Dzieć mi chwilowo zasnął (jest 22:00), więc zasiadłam do komputera i chcę napisać moje wspomnienie porodu. Minęło już 4,5 miesiąca i niektóre rzeczy zaczynają się zacierać. Póki pamiętam jeszcze sporo chciałabym podzielić się ze światem moim porodem, bo dobry poród miałam.

Do szkoły rodzenia szłam nie do końca wiedząc, gdzie chcę rodzić. Wychodziłam natomiast ze stuprocentową pewnością – Szpital Świętej Zofii (Warszawa), Przyszpitalny Dom Narodzin. Żeby móc tam rodzić trzeba mieć zdrową, niewspomaganą ciążę i ja taką miałam. W 36 tygodniu ciąży zgłosiłam się na kwalifikację do Domu Narodzin, którą oczywiście przeszłam bezproblemowo. A potem już tylko czekaliśmy na poród…

Czekaliśmy i czekaliśmy i doczekaliśmy się terminu porodu, a ja ani skurczów nie mam ani wody nie odeszły. Zgłaszamy się więc na izbę przyjęć na kontrolne KTG. Odsiedzieliśmy swoje w izbie przyjęć. Wynik KTG: wszystko ok, czekamy, za 3 dni mamy zgłosić się znów na KTG.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale kładąc się spać tego dnia wiedziałam, że to będzie już zaraz. I tak było. Godzina 1:30 budzi mnie jakiś skurcz. Siadam na łóżku i uśmiecham się – to chyba już to. Dla pewności przeczekuję jeszcze dwa takie skurcze i budzę męża. Sama przebieram się z piżamy w coś wygodnego, a męża zaganiam do zrobienia kanapek (tak jak kazali w szkole rodzenia). Mierzymy mniej więcej czas między skurczami – wyszło chyba co 7 minut. Wsiadamy do auta i jedziemy. Jest środek nocy, więc mały ruch. W drodze skurcze są już nawet co 3 minuty. Trochę Nas to niepokoi, że tak często, ale nie tracimy zimnej krwi. Ja w międzyczasie podziwiam mojego męża. Prowadzi spokojnie, bezpiecznie i nie panikuje. Mój mężczyzna kochany.

Dojeżdżamy na izbę przyjęć. Siadam przed Panią za ladą, mówię co i jak i wtedy dopada mnie zdenerwowanie. Czuję, że mnie telepie – nie wiem czy to z zimna czy nie (był marzec, ale bardzo zimny, praktycznie jeszcze zimowa aura). Badają mi ciśnienie i też stwierdzają, że bardzo się zdenerwowałam. Po 5 minutach oswajam się z sytuacją i mierzą mi ciśnienie jeszcze raz – książkowe. Idę na KTG do pokoju. Siedzę na łóżku, bo leżąc nie wytrzymałabym skurczów, tak mi wygodniej. Po zapisie KTG Pani lekarz z Izby mówi mi, że najchętniej odesłaliby mnie do domu. Bo za rzadko skurcze, bo może to przepowiadające… Mówię, że wolałabym nie, a oni każą dalej czekać na Izbie. Ale ja WIEM, że to już to. Takie rzeczy się wie. Nadal czekamy, dwa razy zabierają mnie do gabinetu na ocenę rozwarcia, a pozostały czas spędzam z Mężem moim cudownym na korytarzu. Bardzo mi pomaga – tym, że jest, tym, że jak mam skurcz, to go ściskam za rękę, za sweter czy za coś już dobrze nie pamiętam. Wiem, że boli i że przerwy między skurczami coraz krótsze, a same skurcze coraz bardziej bolą. W tym samym czasie na korytarzu jest jeszcze jedna para. Dziewczyna też ma skurcze, a jej chłop do niej: „Teraz się wycisz, teraz skup się na dziecku…” i inne tego typu farmazony. Słysząc to coraz bardziej kocham mojego męża – za to że nie ględzi, pewnie dostałby w twarz albo usłyszałby wiązankę. W końcu zapada decyzja, że przyjmują mnie.

