwa metry dalej do łóżeczka i czytałam książki w czasie długich nocnych sesji karmienia piersią – żeby nie zasnąć z tą kruszynką przy piersi. Efektem takiego postępowania było osiągnięcie stanu „zombiepodobnego”. Zdarzyło się też nie raz i nie dwa, że zasnęłam… na siedząco z dzieckiem na rękach. Przebudzałam się przerażona, że coś mogło się stać. I jakoś tak naturalnie wyszło, że przestałam zapalać w nocy światło, przestałam odkładać Malucha po karmieniu, za to nauczyłam się karmić na leżąco.

Obecnie nasze współspanie wygląda tak, że Maluch zasypia przy piersi i da się go odłożyć do łóżeczka. To ile w nim pośpi jest dla mnie zawsze loterią. Czasem śpi do 4 nad ranem – wtedy jestem mega wyspana, a czasem po 2 – 3 godzinach się budzi. Czasem nie da się go odłożyć, ale to tylko wtedy, kiedy np. gorączkuje. Generalnie: do pierwszej pobudki Maluch chrapie w swoim łóżeczku i wydaje mi się to dość rozsądnym rozwiązaniem.

 Co na to społeczeństwo?!

Na początku nie przyznawałam się do tego nikomu, twierdziłam, że zawsze odkładamy i że nigdy przenigdy z nami. Później, jak to mam w zwyczaju, zgłębiłam temat. Znalazłam inne wpisy blogowe, znalazłam opinię Agnieszki Stein, którą przytaczam w kolejnym akapicie, znalazłam też co-sleeping pośród elementów rodzicielstwa bliskości. Usłyszałam też od paru koleżanek w tajemnicy, że one to śpią z dzieckiem… I zdałam sobie sprawę, że to po prostu jest naturalne. To wygoda dla rodziców i poczucie bezpieczeństwa dla dzieci. Co może być w tym złego, skoro obie strony są zadowolone? Czy na siłę z tego mam rezygnować? Zaczęłam więc przyznawać się do tego, że Maluch śpi z nami. Spodziewałam się głosów oburzenia, ale nie spotkałam się z niczym takim. Nie ma się czym przejmować!

Co na to blogosfera?! Co na to eksperci?!

Nawet nie wiecie jak bardzo cieszy mnie trend, że ludzie zaczynają głośno mówić o tym, że śpią razem z dziećmi. Blogerzy piszą o tym notki, a i psychologowie twierdzą, że co-sleeping ma na dziecko dobry wpływ. Pozwolę sobie przytoczyć cytat z Agnieszki Stein:

…w początkowych kilku miesiącach dobrze jest, kiedy dziecko znajduje się „w zasięgu zmysłów rodziców”, a rodzice „w zasięgu zmysłów dziecka” – ze względu na możliwość udzielenia dziecku pomocy i ze względu na potrzebę bezpieczeństwa dziecka…

Współspanie jest też jednym z elementów tak zwanego „rodzicielstwa bliskości”. Piszą o tym Searsowie w swoich książkach, piszą tez inni blogerzy, np Mama na przedmieściach wymienia w swoim wpisie co-sleeping jako jeden z tych elementów właśnie, który praktykuje.

Do co-sleepiengu przyznają się również Hafija, Zapytaj matkę, Antoonovka i Piwnooka, a to tylko te wpisy, które udało mi się znaleźć po niezbyt długim guglowaniu. Jestem pewna, że o spaniu razem z dzieckiem napisano już w internetach wiele (Jeśli macie jakieś fajne artykuły na ten temat do polecenia, to dajcie linki w komentarzu).

