Pierwszy start w zorganizowanym biegu w 2018 roku wypadł mi dopiero na początek marca. Po trzymiesięcznej przerwie na ogarnięcie siebie i biegania postanowiłam wystartować lajtowo: 5 kilometrów bez walki o czas. Idealny do tego był Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W zeszłym roku część mojej drużyny biegowej wystartowała w tym biegu, ja niestety wtedy odpadłam z powodu wesela. W tym roku nie mogłam odpuścić, bo wszyscy zgodnie twierdzili, że było super.

Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych składał się tak naprawdę z pięciu biegów. Dwie tury na dystansie 5 km, 1 bieg rodzinny na 1963 metry oraz dwie tury na dystansie 10 km. Po konsultacji z moim „Zajączkiem” zdecydowałyśmy się na pierwszą turę biegu na 5 km.

Po trzech miesiącach bez udziału w biegach obawiałam się trochę czy będę jeszcze pamiętać jak czerpać radość z wyciskania z siebie czegoś więcej niż na treningach. Bałam się, że będę tak zmęczona, że zniechęcę się do biegania w ogóle (po grudniu bez biegania czułam się bardzo niepewnie). Nic takiego jednak się nie stało, odczucia po biegu mam jedynie pozytywne i niesiona euforią „pobiegową” zapisałam się już na kolejny start.

Pakiet startowy

Pakiet startowy kosztował 45 zł. O ile cena pakietu bardzo mi się podobała, o tyle odbiór pakietu tylko przez jeden dzień i to w dodatku w weekend, kiedy nie zwykłam bywać w Warszawie, nie bardzo przypadł mi do gustu. W czasie, kiedy odbierałam pakiet (byłam na samo otwarcie biura zawodów) organizatorzy mieli drobny bałagan, który szybko ogarnęli i w efekcie po 20 minutach miałam już swój pakiet w garści.

Pakiet składał się z:

  • Koszulki (!)niestety(!) bawełnianej – Przy zapisywaniu się na bieg można było wybrać sobie bohatera, z którym będzie się biegło – było ich naprawdę sporo. Co prawda koszulka była bardzo ładna, ale fakt, że jest bawełniana sprawił, że na żaden trening już jej więcej nie użyję, a i chodzić w niej na co dzień też nie bardzo mi się uśmiecha. W dodatku, mimo iż wzięłam L-kę, to na kilka warstw ubrań (jak to zimą – może być ich sporo) ledwo się zmieściła (bawełna nie rozciąga się tak fajnie jak materiał koszulek technicznych – sprawdzone!). W tym momencie powinnam zastanowić się bardziej nad swoją figurą niż narzekać na rozmiarówkę, ale co tam 🙂
  • Numer startowy
  • Chip do pomiaru czasu wwiązywany w sznurówki
  • Gumowa opaska na nadgarstek z logo biegu
  • Komiks „Wilcze tropy”
  • oraz, jak zawsze, mnóstwo ulotek.

Pakiet całkiem przyjemny biorąc pod uwagę jego cenę.

Przed biegiem

Nasz bieg zaczynał się o godzinie 10:00, więc musieliśmy wyjechać z domu tuż po 8. To w trosce o miejsce parkingowe, o które nie zawsze jest łatwo kiedy każdy z przyjezdnych biegaczy chce zaparkować w tym samym rejonie Warszawy. Bieg odbywał się wokół Cytadeli Warszawskiej i wymyśliłam sobie, że zaparkujemy w okolicach Nowego Miasta, bo to przecież blisko. Okazało się, że nie tak do końca było blisko, w dodatku obsługa biegu pokierowała nas na miejsce startu możliwie najbardziej okrężną z dróg. Początkowo byłam na to zła, bo było jeszcze zimno, ale potem, gdy zobaczyłam jak piękny jest teren wokół Cytadeli to przestałam żałować tego spaceru. Dodatkowo była to też forma rozgrzewki przed biegiem.

Obejrzyjcie sami kilka fotek z tego miejsca. Koniecznie muszę tam wrócić jak już będzie ciepło.

Bieg

Na liście startowej na moją turę biegu zapisanych było około 500 osób. Przywykłam do liczniejszych biegów, więc obawiałam się, że znajdę się wśród samych wymiataczy, którzy narzucą zabójcze dla mnie tempo. Mile się jednak zaskoczyłam, bo po ustawieniu się gdzieś w 3/4 stawki przed startem, razem z „Zajączkiem” w czasie biegu sporo osób powyprzedzałyśmy. Wspomnieć muszę również o pogodzie, która zapowiadała się bardzo mroźno, ale dzięki cudownemu słońcu okazała się idealna do biegania. Był co prawda śnieg, ale w powietrzu czuć było wiosnę.

Tutaj na przyjemnym zbiegu – już na drugim okrążeniu 🙂

Mnie świetnie wyprzedzało się na początku, gdzie było płasko i potem na bardzo przyjemnym zbiegu. Ale jak mówi staropolskie porzekadło „jeśli na trasie jest jakiś przyjemny zbieg, to musi być też gdzieś morderczy podbieg”. I był. Mniej więcej w połowie trasy. Było sporo pod górę, w dodatku po kocich łbach – tam mocno zwolniłam i kazałam Zajączkowi biec swoje. Po tym okropnym podbiegu czekało mnie już tylko drugie, dokładnie takie samo okrążenie, czyli: płasko, zbieg, płasko i ten nieszczęsny podbieg tuż przed metą.

Załapałam się na zdjęcie! Hurra!

Ale i to udało się pokonać bez żadnego zatrzymywania, więc potem czekała na mnie już tylko meta i nagroda w postaci medalu. Trochę żałowałam, że jestem tak słaba na podbiegach, bo tuż przed metą nie udało się w ogóle przyspieszyć, ale summa summarum czas poniżej pół godziny to dla mnie dobry czas. Oficjalnie: 00:28:26.

Relaks po biegu

Po biegu, jak po każdej „piątce” czułam lekki niedosyt z jednej strony, a z drugiej cieszyłam się, że nie musiałam pokonywać podbiegu aż cztery razy, jak musieli uczestnicy „dziesiątki”. Ale cieszyłam się jeszcze bardziej, że dla biegaczy przewidziany był posiłek regeneracyjny w postaci grochówki (tej organizm nie chciał przyjąć i zrezygnowałam po 2 łyżkach) oraz ciepła herbata (którą mój organizm mógłby przyjmować litrami).

Oprócz biegu, tego dnia na Cytadeli bardzo dużo się działo. Były jakieś występy na scenie, rekonstrukcje historyczne oraz gry rodzinne. Mnie było już spieszno do Malucha, więc po chwilowym odpoczynku udaliśmy się w podróż powrotną do domu.

Na koniec, tradycyjnie foty pierwszego medalu w tym roku. Jest bardzo ładny.


Jeżeli miałabym rozważać uczestnictwo w Tropem Wilczym za rok, to absolutnie jestem „za”. Bieg był bardzo dobrze zorganizowany, w pięknym miejscu (dla porównania w zeszłym roku było w Parku Skaryszewskim, więc tegoroczna Cytadela na plus), mieliśmy idealną do biegania pogodę: czego chcieć więcej?