Przed wyjazdem na urlop planowałam sobie, że specjalnie dla Was zrobię dokładny wpis o tym jakimi szlakami i w jakich warunkach można wędrować z dzieckiem po Tatrach. W głowie miałam tysiąc różnych miejsc, bałam się, że zabraknie nam na wszystkie czasu. Życie, słysząc moje plany roześmiało się tylko głośno, zweryfikowało je i kompletnie pozmieniało.

Na początku, Zakopane przywitało nas ulewą. Lało jak z cebra, musieliśmy chować się pod foliowymi płaszczykami. Tym sposobem już pierwszego dnia „sprawa się rypła”. A potem doszło do tego wyjątkowe marudzenie Malucha i nasze nim zmęczenie i okazało się, że z początkowych planów zrealizowaliśmy może 10 %. Zła byłam, przyznaję. Z tyłu głowy wciąż miałam myśl, że przecież miałam napisać taaaki fajny post – poradnik dla rodziców z dziećmi w Tatrach, a teraz nic z tego nie wyjdzie. Ale później usiadłam na spokojnie, przypomniałam sobie, co jest najważniejsze. Że to nie my mamy się dostosowywać do planów, ale ona maja się dostosować do nas. Postanowiłam nie robić nic na siłę, a dni planować tak, żeby Młode było zadowolone. Postanowiłam również nie rezygnować z napisania tego postu, tylko zamiast uniwersalnego poradnika opiszę Wam po prostu moje wakacje.

Zako_00

W górach pogoda jest…zmienna

Jak wspomniałam we wstępie Zakopane przywitało nas ulewnym deszczem. Przyjechaliśmy na wieczór i już wtedy lało, a jak obudziliśmy się następnego dnia rano nic się w pogodnie nie zmieniło. W związku z tym szybko zakupiliśmy foliowe płaszczyki i wyszliśmy na spacer po Krupówkach. Pierwszego dnia nie można było tam nie pójść – przecież to najsłynniejsze miejsce w Zakopanem. Malucha myk w nosidło i pospacerowaliśmy trochę w deszczu. Nasza gospodyni mówiła, że zawsze w okolicach 15 sierpnia jest dużo ludzi, ale w tym roku w górach jest istny szturm turystów i miała rację. Krupówki, nawet te deszczowe, to była rzeka ludzi. Nie było przyjemnie po nich spacerować. Po 2 godzinach mieliśmy już dość i tłumu i wody, więc zjedliśmy po grillowanym oscypku, ja obowiązkowego gofra pochłonęłam i wróciliśmy do pokoju. Po godzinie okazało się, że przestało padać. Wybraliśmy się więc na obiad, a potem na spacer w okolice skoczni narciarskich. Wtedy też pierwszy raz zobaczyliśmy kawałek Tatr, bo Giewont pokazał się zza chmur. Dopiero wówczas poczułam, że jestem w górach. Tak upłynął nam dzień pierwszy – jak widzicie, nic szczególnie wyjątkowego.

Dolina Białego i Dolina Strążyska

Kolejnego dnia już od rana świeciło słońce, dlatego ochoczo ruszyliśmy na szlak. Ja znów w głowie miałam wielkie plany napisania wpisu – poradnika. Nigdy wcześniej nie byłam w Dolinie Białego, a poczytałam trochę o tym, że to fajna wyprawa na szlak z dzieckiem, niektórzy sugerowali nawet, że da radę z wózkiem. My jednak, uzbroiliśmy się w Tulę (nosidło) i Pan Wyrodny wędrował z młodym na plecach.

Wielka Krokiew
Wielka Krokiew
Tula w górach
Pan Wyrodny niesie malucha w nosidle ergonomicznym Tula.