Jakaś Pani mnie prowadzi i mówi, że będę rodzić w sali Paryż. To była już godzina 6:30, kiedy weszliśmy do pokoju. Położna dyżurująca przedstawiła mi się (oczywiście nie zapamiętałam imienia 🙁 ) i powiedziała, że ma nadzieję, że to jeszcze chwilę potrwa, bo za pół godziny kończy dyżur. Już chcę jej powiedzieć, że ja mam z kolei nadzieję, że to już się kończy, ale skurcz niestety przesłania mi jasność myślenia i mówienia, wiec chyba nic nie mówię. Zostajemy z mężem sami, ja wskakuję w koszulę nocną do rodzenia i zmierzam do łazienki. Siadam na kibelku i nie schodzę z niego póki nie zaczną się skurcze parte – nie wiem czemu – tam mi było wygodniej. I ciemno, chociaż w sali też światła były przygaszone. Mąż ciągle ze mną mierzy częstotliwość skurczów stoperem w telefonie. Następnie przychodzi jakaś studentka, żeby przenośnym KTG zmierzyć puls Malucha. Przedstawia się podając mi rękę – zdechłą rybę. Też nie pamiętam imienia. Studentka pojawia się jeszcze dwa razy i też mierzy puls. Godzina 7:00 – zmienia się położna, też się przedstawia, też nie pamiętam :/. Siedzę dalej na kibelku i nagle czuję, jak coś się próbuje ze mnie wydostać i coś pęka (wody odeszły). Proszę męża, żeby pobiegł po położną. Przychodzi, sprawdza, mówi, że jeszcze trochę i idzie. A ja doświadczam kolejnych dwóch skurczów partych. Mąż znów biegnie, tym razem przychodzą już dwie położne. Rodzimy – ulga. Każą wyjść z łazienki i mówią „Przecież nie urodzimy na kibelku” – co racja to racja. Pytają jak chcę urodzić – nie wiem. Pytają jak sobie wymarzyłam – odpowiadam, że myślałam, że to samo do mnie przyjdzie – nie przyszło. Proponują kucnąć przy drabinkach – mięśnie nóg odmawiają posłuszeństwa. Każą więc klęknąć – tak jest ok. Potem wszystko działo się szybko – kazały przeć wtedy kiedy miałam skurcz. Pozwoliły krzyczeć – darłam się wniebogłosy, ale ta siła krzyku ukierunkowana była na wypchnięcie Malucha – to było naturalne. Pamiętam taki urywek, jak mój mąż przeszedł obok i wycierał oczy z łez. W pewnym momencie, któraś z położnych powiedziała, że mój synek ma piękne włosy. Spytałam „Naprawdę?”, a ona „Chcesz dotknąć?” Chciałam. Świetne uczucie. Wyczułam delikatną główkę i włoski. To dało mi kopa. Parłam z całych sił. Kiedy przechodziła główka, czułam, że tam pękłam, ale nie zdążyłam się tym przejąć, bo następny skurcz pozwolił mi wypchnąć Malucha na ten świat. Nadal klęczałam, położne wytarły z grubsza Malucha (to powiedział mi mąż), kazały podnieść jedno kolano do góry i podały mi mojego synka. Była 7:30, a ja myślałam, że parłam długie godziny…

