Gdybyście mi zadali to pytanie jeszcze pięć lat temu, to kategorycznie odpowiedziałabym „nienawidzić”, teraz kiedy wypatruję już pierwszych zmarszczek, a Pan Wyrodny wypatruje pierwszego siwego włosa na mojej skroni… no czyli teraz kiedy się zestarzałam patrzę na to „święto” bardziej pobłażliwym okiem.

 

Dlaczego nie lubię Walentynek?

Powód 1:

Jest kilka powodów takiego stanu rzeczy, ale żeby dotrzeć do pierwszego z nich muszę zamknąć oczy, głęboko oddychać, policzyć powoli do dziesięciu i przenieść się do czasów gimnazjum 😉 W tym momencie połowa z Was przestaje mnie czytać, bo dowiedziała się, że byłam gimbusem. Byłam! Czy jestem z tego zadowolona? Średnio. Ale uświadomię Was, że pierwszy rocznik gimnazjum w 2016 roku będzie miał (lub ma) 30 lat… szok, co nie? No ale wracając do opowieści. W gimnazjum byłam, jak pewnie większość dziewczyn zakompleksioną nastolatką przeżywającą pierwsze miłości. Na każde Walentynki w szkole organizowana była poczta Walentynkowa, która sprowadzała się do tego, że przez kilka dni wrzucało się do pudła kartki Walentynkowe, a 14 lutego były one rozdawane adresatom. Co roku wysyłałam po kilka walentynek (głupia!), a sama nie dostawałam… żadnej. A nie, właśnie mi się przypomniało, że kiedyś dostałam kartkę. Z błędem w nazwisku..w jego pierwszej literze (panieńskie zaczynało się na „Ch”)! Tak więc pierwszy powód do znienawidzenia Walentynek: kartka z błędem. Potem dorosłam i to wszystko zaczęło mnie śmieszyć.

Powód 2:

Drugi powód jest natury czysto estetycznej. Nienawidzę, denerwuje mnie to, kiedy nagle na początku lutego WSZĘDZIE, dosłownie wszędzie, w kwiaciarniach, sklepach, księgarniach, centrach handlowych zaczyna się robić ohydnie czerwono, różowo, serduszkowo i misiowo. Nie mam nic przeciwko czerwieni, różowi, misiom, a nawet serduszkom, tylko czemu, do jasnej ciasnej, to wszystko jest takie kiczowate? Czy nagle ludzie „oczadzeni” miłością przestają mieć dobry gust? Na serio można ze smakiem zrobić wystawę nawiązującą do miłości, a swojej Walentynce kupić coś co nie będzie podwójnie słitaśnym misiem trzymającym obowiązkowe czerwone serduszko. Bleh!

Powód 3:

Czy Wy też czujecie jakiś przymus, wewnętrzny głos, który Wam każe jednak te Walentynki uczcić? Niby sobie powtarzam, że nie muszę ich obchodzić, że mi wszystko jedno, ale jak zostaję w domu, to mam wrażenie, że nie uczestniczę w czymś, co robią tego dnia wszyscy. A jak już się zdecydujemy z Panem Wyrodnym, żeby jednak gdzie wyjść, coś zjeść, coś obejrzeć, to okazuje się, że w kinach tłum ludzi (nie ma szans, na kameralny seans), stoliki w restauracjach wszystkie zajęte, na ulicach same pary z kwiatkiem. Jakby to był jakiś przymus, że tego dnia to właśnie tak trzeba.

Powód 4:

Mam wrażenie, że całe te Walentynki najwięcej nakręcone są przez komercję. I przez to tracą swój sens polegając bardziej na zbijaniu kasy. W kinach zawsze jest jakaś premiera komedii romantycznej (nie daj Boże polskiej!), w restauracjach specjalne menu dla dwojga, w sklepach z zabawkami poduszki serca (i wyżej wspomniane misie), kiedyś w walentynki jadłam pizzę upieczoną w kształcie serca, a nawet w warzywniaku znalazłam swego czasu jabłko z serduszkiem (chociaż to akurat zdrowy prezent). Istne wariactwo.

