Wisi to nade mną jak czarna burzowa chmura. Ciągle siedzi gdzieś na końcu głowy niczym sumienie i podpowiada cicho: „Wracasz… koniec sielanki, na serio wracasz…”. Tak więc wracam, drodzy Państwo. Po czasie trochę dłuższym niż rok wracam do mojej pracy. Do tej pory byłam korposzczurem, potem byłam matką a teraz będę hybrydą: korpomatką. „Dzień zero: przypada na 16 maja 2016 roku. Co czuję? Mieszają się we mnie przeróżne uczucia, zarówno te pozytywne jak i negatywne, mam mnóstwo obaw i nadziei. Ale jedno jest pewne: dużo się zmieni.

 

Po pierwsze najważniejsze: zostawię swojego pisklaka!

Do tej pory jak matka kwoka całe dnie spędzałam z Maluchem. Poza nielicznymi przerwami (krótkie zakupy, próba chóru, bieganie) całe dnie i noce spędzaliśmy razem. Kiedy nie było mnie dłużej, podobno widać było oznaki tęsknoty na pyszczku mojego małego mężczyzny. A teraz będę musiała zostawić go na parę godzin więcej niż te 6, na które maksymalnie wyrywałam się na zakupy.

To prawda, czasami mam dość ciągłego przebywania z dzieckiem. Jak jestem na zakupach, to nie tęsknię za nim, wręcz mam wyrzuty sumienia, że nie tęsknię, a powinnam. Jestem natomiast przekonana, że zostawiając Malucha codziennie na pół dnia zatęsknię za nim jak cholera. Tego się boję.

Po drugie: przegapię jego rozwój!

Wiem, że przez pierwszy rok dziecko uczy się najwięcej. Z ciągle śpiącego kota zmienia się w biegającego odkrywcę. I tę niesamowita metamorfozę, dzięki rocznemu urlopowi mogłam śledzić na żywo. Nie zmienia to faktu, że jeszcze wiele „kamieni milowych” w jego rozwoju jest przed nami. I ja sobie teraz wyobrażam, że każdy z nich przegapię, bo zamiast być z dzieckiem będę gapić się te 7 godzin w korpomonitor. W dodatku Maluch staje się już taki fajny i rozumny. Co dzień zaskakuje mnie jakąś nową umiejętnością. Po powrocie do pracy będę tylko o nich słuchać opowieści i obserwując wieczorem, czy rzeczywiście czegoś nowego się nauczył.

Po trzecie: co z tą laktacją?

Chyba mogę już o sobie mówić, że jestem matką dkp – długo karmiącą piersią. Martwię się o to jak nasze karmienie będzie wyglądało po moim powrocie do pracy. Część z Was już mi współczuje (że tak długo się poświęcam!), część potępia (krzywdę temu dziecku robisz!), a część (zapewne ta, co przeczytała Hafiję) mi kibicuje na mojej drodze mlecznej. I ta trzecia postawa jest słuszna, bo ja wiem co robię. Za dużo się naczytałam o karmieniu piersią, żeby nagle to mojemu synkowi zabrać. Niemniej jednak ten aspekt naszego życia  też zmieni się gwałtownie. Obecnie pierś podaję młodemu na zawołanie. Częściej jako uspokajacz emocji, niż jako posiłek. Boję się, że bez piersi w ciągu dnia Maluch będzie płakał i niewiele będzie można zrobić, żeby go uspokoić. Boję się tego, że jak będę wracać z pracy, to już nic innego nie zrobię, bo będziemy mieli maraton „wiszenia na piersi”. Boję się, że po siedmiogodzinnym czasie pracy moje piersi będą pełne mleka. Boję się kolejnego zastoju i zapalenia piersi. Boję się, że będę musiała w pracy odciągać pokarm. Wiem, że potem się to unormuje, ale początki będą trudne dla nas obojga.

Po czwarte: jak poradzi sobie dziadek?