Szlak zaczyna się w okolicy skoczni: Wielkiej i Małej Krokwi. Sam początek nie jest fajny, bo idzie się ścieżką pomiędzy ogrodzeniami z siatki. Wielką Krokiew też zza siatki się podziwia, ale za chwilę wchodzimy już w las i zaczyna być pięknie. Po około 10 minutach dochodzimy do budki, gdzie opłacamy obowiązkowy bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Dolina białego
Szlak do Doliny Białego

Jednorazowy bilet wstępu kosztuje 5 zł od dorosłego, ulgowe to opłata 2.50 zł, a dzieci (chyba) do 3 lat wchodzą za darmo. Można też kupić bilet 7-dniowy, i ceny to odpowiednio 25 i 12.50 zł. Przed wyjazdem planowałam, że kupimy te tygodniowe, ale po pierwszym deszczu stwierdziliśmy, że już się nie opłaca.

Dolina Białego
Dolina Białego

Od samego początku obserwowałam nawierzchnię pod kątem pokonania trasy wózkiem. Może dalibyście radę na samym początku, ale potem zaczęły się kamienie, zaczęło być pod górę, a im dalej szlakiem, tym robiło się tylko więcej kamieni i jeszcze bardziej pod górę. O wózku można zapomnieć i mam na myśli nie tylko spacerówkę, ale każdy wózek, czy to na terenowych kołach, czy w ogóle jogger – nie ma szans. Za to sama dolina jest przepiękna! Jest w niej mniej turystów (fakt, dorożki tu nie kursują), chociaż w czasie naszej wędrówki wcale na szlaku nie było pusto. Jest też znacznie węższa niż Kościeliska czy Chochołowska, ale właśnie ta kameralność nadaje jej uroku. Cały czas idziemy wzdłuż lub przecinamy Biały Potok (stąd nazwa Doliny). Dolina Białego nie kończy się wyraźnym akcentem (jak na przykład Kościeliska Schroniskiem na Hali Ornak), a końcowy jej odcinek to jest już regularny szlak pod górę po kamieniach. Dochodzimy do rozwidlenia szlaków i możemy wrócić się do Kuźnic, albo przejść kawałek pod górę a potem w dół do Doliny Strążyskiej. Krótka narada i idziemy ku Strążyskiej. Jest stromo, mokro i ślisko. Panu Wyrodnemu ciężko z dwunastoma kilogramami dodatkowego obciążenia na plecach. A obciążenie na szczęście smacznie sobie zasnęło. Okazuje się, że to nie taki mały kawałek pod górę, ale dajemy radę i stajemy przy kolejnym rozwidleniu szlaków.

Mamy kolejny wybór: iść na Sarnią Skałę i dopiero schodzić do Strążyskiej czy od razu Dolina. Tym razem wybieramy opcję drugą, bo nie wiadomo ile dziecko jeszcze pośpi i ile ojciec jeszcze wytrzyma. Tak więc schodzimy, i tutaj znowu jest stromo, ślisko i mokro. Tak bardzo, że czasem boję się zrobić krok w dół. Martwię się też o Pana Wyrodnego z Młodym na plecach, żeby przypadkiem nie upadł do tyłu. Po drodze mijamy ludzi z dziećmi. Niekiedy młodszymi od Malucha. Ojcowie niosą je… po prostu na rękach – uważam, że to duże ryzyko.

Ale moim hitem jest para rodziców idących pod górę. On z dzieckiem na rękach (oczywiście zero nosidła czy chusty), Ona za nimi… ze złożoną spacerówką na ramieniu… Nie wiem czy udało im się dojść do końca. Mam nadzieję, że nic złego im się pod drodze nie stało.

Nam udało się zejść do Doliny bez żadnego wypadku, ale pod koniec wędrówki młode zaczęło się już budzić. W Dolinie Strążyskiej znajduje się taka polanka, na której stoi drewniany bar (nie, nie jest to schronisko). Na tej polanie ogromny tłum ludzi, wokół za to piękne widoki na „głowę śpiącego rycerza”. Nie zatrzymujemy się tutaj na długo, ja tylko wchodzę szybko do baru, żeby kupić pocztówkę i zrobić na niej pieczątkę.