No dobrze, ale co z kluczową kwestią bezpieczeństwa – przecież gdy dziecko śpi razem z nami może coś mu się stać, może się udusić, zsunąć, a co z SIDS? Ze współspaniem jest jak z każdą inną rzeczą – trzeba robić to mądrze. Jeśli dziecko jest malutkie, to rezygnujemy z dużych poduszek i kołder w jego pobliżu. Ja na samym początku spania razem z dzieckiem obejmowałam je ramieniem, tak, żeby odgrodzić je od męża. Zauważyłam jednak, że i mąż śpi ostrożniej, trzyma się swojej strony i już. Później, jak Maluch już trochę urósł rozsuwałam nasze poduszki na maksa na boki i Malucha kładłam pomiędzy nimi. Jestem pewna, że bardzo dobrze sprawdziłyby się w tym przypadku „kokony” dla niemowlaków. Przy ewentualnym kolejnym potomku już wiem, że takie coś sobie sprawię 🙂 Obecnie młode śpi razem z nami, czasem zagrabi sobie całą poduszkę, czasem śpi w poprzek mojego brzucha, często „wędruje” po całym łóżku. Zdarzyło się chyba ze dwa razy, że się z tego łóżka zsunął, ale nigdy nie płakał, bo jakoś delikatnie mu to poszło. Raz nawet się nie obudził i spał sobie chwilę na podłodze 🙂

Aha, została jeszcze kwestia SIDS, czyli śmierci łóżeczkowej. Otóż, okazuje się, ze współspanie ryzyko wystąpienia SIDS zmniejsza, a nie zwiększa! Wspaniale opisała to u siebie Hafija, więc zostawiam Wam link do jej artykułu Spanie z dzieckiem a SIDS. Jak zawsze jest rzeczowo i językiem dla ludzi, a w dodatku poparte badaniami (pod artykułem Hafija zamieściła linki do tych badań).

Co na to ja?!

A ja, wszystkim, którzy zapytają mówię, że szanuję swój sen. Kilka czynników wpływa na to, że u nas sprawa ze spaniem wygląda tak a nie inaczej. Oto fakty:

  • zdecydowałam, że będę karmić piersią, a potem, że będę długo karmić piersią
  • dzieci karmione piersią w większości częściej (i dłużej) budzą się w nocy niż dzieci karmione inaczej
  • Maluch od początku budził się w nocy często, jadł długo i czasami nie dało się go odłożyć do łóżeczka, bo się budził
  • wróciłam do pracy i muszę wstawać rano
  • jestem typem, który musi się chociaż trochę wyspać, bo inaczej jest nie do życia

Jak widzicie, sytuacja jest dość złożona, ale to głównie moja decyzja o karmieniu piersią wpłynęła na fakt, że śpimy razem z dzieckiem.

Czy widzę pozytywne strony tej sytuacji? Oczywiście! Jest ich więcej niż negatywnych. Po pierwsze i najważniejsze: wysypiam się. Dzięki temu mogę normalnie funkcjonować na co dzień. Ale chyba najważniejsze widzę u Malucha – śpi spokojnie i nawet kiedy się wybudza na karmienie to nie płacze, tylko szuka piersi sam przez sen. Ciężko odpowiada mi się na pytania o to ile razy budzi się w nocy, bo tego nie wiem – ja też wtedy śpię lub tylko delikatnie się wybudzam. Jeśli chodzi o relacje z mężem, to nie uległy one zmianie. A przynajmniej nie uległy zmianie przez sam co-sleeping – wiadomo, że jak pojawia się dziecko to zmienia się dużo. Mamy dla siebie czas przez tę pierwszą część nocy, kiedy Maluch śpi u siebie, nie zburzyło to tez naszych intymnych relacji – naprawdę dajemy radę.

No ale są minusy, co nie? No są, są… wiadomo, że trochę ciasno, trochę niewygodnie, trochę łóżeczko się kurzy i piękna pościel Maluchowa też. Są dni, kiedy zgrzytam zębami ze złości, że młode tak często się budzi (wtedy ratuje mnie Pan Wyrodny, czasami uda mu się ponosić młode i je uśpić). Wierzę jednak, że wyrośniemy z tego etapu spania razem. Już teraz zauważam nieznaczny trend w stronę coraz dłuższego przesypiania tej pierwszej części nocy u siebie. Dzisiaj pierwsza pobudka była dopiero o 3 – dla mnie bomba.


Podsumowując, nasz co-sleeping wynikł naturalnie, nie był przez nas planowany, ale bardzo cieszę się, że właśnie tak to u nas wygląda. Gdyby nie współspanie to pewnie byłabym tą Matką Polką cierpiętnicą, której tak skrupulatnie na co dzień unikam. A Wy jakie macie na ten temat zdanie? Jakie mieliście przed pojawianiem się dziecka, a jakie już po? Piszcie koniecznie.