Jestem w gronie tych szczęśliwców, którzy nie muszą szukać żłobka, bo mamy na stanie dziadka na emeryturze. Dziadek jest w Maluchu zakochany bez pamięci i chętnie z nim zostaje i się zajmuje. Potrafi przewinąć, umyć, nakarmić, wyjść na spacer. Nie należy jednak do najmłodszych. W zeszłym roku dość poważnie podupadł na zdrowiu i mimo, że już z tego wyszedł, to ja i tak się martwię czy nadąży za naszym Huraganem, który w miejscu nie usiedzi. Przezornie kupiłam Maluchowi plecaczek ze smyczką. Mam nadzieję, że będzie drobnym ułatwieniem dla dziadka.

Po piąte: jak zorganizujemy sobie dzień?

Praca – pracą, wiadomo trzeba w niej wysiedzieć. Ale jeszcze pozostaje kwestia dojazdu do niej, wyszykowania się i zorganizowania posiłków dla Malucha (ja zawsze mogę zjeść na mieście, a mąż ma obiady w pracy). Nie wyobrażam sobie wracać do domu i co dzień stać przy garach, tak samo jak nie wyobrażam sobie gotować rano. Muszę wypracować jakiś dobry kompromis: np. gotować dwa razy w tygodniu na 2 – 3 dni. A śniadania? Robić coś rano i zostawiać, żeby dziadek nakarmił? Zaufać dziadkowi, że coś dobrego poda? Macie jakieś doświadczenia z planowaniem posiłków? Jak się zorganizowaliście?

Po szóste: co się stanie z Wyrodną?

Patrzę z żalem i niemocą na to, że już teraz bardzo ciężko jest mi pisać i publikować tak dużo jakbym chciała. I nie wynika to wcale z tego, że nie mam o czym pisać, bo tematów mam aż nad to. Ja po prostu nie mam kiedy tego robić. W czasie jednej Maluchowej drzemki jestem w stanie napisać pół wpisu. Często sam tekst leży, bo nie mam obrobionych zdjęć, albo nie przeczytałam go w poszukiwaniu błędów. Nocą śpię, a wieczorami ostatnio częściej biegam, a jak nie biegam, to Pan Wyrodny patrzy na mnie karcącym wzrokiem, że nie zajmuję się Maluchem, tylko coś przy kompie kombinuję. Trochę jest mi przykro, że nie traktuje mojego pisania na poważnie. Ale pewnie ma rację. Wracając do tematu. Nie wiem kiedy znajdę czas na pisanie bloga. Widzę to tylko w trakcie jazdy pociągiem do i z pracy. Tylko nie będę jeździć z komputerem, a tabletu nie posiadam – może zainwestuję. Strasznie byłoby mi szkoda zaprzepaścić to moje własne miejsce w sieci.

Jak sobie pomyślę o tych wszystkich wątpliwościach, to aż czasami mnie to paraliżuje. Myślicie, że Maluch to wyczuwa? Ostatnio ma ogromną „mamozę” i często potrzebuje przytulić się do piersi.

Staram pocieszać się myślą, że wszystkim udaje się zorganizować życie, to czemu u nas miałoby się to zakończyć klęską? Myślę sobie, że wrócę do aktywniejszego trybu życia. U mnie, paradoksalnie, im więcej mam zajęć tym więcej jestem w stanie zrobić. A powrót do znajomych z pracy i do samej pracy, którą przecież lubię? To też fajna sprawa! Przecież nie mogę całego życia spędzić przy dziecku, chcę się nadal rozwijać, nadal uczyć nowych rzeczy, zdobywać doświadczenie i profesjonalizm. Z resztą ten czas w pracy na początku nie będzie taki długi. Dzięki temu, że karmię piersią przysługuje mi jedna godzina mniej (mój szef wyraził zgodę, żebym wychodziła wcześniej z pracy). Nasza siedziba przeniosła się o dwa przystanki kolejowe bliżej – będę krócej dojeżdżać. Idzie lato, dni są coraz dłuższe i wieczory też. Będzie można jeszcze pospacerować trochę z Maluchem po powrocie.

Będzie dobrze! Będzie dobrze! Będzie dobrze! (I tak codziennie 3 razy dziennie powtarzam to sobie jak mantrę.)