Dolina Strążyska
Dolina Strążyska

Nie wiem czy wiecie, ale znajdziecie takie pieczątki w każdym schronisku, a w Tatrach dodatkowo przy wejściach na szlaki – w tych budkach z biletami. Zawsze je zbieram, kiedy jestem w górach, a kiedyś miałam ochotę na odznakę GOT i zbierałam je do specjalnej książeczki. Kiedyś jeszcze na pewno tą odznakę zdobędę, może uda mi się zaszczepić miłość do gór również w Maluchu.

Po tym krótkim przystanku zmierzamy już całkiem szybko do wylotu Doliny, bo jesteśmy zmęczeni i głodni. Pod kątem wózka Dolina Strążyska jest bardzo przystępna. Po drodze spotkaliśmy mnóstwo rodziców z dziećmi. Może być ciężko, ale nawet spacerówki z małymi kółkami sobie poradzą. Przyspieszamy też kroku, bo obudzony Maluch powoli włączał syrenę. Prawie przy samym końcu jest już tak marudny, że musimy zrobić przystanek na karmienie. I tak do różnych dziwnych miejsc, gdzie karmiłam piersią dołącza górski szlak w Tatrach.

To był jeden z bardziej męczących dni w czasie wyjazdu, ale przynajmniej wtedy poczułam góry. To zmęczenie było dla mnie satysfakcjonujące. Jestem dzieckiem nowych technologii, więc szliśmy razem z Endomondo, które pokazało nam, że zrobiliśmy około 12 kilometrową trasę. Nieźle!

Targowisko i kicz, czyli Gubałówka

Po tak intensywnym dniu postanowiliśmy trochę odpocząć i wybrać się na Gubałówkę. Tym razem w ruch poszedł wózek spacerówka, więc nie było mowy o wchodzeniu pieszo. Wybraliśmy kolej Linowo – Terenową. Osobiście uważam, że cena biletu na tą kolejkę, w porównaniu z tym, co nas czeka na górze, jest skandaliczna. Osoba dorosła wjedzie i zjedzie na Gubałówkę za 22 złote. Na szczęście dziecko i wózek wjadą za darmo. Chyba nie muszę mówić, że kolejka do biletów do krótkich nie należała? Z ciężkim sercem i lekkim portfelem wjechaliśmy na górę.

Kolej Linowo - Terenowa na Gubałówkę
Kolej Linowo – Terenowa na Gubałówkę

No… sporo się zmieniło od czasów, kiedy byłam tam ostatni raz. Owszem, kiedyś też były  stoiska z pamiątkami, ale to co zobaczyłam teraz, to było jedno wielkie targowisko kiczu. Polanka, na której kiedyś siedziałam i obserwując Tatry zjadałam arbuza została odgrodzona, wysypano piasek, postawiono, leżaki i scenę. Szok! Tak sobie myślę, że ktoś tutaj przesadził z żądzą pieniądza i zapomniał po co tak naprawdę wjeżdża się na Gubałówkę.

Tych, co nie wiedzą, informuję, że z Gubałówki w słoneczny dzień jest przepiękna panorama Tatr! To ten widok sprawił, że stała się tak popularna.

W spokojnej obserwacji krajobrazu przeszkadzały mi te kolorowe stragany, te budy, bary, lody, kebaby, przejażdżki kucykiem, przejażdżki gokartami… ciągle gdzieś oko uciekało. Chciałam na spokojnie usiąść gdzieś na trawie, ale polanki musieliśmy POSZUKAĆ! A jestem pewna, że jakby nie pozwalać na taką samowolkę, tylko spokojnie zaplanować zagospodarowanie Gubałówki, to mogłoby to być jedno z przyjemniejszych miejsc w Tatrach. Jakaś fajna trawiasta polana w ROLI GŁÓWNEJ, mogłoby być już te leżaki, czy meble z popularnych ostatnio europalet, dyskretne lokale, nawet na te stragany znalazłoby się miejsce… Byleby nie było to takie dzikie i bazarowe…

Gubałówka
Wiatraczek na Gubałówce

Ale skoro już byliśmy na górze i znaleźliśmy kawałek trawy, to rozłożyliśmy kocyk. Problemem był tez jojczący Maluch, który za nic nie chciał siedzieć na kocu, więc nie dało się spokojnie spędzić tego czasu. Przeszliśmy się wzdłuż grzbietu Gubałówki w stronę Butorowego Wierchu, stamtąd na dół można zjechać wyciągiem krzesełkowym na Polanę Szymoszkową. Z Maluchem i wózkiem byłoby to niemożliwe, więc wróciliśmy się do kolejki i zjechaliśmy na dół. W międzyczasie Maluch z wózka przesiadł się do nosidła, bo już bardzo jojczał, i sobie w nim zasnął.