Kazano mi przejść na łóżko i położyć się z synkiem na brzuchu. Jak było po kolei potem – nie pamiętam. Było leżenie z Maluchem, przecięcie pępowiny przez mojego męża i szycie. A w tym czasie mój synek miał otwarte oczka i się na mnie patrzył. Serio! A mąż leżał „nad” nami na łóżku i też patrzył. I tak sobie patrzyliśmy wszyscy troje. Szycie było okropne, niby nie bolało, ale instynktownie „uciekałam” Pani położnej. Potem przystawili mi Malucha do piersi, a On na serio jadł. Nie wiem po jakim czasie Maluch poszedł na ważenie, mierzenie i ubranie z mężem. Potem położna pomogła mi się wykąpać w wannie. A potem Maluch spał, ja leżałam, mąż też leżał i wysyłaliśmy smsy i telefonowaliśmy do rodziny, że to już…W Paryżu zostaliśmy do około godziny 17:00, aż przetransportowano nas do sali poporodowej. Któraś z położnych pogratulowała mi dobrego porodu i powiedziała, że rodziłam jakby to było moje drugie dziecko. Myślałam, że była po prostu miła, ale mąż mnie uświadomił, że druga faza porodu trwała tylko pół godziny. Byłam z siebie dumna.

Sala Paryż z fototapetą z wieżą Eiffla.

Na sali dostępna jest wanna.

Fotel, na którym może przespać się mąż, piłka, worek sako.

Łóżeczko, że niby dla dziecka, ale ono i tak kładzione jest do takiego „akwarium” na kółkach.

A to ja zamotylkowana, pogląd na salę Paryż i Maluch w akwarium. Sorry za bałagan, po porodzie nie myśli się o sprzątaniu.

Gorąco polecam Dom Narodzin, gorąco polecam Św. Zofię, gorąco polecam poród naturalny.

Jest 23:00 minęła godzina, a ja zabrałam sobie godzinę snu. Nie szkodzi, warto było sobie przypomnieć 🙂

  • ~Anna z OdchudzanieJestProste.pl :)

    wow !!!
    Niesamowite 🙂

    Ja też rodziłam w tym samym miejscu.
    Niestety nie poszło mi tak łatwo jak chciałam.
    Poród trwał 12 godzin.
    Urodziłam pięknego synka i to wynagrodziło mi trudy porodu 🙂

    Pozdrawiam.

  • ~Livia

    Pięknie to opisałaś, mam łzy w oczach 🙂

    • ~Mania

      Wzruszyłam się do łez! Pięknie to opisałaś. Obecnie jestem w upragnionej i doczekanej po 12 latach ciąży, termin mam na końcówkę listopada, nie boję się porodu, ale z niecierpliwością czekam na ten dzień… Pozdrawiam i życzę zdrówka mamusi i dzieciątku.

  • ~natalia

    ja również tam rodziłam 3,5 m-ca temu, w tym samym pokoju 🙂 i szczerze polecam, dzięki opiece i atmosferze jaka tam panuje poród wspominam bardzo dobrze (mimo oczywiście bólu 😉 )

  • ~Ewa

    Dobry poród to ja miałam 🙂 Od momentu jak się rano obudziłam, minęło dokładnie 45 minut i już było po 😛 Dobrze ze byłam w szpitalu, bo nie zdążyłabym dojechać. Rodziłam naturalnie. Ale to było drugie dziecko 🙂 Chociaż klocek 4 kg 😛

  • ~beata

    w domu rodzenia nigdy nie zdecyduje sie na porod. moja ciaza tez byla ksiazkowa, zero problemow, super. 5 dni po terminie dostalam skurczy i do szpitala, po usg szok: dziecko jest duze- ma ponad 4 kg i jest ulozone glowka do gory ! co nastepuje cesarka. Po cesarce okazuje sie ze dziecko lezalo dlugo w zielonych wodach plodowych ! przez co dziecko trafia do kliniki, ma podane 3 antybiotyki i tlen przez tydzien ! dziecko napuchniete jak paczek. w takich sytuacjach tylko szpital i natychmiastowa pomoc moze uratowac zycie dziecku zaden dom porodow. Mi ginekolog nie szacowal wagi dziecka, do konca twierdzil ze dziecko jest dobrze ulozone, pomimo ze jakby takie duze dziecko sie przekrecilo czulabym to. Syn mial 4440kg.