 

A może jednak je kochać?

Ale wiecie co? Walentynki są może i komercyjne, kiczowate, zatłoczone… ale i tak, kiedy wspomnę sobie jak szłam z Panem Wyrodnym w tym dniu na randkę, to było mi bardzo miło i nie myślałam ani o komercji, ani o kiczu, ani o tłoku (no może czekając którejś z kolejek). Fantastycznie było dostać tego kwiatka, komedia romantyczna w kinie fajnie oddała atmosferę, przyjemnie było być jedną z tych par spacerujących na ulicach, a nawet miś wydawał się uroczy.

A może właśnie w dobie pośpiechu i ciągłej pracy potrzebny jest taki dzień, w którym pomyślimy o najbliższych nam osobach? Ciekawe jakie będą tegoroczne.

A Wy, kochacie czy nienawidzicie Walentynek? Piszcie.

Fun fact: na zdjęciach jest moja ściereczka kupiona w Biedronce za całe chyba 4 złote.

  • ~heidi

    Ja na szczęście tego dnia mam wolne od rozkminy na ten temat, bo to święto zakochanych, a więc nie moje 😉
    A moja ulubiona wersja obchodów z czasu kiedy mnie dotyczyło:
    śniadanko, nagle media zaczynają trąbić o Walentynkach:
    -Kochanie, dziś Walentynki! Wszystkiego najlepszego!
    – O faktycznie, wszystkiego najlepszego.
    Kurtyna.
    Ale w sumie co można oczekiwać po kimś kto żali się, że wiersze dostaje… 😉

    • wyrodna-matka

      Aj, bo w sumie to w Polsce się utarło, że to święto wielce zakochanych. Na zachodzie trochę inaczej to traktują, bo i przyjaciołom się Walentynki wysyła. Nawet słowo „love” ma mniej poważne znaczenie niż nasze „kocham” 🙂 W sumie takie Walentynki to bym nawet lubiła.

  • ~Emilia

    Na stare lata czasem nachodzi żeby „obejść”, ale później sobie przypominamy te tłumy wszędzie – w knajpach, w kinach, na ulicach, wszyscy z obowiązkowymi kwiatkami, serduszkami, „bo wypada”, „bo wszyscy” i… odechciewa nam się 😉 Może za rok zmienimy zdanie, bo będzie okazja się wyrwać z domu 🙂

  • Ja plasuję się chyba gdzieś pośrodku – ani nie kocham, ani nie nienawidzę. Kiedyś faktycznie chcieliśmy za wszelką cenę jakoś ten dzień uczcić, coś sobie sprezentować, wyjść wspólnie do restauracji albo kina – a teraz często zdarza nam się zostawać w domu i nie zauważamy żadnej różnicy 😉

    Gimbem też byłam, pierwszym rocznikiem 🙂 Wedle słów zaprzyjaźnionego grona pedagogicznego ten pierwszy nie był aż taki najgorszy – dopiero następne dawały nieźle popalić 😉

  • Punkt drugi można odnieść też do Halloween, Bożonarodzeniowych dekoracji i Wielkanocnych kurczaków. Komercja osacza nas czy tego chcemy czy nie 😉
    Zajrzyj do mnie, wybierzcie jeden z najromantyczniejszych filmów i zasiądźcie w ten wieczór do wspólnego seansu żeby się nie denerwować tym wszechobecnym kiczem 😛

  • Świętowanie tego dnia nie pochłania mojej uwagi, ale też nie opowiadam się po stronie negowania go. Rozumiem, że można się cieszyć z kwiatów, czekoladek czy romantycznej kolacji, tyle że to po prostu nie moja bajka.

    PS Ależ mnie korci, żeby zapytać, komu wysyłałaś kartki! Myślę, że miałybyśmy niezły ubaw, gdybyśmy się przyznały, do kogo je adresowałyśmy 😉