Widok na Tatry - Gubałówka
Widok z Gubałówki na Tatry

Po słodkiej drzemce i obiedzie Małe jojczeć nie przestało. Doszliśmy do wniosku, że brakuje mu swobody i atrakcji, które ucieszą jego, a nie rodziców… Szybki wgląd w internety i okazało się, że całkiem blisko Krupówek jest fajny kawałek placu zabaw. Młode wreszcie było szczęśliwe, że jest coś dla niego. Mogło swobodnie się wybiegać, a my mieliśmy wreszcie chwilę spokoju i ciszy. Kawka na wynos i 2 godziny na ławeczce. Na placu zabaw byliśmy jeszcze 3 czy 4 razy wieczorami. Dlatego jako pamiątkę z Zakopanego przywieźliśmy zestaw zabawek do piasku.

Plac zabaw w Zakopanem
Plac zabaw w Zakopanem

Piknik Lotniczy

Spacerując po Krupówkach wpadł nam w oko plakat reklamujący piknik lotniczy w Nowym Targu. Postanowiliśmy pojechać tam w niedzielę i jak się okazało była to bardzo słuszna decyzja. Dzień był piękny i słoneczny. W samym Nowym Targu zatrzymaliśmy się na chwilę na Rynku i spróbowaliśmy ich tradycyjnych lodów rzemieślniczych. Poza nimi… tak zupełnie szczerze, w Nowym Targu nie ma co robić (tak, wiem, że jest inaczej kiedy odbywa się tam Jarmark Podhalański). Pospacerowaliśmy chwilę po Rynku i pojechaliśmy na piknik.

Rynek w Nowym Targu
Rynek w Nowym Targu
Nowy Targ
Góralka z lodem i nie-góralka z lodem.

Zacznijmy od tego, że lotnisko Aeroklubu Podhalańskiego, to po prostu pas zieleni, ale chyba właśnie to i widok panoramy Tatr w tle sprawia, że przyjemnie się tam przebywa. Sam piknik w skrócie to non stop pokazy lotnicze. Można zobaczyć niesamowite nowe, szybkie i malutkie samolociki, a także takie, które już trochę historii za sobą mają. Czasem w powietrze wzbijał się jeden, czasem, dwa lub trzy samoloty, czasem puszczały z nich taki dym kolorowy i generalnie robiły ewolucje. Takie, że ja bym chyba umarła, gdybym była na pokładzie takiego samolotu.

12_Zako 13_Zako 14_Zako

Atrakcją dla oglądających była możliwość lotu samolotem, ale na szczęście bez takich ewolucji. My nie skorzystaliśmy. Dla mnie za to atrakcją były gofry, dla Maluch kącik dla dzieci. Znaleźliśmy tam również całkiem fajnie wyposażony plac zabaw. Podczas gdy jedno z nas pilnowało Malucha, to drugie jadło obiad, a potem zmiana. Młode natomiast nie marudziło, nie jojczało, bo miało dla siebie zajęcie. Bardzo dobrze wspominam zarówno pogodę, atrakcje, jak i samą atmosferę tego dnia. Spodobało nam się tak bardzo, że zostaliśmy tam prawie do końca dnia.

15_Zako 16_Zako 17_Zako

Dolina Kościeliska – klasyk

Mało nam do tej pory było gór, więc postanowiliśmy wstać wcześniej i udać się do Doliny Kościeliskiej skoro pogoda na to pozwalała. Tym razem postawiliśmy na wózek – jogger. Sprawdził się w około 75% całej trasy, bo pod koniec Maluchowi zaczęło się już nudzić i ostatni kawałek „przeszedł” u mnie na barana.