    • g_c

      Dom Narodzin znajduje się w szpitalu. W przypadku komplikacji idziesz na normalną porodówkę. No i nie wiem jak to możliwe, że lekarz nie widział, że Maluch nie ułożył się główkowo.

  • ~mammamija

    Naprawdę po porodzie to o czym myślicie to wysyłanie sms-ów? Ja bym na to nie wpadła, zamiast tego odpoczywałam i cieszyłam się maluszkiem.

    • g_c

      Od 7:30 do 17 minęło 10 godzin – tak nawet pomyśleliśmy o smsach. Maluch spał, a ja spać nie mogłam z wrażenia – nic więc dziwnego, że chciałam się pochwalić wiadomością, na którą wszyscy czekali.

    • ~efhi

      no dokładnie. Ja dopiero następnego dnia po porodzie wysłałam (i to tylko 3) sms. Razem z mężem woleliśmy po prostu w spokoju pobyć we troje, a jak skończył się czas odwiedzin i położne zabrały maluszka na noc to wolałam przespać ostatnią noc spokojnie 🙂

      • ~ania

        jak to położne zabrały maluszka na noc? rodziłam w 2008 i 2011 i dzieci były cały czas ze mną

        • No właśnie też mnie to zdziwiło. Teraz rooming-in to chyba standard.

  • ~maria1

    Położna szyła krocze ? Nie zaproponowano ZOP ( znieczulenia ) ?

    • g_c

      Jeśli masz na myśli zewnątrzoponowe, to: po pierwsze nie chciałam żadnego znieczulenia, po drugie w domu narodzin nie dają znieczulenia a wszystkie medyczne ingerencje są ograniczone do minimum. A szyła mnie położna, niby nie bolało, ale to niemiłe uczucie.

  • ~mm

    A ja rodzilam 30godzin do zatrzymania akcji porodowej i natychmiastowej cesarki
    Niestety nie zawsze jest tak „rozowo”

  • ~hm….

    Witaj. Tak czytałam twój wpis i się zastanawiam dlaczego musiałaś czekać na korytarzu na końcową akcję porodu?? Pokój w którym rodziłaś miał chyba służyć temu aby w nim czekać na narodziny… Piłka, fotel itp. to wszystko wskazuje na takie przeznaczenie tego miejsca… A nie korytarz…

  • Jaka piękna sala! Aż ciężko mi uwierzyć, że można rodzić w tak luksusowych warunkach! Ja mam za sobą dwa porody, ostatni równe 2 miesiące temu. 🙂 Pierwszy poród wspominam dużo lepiej, trwał 9 godzin, wody odeszły już na porodówce, a położną pamiętam do teraz i nawet czasem ją spotkam na ulicy, a wtedy zawsze przytula moją córkę i cieszy się, że tak zdrowo rośnie:) Drugi poród miałam w tym samym miejscu, nawet na tej samej sali i łóżku. Trwał 5 godzin ale nie wspominam tego zbyt dobrze. Bolało dużo bardziej, ale było warto! Dziś mam dwójkę wspaniałych dzieci i na szczęście wspomnienia z porodu zaczynają się gdzieś zatracać. Nawet nie same wspomnienia, bo chciałabym to pamiętać do końca swojego życia, ale ból, który pojawiał się na samą myśl o porodzie, odchodzi w niepamięć 🙂 Gratuluje dzidziusia, niech rośnie zdrowo!
    P.S: Jeśli miałabym znowu rodzić, to chyba specjalnie pojadę do Warszawy! 😛

    • g_c

      Haha! Może warto spisać wspomnienia z porodu, zanim się kompletnie zatrą? Ja o bólu już też nie pamiętam. To podobno jest mechanizm, który stosuje natura, żeby kobiety chciały urodzić raz jeszcze 🙂
      A sala jest rzeczywiście piękna, chociaż w domu narodzin są jeszcze Londyn i Rzym i Londyn był moją ulubioną salą. Co do rodzenia w Warszawie – zawsze jak wyjeżdżaliśmy gdzieś dalej w trzecim trymestrze ciąży to mówiłam mężowi, że nieważne co by się działo, to jedziemy rodzić do Warszawy i już. Pozdrawiam.