19_Zako
Wozi tata…
Zako_22
Wozi też mama

Pomijając tłumy ludzi spacer Doliną Kościeliską był bardzo przyjemny. Maluchowi podobały się pasące się owieczki, a nam przepiękne widoki. Na końcu doliny znajduje się schronisko na Hali Ornak, w którym zrobiliśmy sobie krótki przystanek na przepyszną szarlotkę i koktajl jagodowy. Dobrze, że mieliśmy ze sobą koc, bo wszystkie miejsca na ławeczkach i przy stołach były pozajmowane. Zrobiliśmy więc sobie mini piknik. A następnie wróciliśmy na parking do samochodu i do pokoju. Endomondo znów wskazało nam 12 km w nogach. Niezły wynik!

Zako_20 Zako_21 Zako_23

Basen zamiast doliny

Na ostatni dzień planowaliśmy odwiedzić kolejną z dolin, tym razem Chochołowską. W planach mieliśmy wypożyczenie tam rowerów i albo doczepienie naszego Jaggera, który jest przecież przyczepką rowerową, albo wynajem takiego krzesełka na rower dla dzieci. Jednak znów z pokorą musieliśmy zmienić plany, bo od rana padało (trochę nas pogoda oszukała, bo potem wyszło słońce), więc wybraliśmy się do Zakopiańskiego Aquaparku, ale stamtąd już zdjęć nie mamy. Mogę napisać, że podobało się zarówno nam jak i Maluchowi.

Niestety wybierając Aquapark w Zakopanem kierowaliśmy się tylko bliskością miejsca. Osobiście uważam, że cena jest stanowczo za wysoka w stosunku do tego jakie atrakcje są tan oferowane. Warto rozważyć Termy w Bukowinie, Termy w Szaflarach lub, nowo otwarte Termy Chochołowskie.

Mam świadomość, że bardzo się rozpisałam, ale literki same spod palców wychodziły. Jeśli udało Wam się wytrwać do końca, to przybijam Wam piąteczkę!

Podsumowując ten wyjazd: czy z dzieckiem można jechać w Tatry? Jestem pewna, że wiele osób na naszym miejscu stwierdziłoby, że nie ma sensu. Ale wiecie co? Nawet takie przebywanie „obok” Tatr i „obok” szlaków ma swój urok. Ja jestem absolutną wielbicielką chodzenia po górach, kocham to, więc taka namiastka to już dla mnie było coś! A na każdym wyjeździe z dzieckiem trzeba pamiętać o jednym: to MY dostosowujemy plany do siebie i dziecka. Nigdy na odwrót! Trzeba to sobie przewartościować i przetłumaczyć, bo wtedy każdy wyjazd stanie się dla nas przyjemnością.

 

  • Monika

    My wybraliśmy w tym roku morze, ale po Twoim mini reportażu naszła mnie ochota na weekend w górach z naszym chusciakiem ?ps.nowy adres i nowa fryzura pani Wyrodnej? 🙂

    • Bo to zawsze idzie w parze (w sensie adres + fryzura) 🙂
      Chociaż nowa fryzura dopiero teraz sprawia przyjemność (jak się
      pojawiły lekkie odrosty), bo wcześniej byłam trochę nią załamana (nie
      lubię gdy nie widać różnicy między kolorem skóry a kolorem włosów –
      odrosty pomogły).

      Co do wyjazdu w góry: im dziecko młodsze, tym dłużej wytrzyma w chuście, więc macie szansę na spokojny spacer. U nas Maluch już za bardzo przyzwyczajony do samodzielnej mobilności… a nam chciałoby się połazić jeszcze 🙂

  • Uwielbiam jeździć w góry, z dzieckiem jest tam jeszcze piękniej!

    • Ja góry lubiłam od zawsze, ale zawsze też dużo po nich łaziłam. Całodniowe wycieczki w Tatry codziennie przez cały wyjazd, to był standard. Z dzieckiem takim, jaki Maluch był wtedy (1,5 roku) nie da się takich rzeczy planować niestety :/ dlatego byłam mocno sfrustrowana tym faktem, że jestem w górach, ale nie mogę z nich w pełni korzystać. Dopiero chwila zastanowienie sprawiła, że wrzuciłam na luz. I tegorocznych wakacji nie planuję co do minuty, tylko zamierzam poddać się temu co będzie i na co będziemy mieli ochotę.

      • My w Tatrach jeszcze nie byliśmy, ale z niespełna dwuletnią Tosią pojechaliśmy w Karkonosze, od tego czasu byliśmy tam jeszcze dwukrotnie. Tosia góry pokochała, uwielbia po nich chodzić i je poznawać. W tym roku ruszamy w Beskid Śląski:)

        • Suuuper! A nosicie ją w nosidle czy jaki macie na to sposób? Zapomniałam też napisać, że to wszystko zależy od temperamentu dziecka. Mój strasznie szybko się nudzi i potrzebuje nowych wrażeń, dlatego monotonne chodzenie po górach nie jest dla niego. Będziemy próbować jeszcze jak będzie starszy, może pokocha góry tak jak ja 🙂

  • Moi już całkiem duzi to i łatwiej ich ze sobą zabierać ;). Cudne zdjęcia i naprawdę piękne widoki 🙂

  • Agnieszka Lewandowska

    W górach jest coś magicznego można się położyć na kocu i poczytać, można się i zmęczyć – tak pozytywnie, a jak dochodzą do tego dzieci, to wszytko co zaplanowaliśmy może się diametralnie zmienić i ahoj przygodo. Pozdrawiam Was serdecznie!

    • Liczę na to, że za kilka lat razem z dzieckiem będzie można połazić po górach tak naprawdę i naprawdę pozytywnie się zmęczyć 🙂

  • Lubię góry, ale zdecydowanie bardziej wolę polskie morze. Poza sezonem oczywiście;)

    • Jakoś nigdy polskiego morza nie lubiłam. Owszem, jak byłam to było fajnie, ale to że jest zimne, brudne i nie mamy zagwarantowanej pogody latem – sprawia, że nie bardzo mam ochotę nad nie jechać. Kocham góry miłością wielką i niekoniecznie zimą (że narty), ale latem właśnie, żeby zdobywać szczyty 🙂

  • Mnie niestety Tatry ze względu na te tłumy skutecznie odstraszają 🙂

    • Kiedy te Tatry stały się tak popularne? Z resztą, tłumy to są w łatwo dostępnych dolinach. Trzeba wyjść naprawdę na szklaki, tam gdzie koń i wyciąg (Kasprowy) nie dojadą 🙂

  • zapragnęłam wycieczki. Bo dla mnie w góry to na wycieczkę, a na wakacje to nad morze… moje dziecko ma 2,5 roku i to taki trudny moment, bo chodzic daleko nie chce, jezdzic w wózku tez nie bardzo, a na rękach już za ciężko 🙂
    ale to prawda, dzieci i plany oraz pogoda to jakos nie pasuje do siebe 😀

    • Dla mnie wakacje to również góry, bo niezliczoną ilość razy byłam jako dzieciak na koloniach w górach własnie i na tych koloniach je pokochałam całym sercem. Polskie morze jest ok, ale zdecydowanie wolę to zagraniczne, cieple morze 😀

  • Ale super, że wybraliście się z dzieckiem! Kocham Tatry, w Zakopanem mam rodzinę, mogę jechać kiedy zechcę… Tylko odległość nas trochę zniechęca bo to drugi koniec Polski.

    • Nie powiem – mnie też ta droga przeraża. My mieszkamy pod Warszawą, ale w zeszłym roku z Zakopca wracaliśmy 9 godzin, bo jak nie remonty dróg, to młode jojczało i trzeba było się zatrzymać. Wróciliśmy wycieńczeni i fizycznie i psychicznie. 🙂
      Ale mieć rodziną w Zakopanem…marzenie 🙂

Close