  • ~klementi

    Gratuluję maleństwa i udanego porodu! Myślę, że szkoła rodzenia na pewno pomogła, do tego piękna sala i wsparcie męża. Zamarłam w momencie przeczytania tekstu położnej- kompletny brak szacunku! Twój poród, Ty i dzieciątko jesteście najważniejsi a ile potrwa rodzenie Wasza sprawa a nie tej glizdy (och, ploteczki z koleżanką nie mogą poczekać…!).
    Wszystkiego dobrego!!!

  • TosiaTosia

    Piękna historia i spokojny poród. 🙂 Pozdrawiam

  • ~Iksina

    Trafiłam do Ciebie kompletnie przypadkiem w dodatku przed chwilą. I to chyba jeden z najlepszych przypadków!

    Zostały mi 33 dni do rozwiązania. Dookoła przerażające historie, krwawe porodowe masakry i cała reszta tej porodowej otoczki. Nawet gdyby człowiek chciał to nie potrafi się uspokoić. Szczególnie, że to moje pierwsze dziecko. I tutaj trafiłam na Ciebie.

    Na spokojny opis porodu, na inny wpis gdzie przekonujesz kobiety, że to wcale nie musi być traumatyczne przeżycie. Jesteś świetna! I od dziś na pewno będę tutaj zaglądać, a kto wie… może jak urodzę to i ja pochwalę się opisem, że wcale nie było tak źle?

    Pozdrawiam ;*

    • wyrodna-matka

      To nie czcze gadanie: na prawdę rosnę o 10 centymetrów, kiedy czytam takie komentarze. Niezmiernie mi miło!
      Właśnie wiem, że jest za mało pozytywnych rzeczy o porodach, a za dużo straszenia. Chciałam to zmienić, ale mój blog jeszcze raczkuje i nie mam takiej mocy. Cieszę się jednak, że trafia powoli już do mojego „targetu”, czyli kobiet w ciąży i młodych matek.
      Co do porodu: sam strach, obawa jest naturalna. To dla kobiety rodzącej pierwszy raz jest zupełnie nowe przeżycie. Ważne, żeby się nie nastawiać na dramaty i krwawe masakry. To może być też piękne wspomnienie. Pewnie, że boli, ale ten ból ma jakiś cel, piękny w dodatku: wydanie na świat dziecka.
      Co do opisu porodu: jeśli ma się dobre wrażenie z porodu to każdego do jego opisania zachęcam – fajnie potem powspominać 🙂
      A na sam koniec: zajrzałam do Ciebie! I pokochałam poczucie humoru <3 Zostanę na dłużej 🙂

  • W końcu tu trafiłam 😉 Historia porodowa jakich mało: zamiast „bolało” i „mam tokofobię” czytam „dałam radę” i „mąż mnie wspierał”. Od razu przychodzą na myśl moje własne wspomnienia 🙂 Ekstra temat i wzruszająco opisany 🙂 Gratuluję takiego porodu – w sensie gratuluję przeżycia go, a nie „jakoś przeżyłam” 😉

    • Pierwszy raz spotkałam się ze słowem „tokofobia” 🙂 sprawdziłam u wujka Google i to jest teraz chyba epidemia. Ale jak tak sobie myślę dlaczego tak jest, to dochodzę do wniosku, że boimy się tego czego nie znamy. Dlatego wiedzę o porodzie trzeba mieć i już, trzeba się do tego momentu dobrze przygotować 🙂 (jak dla mnie – obowiązkowe szkoły rodzenia dla wszystkich).
      I szkoda trochę żeby tak piękny moment „jakoś przeżyć”, trzeba w nim uczestniczyć, tak po prostu 🙂

Close